Deser

Dziecię me pierworodne, lat pięć i pół, o imieniu Anna, okaz ogólnie bardzo udany, od zarania swej świadomości ma jednek pewien kłopocik. Otóż gapi się na innych i zagaduje, zamiast robić swoje. Skutek taki, że wszyscy przy stole dawno zjedli i poszli, a ona zdziwiona zostaje z ledwie rozgrzebaną, zimną potrawą. Albo rano – jej dwa lata młodsza siostra ubiera się w dwie minuty (jak się jej chce akurat, ale to inny temat), a pierworodna potrafi czterdzieści minut dywagować o zawiłościach tego świata siedząc  z naciągniętymi do kolan rajstopkami.
W domu jestem w stanie nad tym panować stosując stare, sprawdzone matczyne metody wychowawcze, takie jak przekupstwo, zastraszenie i terror, więc jakoś sobie dziecina radzi. W szkole natomiast nie mają czasu i ochoty pochylać się z równą co rodzic troską nad każdym dziecięciem, więc jest kłopot. A dziecię cierpi codziennie. I bynajmniej nie chodzi oto, że ona nie dojada w stołówce szkolnej i że głodna wraca, ale oto, że nigdy nie zdąży zjeść, oddać pustego talerza i dostać za to deseru. I to jest dramat. Jak żyć bez deseru?
W końcu poradziłam jej, żeby poprosiła koleżankę, która je szybciej od niej, czyli którąkolwiek, żeby jej przypominała przy stole, że ma jeść a nie gadać, tak jak ja  jej w domu przypominam. Na efekt nie czekałam długo.
– Mamo, dziś na lunch była pizza i ja zjadłam całą – pochwaliła się w drodze powrotnej ze szkoły.
– Tak? Naprawdę? – zdziwiłam się, zamiast gratulować, wyrodna ja.
– Tak. Całą. Naprawdę – potwierdziła. – Ale dużo zostawiłam – dodała niechcący.
– Znaczy co zostawiłaś? Wygrzebałaś z pizzy szynkę i grzybki?
– Nie, pizzę zjadłam całą. Mówiłam ci. Zostawiłam frytki i sweetcorn*.
– To frytki i kukurydza były na pizzy?
– Nie mamo. Obok na talerzu – mówi dziecię zniecierpliwione z lekka moim brakiem wyobraźni podstawowej.
– Aha… – dodaję do braku wyobraźni wrodzoną elokwencję i nabyte z trudami  macierzyństwa zaangażowanie.
– A wiesz mamo jak zrobiłam, że zdążyłam zjeść całą pizzę?
– No jak?
– Moja przyjaciółka Sophia mi pomagała.
– To nie zjadłaś sama całej pizzy, tylko koleżanka ci zjadła część – koryguję.
– Nie mamo! Ona mi pomagała, znaczy ona mi przypominała, że mam jeść. Ja zjadłam sama – dziecię ewidentnie podekscytowane domaga się moich pochwał.
– Aha… – znów moja elokwencja ponad pochwałami.
– Ale jutro Sophia już mi nie pomoże – pierworodną momentalnie opuszcza entuzjazm.
– A dlaczego? – pytam szczerze zaciekawiona, skoro eksperyment się powiódł.
– Bo Sophia tak mi pomagała, że sama nie zdążyła zjeść jej pudding** – wpada dziecię w szkolch.
Dramat do kwadratu. Dwie bez deseru przeze mnie.

*kukurydza
**deser