Da się

Załamałam się.
Dopiero co otrząsnęłam się po obleśnym flisaku znad Dunajca, dopiero co z powodu deszczu przy którym nie ma sensu pchać sie na szlaki zmarnowałam kolejny dzień kręcąc się po straganach i deptakach, gdzie górale traktują cię jak zło konieczne, jak intruza, który im przerywa spotkania towarzyskie z kolegami z prawej i lewej, zieją do ciebie pogardą jak do najagorszej hołoty zanim jeszcze się odezwiesz, i bez mrugnięcia okiem naciągają skołowane dzieci na kilka złotych na reszcie, to jeszcze na koniec dnia, jak słońce wyszło wreszcie, wylądowałam w parku linowym.
Park na uboczu niewielkiej wsi, pod lasem. Jedna trasa dla maluchów, bez zabezpieczeń, i dwie trasy w szelkach, średnia i zaawansowana. Siedmiu studencików instruktorów. Jeden trzeźwy. Z resztą nie dało się nawiązać kontaktu. Choćby dlatego, że siedzieli w knajpie. Na moje oko to oni nawet nie tyle pili, co palili, ale to robi różnicę ich trzustkom, nie mnie, jako klientce.
Ten jeden siedział na kasie, więc skasował mnie, zapiął dzieci w szelki, dał kaski, pokazał jak działa karabińczk, zaprowadzil nas w las i poszedł. Powtarzam: poszedł.
Nie było żadnego innego klienta. Zostałam sama, na skraju lasu, z siedmio i dziewięciolatką zawieszonymi cztery metry nad ziemią, które minutę temu pierwszy raz w życiu dostały do ręki karabińczyk. (Bo tego, który miałam na rączce wózka dziecięcego podwójnego siedem lat temu i wieszałam na nim siatę z zakupami, nie liczę, nie?)
Godzinę goniłam między drzewami i darłam się z dołu jak się mają przepinać po jednym, modliłam się, żeby przeszły sprawnie wszystkie przeszkody i nigdzie nie zawisły, bo żaden z tych debili mi ich przecież stamtąd nie ściagnie w tym stanie. Zresztą, ich tu nie ma. Mam w razie wypadku zostawić dziecko w potrzasku i biec po nich do knajpy czy jak? Kiedy dzieci trzy razy wpinały się same bloczkami do tyrolki, byłam blada z przerażenia, zastanawiałm się, czy dzwonić po policję, czy lepiej od razu po pogotowie i ogólnie cały czas przecierałam oczy ze zdumienia, że to się dzieje naprawdę.
Wróciłam do pensjonatu, sprawdziłam pogodę na następny dzień. Dalej miało padać. Prawie się rozpłakałam.
Wiedziałam, że nie zniosę ani jednego dnia dłużej na straganach i deptakach, ani w żadnych zamkniętych muzeach zabawek czy innych takich. Że na szlaki jak ma padać co godzinę też nie chcę się pchać. Czasy kiedy człowiekowi nie przeszkadzało że cały dzień na szlaku pada skończyły się nieodowłalnie wraz z rozmnożeniem się. Toteż siadłam do netu i wygooglowałam wycieczkę autokarową. Taką, żeby jakoś dzień spędzić, zapchać dziurę, gdzieś być, coś zobaczyć, ale żeby chodzenia było mało, i po płaskim, mając wolne ręce, żeby w razie deszczu rozłożyć parasol bez problemu. Znalazłam, zadzwoniłam, zabukowałam, zapłaciłam przelewem i poszłam spać.
Rano autobus zabrał nas spod naszego pensjonatu. Autokar pełen ludzi, kierowca i… Przewodnik z mikrofonem.
Zrobło mi się słabo. Trauma po flisaku znad Dunajca jednak nie przepracowała mi się przez dwie doby. Ale usiadłam.
„Gorzej nie będzie” – pomyślałam.
I co? Bardzo przyjemny spacer pomostem zbudowanym na wysokości kilkunastu metrów, nad czubkami drzew, zakończony wejściem na bardzo ciekawą architektonicznie wieżę widokową. Widok 360 stopni. Tatry, Pieniny, Gorce, nawet Beskidy. Potem zwiedzanie skansenu i wolna godzina na rynku w Popradzie. Knedliki z madarskim gulaszem i Złoty bażant dla mamusi, pierogi z bryndzą dla córeczek. Czekolada studencka i lentilki. Klasyka.
A przewodnik? Gadał całe sześć godzin. W autokarze, na spacerze, na wieży, w skansenie. Podawał fakty i ciekawostki. Nie rzucił żadnym prymitywnym kawałem. Nie robił z siebie ani błazna, ani gwiazdy. W autokarze modulował głos tak, że kto chciał, to słuchał, a kto chciał, mógł się zdrzemnąć. Mistrz.
Da się? Da.
Wiarę w ludzi mi przywrócił.
Podobno od jutra leszpsza pogoda. O świcie ruszamy na szlak.