Chandra

Tracę serce do bloga niestety. Na szczęście jest niszowy, nie zarabiam na nim, nie mam zobowiązań, mogę mieć gdzieś statystyki i w ogóle mogę, co chcę.
Bo coraz więcej jest sytuacji, które chciałabym zapamiętać i opisać je dla dzieci na pamiątkę, ale bez publiczności, bo sprawy są zbyt prywatne, i za jakiś czas dzieci mogłyby mieć uzasadnione pretensje. Niestety przy okazji cierpią też te nadające się do publikacji historie, których mi się nie chce pisać z rozpędu.
I tak na przykłd nie napisałam o babskich zakupach z trzy i pięciolatką (wtedy) sprzed paru miesięcy, kiedy szłyśmy przymierzać szmatki i buty, a wylądowałyśmy w sklepie „campingowym”, gdzie się zasiedziałyśmy, i wracałyśmy po ciemku z latarkami czołówkami na głowach i kompasami na rękach i usłyszałam, że to były najlepsze babskie zakupy na świecie.
Albo sprzed miesiąca, kiedy Babcię i Dziadka (70+) wizytujących nas z Polski wywiozłam do pobliskiego kurortu nadmorskiego, zaległam na plaży a im zasugerowałam spacer promenadą w kierunku ładnie wyglądających klifów po lewej, i jak wrócili po paru godzinach oświadczając, że się na nie wspięli i przeszli je wzdłóż i wszerz, i że koniecznie muszą jeszcze kiedyś przyjechać na cały dzień i przejść górą na te następne klify, które widać na horyzoncie, a ja nie wiedziałam czy dzwonić do Babci kardiologa i pytać, czy na pewno wszczepił jej rozrusznik serca przystosowany do uprawiania sportów ekstremalnych, czy dzwonić po karetkę dla siebie, bo mi słabo było od słuchania.
Albo sprzed tygodnia, jak po półtora roku otwartej wojny z bezdomnym kotem, którego okoliczni sąsiedzi dokarmiali, a na moim skwerku pod oknem kuchennym zwierz upatrzył sobie miejsce na toaletę, i przerobiwszy wszystkie dostępne na rynku i w miarę humanitarne metody odstraszania zwierzęcia odniosłam wreszcie sukces i kocur zostawił mój trawnik w spokoju, ale chyba niestety trochę przesadziłam, bo się zwierz zaangażował emocjonalnie i teraz przynosi mi pod drzwi w prezencie upolowane osobiście martwe myszy i ptaki, a ostanio przyninósł padalca, którego jednak zapomniał najpierw ukatrupić.
Sprzed dwóch dni, jak znajomych którzy wpadli na trzy dni, zabrałam do kolejnego (mamy ich w pobliżu sporo, w końcu to wyspa) nadmorskiego kurortu, gdzie ledwie zdążyliśmy dojchać, spojrzeć na plażę i budkę z lodami, jak zjawiły się kordony policji i ewakuowały nas, bo na plaży leżała jakaś poniemiecka pancerfausta.
I tak sobie myślę, czy to jesienna chandra, czy schyłek bloga, czy co.
Jeszcze nie wiem.