Cytryna

Ryby smażonej w chrupiącej panierce i z frytkami mi się zachciało. „Fish and chips” to się nazywa i razem ze spagetti po bolońsku stanowi trzon brytyjskich potraw narodowych, serwowanych w każdej restauracji.
Wzięłam więc dzieci i poszłyśmy. Wybrałyśmy stolik, usiadłyśmy. Dostałyśmy nasze dania.
Dzieci zaczęły od groszku, starsza jadła po jednym podnosząc go reką do buzi, młodsza nabijała każdy jeden na widelec. Ja chrupałam moją upragnioną rybę i popijałam wodą ze szklanki. Sielanka.
– Mamo, cytlyna – powiedziała nagle młodsza i pokazała kawałek cytryny na moim talerzu.
– Tak kochanie, to jest cytryna do ryby, ale ja lubię rybę bez cytryny, dlatego nie używam, wiesz?
– Nie mamo, cytlyna – zamachała nogami zniecierpliwiona,  że jej nie rozumiem.
– Kochanie, tlumaczę ci, ja nie lubię ryby z cytryną, niech sobie leży.
– Nie mamo! Cytlyna! – porzuciła całkowicie konsumpcję i zaangażowała się w spór ze mną.
– Julka, nie. Nie lubię.
– Daj mi! Daj mi cytlyna! – wołała coraz bardziej zniecierpliwiona.
– Jula, uspokój się. Cytryna jest kwaśna. Dam ci jak zjesz groszek i kurczaka, dobrze?
– Nie mamo! – upierała się dalej.
Odłożyła widelec, zeszła z krzesła, podeszła do mnie, wdrapała mi się na kolana.
– Juleczko proszę cię, jak zjesz swoje danie… – zaczęłam jęk umęczonej matki, co to nawet zjeść w spokoju nie może, bo jej dzieci na głowę wchodzą.
Ona tymczasem wyciągnęła rękę, wzięła kawałek cytryny i wrzuciła go do mojej szklanki z wodą.
– Cytlyna tutaj mamo, wieś? – wyszczerzyła zęby zadowolona z siebie.
No to nie mogła tak od razu?