Czas

Pierwszy raz, kiedy patrzysz na raczkującego malucha i mślisz „O rany, dopiero co te śpiochy były za duże na pierwszą, a już są ciasne na drugiej”. Potem ci się zlewa: przesiadka z głębokiego wózka na spacerowy, pierwsze „mama”, pierwszy ząbek, pierwsze strzyżenie, łóżko bez szczebelków, chodzenie po schodach. Potem zwalnia trochę: pozbywaz się wózka, demontujesz bramkę ze schodów, sprzedajesz krzesełko do karmienia. Kupujesz rowerek, prowadzisz do przedszkola. Potem nie wołają cię już, żeby włączyć sobie telewizję, żeby pójść do toalety. Mają swoje pierwsze tajemnice, szepczą je sobie do ucha.
Na początku cię to cieszy i napawa dumą. Potem czujesz maleńkie ukłucie. Coś się kończy. Ucieka bezpowrotnie. Zaczynasz czuć, że każda taka myśl, to małe pożegnanie. To krok milowy. Twój.
Aż pewnego dnia stoisz z żelazkiem i stertą prania. Mechanicznie prasujesz, składasz na dwie kupki, aż nagle masz w rękach kieckę i nie wiesz gdzie położyć. Zdziwiona wołasz dzieci.
– No jak to mamo? Ta jest moja, a tamta Julki. Przecież ja już dawno z niej wyrosłam – słyszysz.
I  wtedy spada to na ciebie jak grom z jasnego nieba. Że to odrębne jednostki z własnym życiem. Że swoje zrobiłaś. Że jeśli wczoraj nie chciało ci sie układać puzzli, to jutro już tego nie nadrobisz. Że miałaś swój czas. Raz. Bez powtórki.