Charity

Niedzielny poranek. Słońce. Taras. Laptop. Kawa. Cudownie.
Sprawdzam pogodę i mapę. Myślę, gdzie by tu dziś dzieci przegonić przez las. Na górze potomne wstały. Słyszę je od kwadransa, a nie kłócą się. Może chore, czy co?
Po chwili przychodzą do mnie i informują mnie spokojnie, bez przekrzykiwania się nawzajem, o swoim najnowszym konflikcie. Oczom i uszom nie wierzę, że nie drą się i nie skaczą sobie do oczu, tylko kulturalnie wytaczają rzeczowe argumenty. Serio, chore jakieś. Jak nie one.
Otóż młodsza chce od starszej pożyczyć balerinki na piątek do szkoły, kiedy będzie „non uniform day”* i zbiórka pieniędzy na charity, a starsza się nie zgadza, bo ma już zaplanowaną kreację w której skład owe balerinki wchodzą.
– Julka, ale nie ma dyskusji dziecko – tłumaczę jej. – Buty nie są twoje, i siostra oświadcza ci, że nie pożyczy, bo tego dnia sama będzie ich używać. Nie ma się o co obrażać. To nie jest jej zła wola, tylko buty tego dnia są zarezerwowane dla właścicielki. Sprawa jest zamknięta. Poza tym, nawet jakby nie były tego dnia używane, to Ania i tak ma prawo odmówić pożyczki i nie wolno mieć do niej o to pretensji. Jej własność, jej decyzja. Musisz to pojąć i poszukać innego rozwiązania. Idź przekopać szafkę z butami, swoją, nie jej, i poszukaj natchnienia na inną kreację na piątek – zakończyłam.
Pojęła, poszła, pogrzebała, pomarudziła i coś chyba wymyśliła.
Przy śniadaniu zrobiłam im matkopolski wykład, na temat idei pomagania ludziom w potrzebie, i że nie jest dobrze, jak ta idea gubi się w ferworze strojenia się do szkoły. Bo najważnejsze tego dnia jest złożenie datku dla potrzebujących i o tym trzeba pamiętać. Przypomniałam im, że oprócz akcji „non uniform day” w szkole, od czasu do czasu, kiedy robimy w domu porządki i mamy niepotrzebne zabawki, książki albo ubrania, które nie są zniszczone, to zawozimy je do charity shop**. Przy okazji zawiadomiłam je, że za trzy tygodnie zamierzam wziąć udział w biegu chatytatywnym i jeśli chcą, mogą pobiec ze mną. Oraz przypomniałam, że dwa lata temu, kiedy miały włosy do pasa i postanowiłyśmy je obciąć, poprosiłyśmy fryzjerkę, żeby zaplotła je w warkoczyki zanim obetnie i te zaplecione obcięte włosy wysłałyśmy do organizacji, która z tych włosów robi peruki dla dzieci walczących z rakiem. Na koniec poprosiłam, żeby jak się tak będą stroić na ten piątek, nie zpaomniały, po co to wszystko robią.
– Mamo, to ja teraz przez rok jeszcze nie obetnę wosów i za rok będą znowu do pasa, i wtedy je znowu oddam dla chorych dzieci, dobrze? – zaproponowała młodsza, która ma blond włosy do łopatek w tej chwili.
– Dobrze, oczywiście – odpowiedziałam.
Starsza nie powiedziała zupelnie nic ale jej twarz zdradzała burzliwe procesy myślowe zachodzące w głowie. Jej włosy są grube, sztywne, bardzo ciężkie do rozczesania i ona woli je regularnie obcinać na krótko za ucho, żeby szybko zrobić kucyka rano i oszczędzić sobie bólu z czesaniem.
Po śniadaniu podeszła do mnie, usiadła na ławeczce na tarasie, przytuliła się i powiedziała.
– Mamo, zdecydowałam się i proszę cię o pomoc – zaczęła bardzo poważnie.
– Słucham cię – powiedziałam, i coś w środku kazało mi sądzić, że to jeden z tych momentów macierzyństwa, który się zapamiętuje na zawsze.
– Jeśli jakieś dziecko dostanie perukę z moich włosów, to jego rozczesywanie nie będzie bolało, bo czesanie peruki nie boli, prawda?
– Prawda.
– To ja zapuszczę włosy, żeby je komuś oddać. Czy możesz mi co wieczór zaplatać warkocz, żeby rano moje włosy były mniej spątane do czesania? I czy możesz mnie budzić trochę wcześniej, i mi zaplatać warkocz do szkoły, żeby w szkole moje włosy się nie płątały za bardzo?
„Mogę” – pomyślałam, ale nie odpowiedziałam nic, bo ryczałam.
Jestem szczęściarą. Mieszkam pod jednym dachem z dwójką naprawdę fajnych ludzi.

* Dzień bez mudurka. Dzieci przychodza ubrane normalnie, czyli jest odjechana rewia mody, i każdy wpłaca datek na wybrany przez szkołę cel charytatywny.
** Sklepiki takie, u nas w dzielnicy mamy kilka, do których można oddać niepotrzebne rzeczy w dobrym stanie. Rzeczy te następnie zostają wycenione i wystawione na sprzedaż. Dochód przeznaczony jest na konkretny cel charytatywny. W takich sklepikach jest wszystko, od biżuterii po meble. Wszystko niepowtarzalne, niektóre przedmioty mają kilkadziesiąt lat, historię i duszę. Wyszukiwanie w takich miejscach na przykad kryształowych kieliszków do likieru to chwile niemal magiczne. Anglicy bardzo cenią i szanują tę ideę, a wspieranie charity poprzez oddawanie rzeczy do sklepików i kupowanie w nich, to narodowa świętość i tradycja, z której są bardzo dumni.