Z poradnika umęczonej matki polki – porada XXXII

Kiedy szczęśliwie przebrniesz przez elementarz i inne pierwsze książeczki, kiedy z nerwami w rozsypce ale i z satysfakcją stwierdzisz, że dziecię twe czyta już prawie płynnie i nie musisz już nad nim ślęczeć i poprawiać go podczas mozolnego procesu składania sylab, że teraz wystarczy, że będzie czytało na głos samo, a ty masz już chwilę oddechu, posłuchaj doświadczonej matki i zastanów się dwa razy, zanim wstaniesz z sofy.
Robi jednak bowiem pewną różnicę, czy zmywając gary i gapiąc się przez okno na wylegujące się na rozgrzanej słońcem masce twojego samochodu koty sąsiadów, z tyłu usłyszysz opowieść o księżniczkach przebranych za proste chłopki zapraszającyh księcia do swojej komnaty, czy też o księżniczkach przebranych za prostytutki zapraszających księdza.

Z poradnika umęczonej matki polki – porada XXXI

Kiedy ci się tak niefortunnie życie ułoży, że ferie zimowe pierwsze do sześciu lat spędzisz nie na nartach, ale w domu, i postanowisz nie posyłać dzieci do żancych klubów na zajęcia, bo nie po to masz durną, słabo płatną pracę na akord, żeby zasuwać w ferie, a dziećmi żeby się opiekowali obcy, i stwierdzisz, że to świetna okazja do ogłoszenia tygodnia domowego pod hasłem „Nakuka gotowania”, bo potomne twoje osiem i dziesięć lat mają i czas najwyższy na poszerzenie umiejętności zalania mlekiem miski płatków i otwarcia matce piwa o jakieś nowe kulinarne kreacje, i kiedy świadoma zagrożeń dla stanu technicznego kuchni po wpuszczzeniu tam dzieci na pełen etat, a co za tym idzie stanu twych nerwów, przezornie zrobisz sobie porządny zapas piwa, olejków z konopii, relanium czy co tam cię na codzień utrzymuje przy życiu, to pamiętaj żeby się tymi specyfikami doprowadzić do stanu apogeum niezmąconej tafli jeziora nirwany i relaksu, nie na moment wejścia do kuchni kiedy dzieci gotować skończą, ale na moment wystąpienia zdania: „Dokładnie mieszając dodawać mąkę po jednej łyżce do uzyskania odpowiednio gęstej konsystencji” podczas dyktowania im przepisu zanim zaczną.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXX

Jeśli przyszło ci żyć w kraju, gdzie dzieci idą ciężko pracować do szkoły po czwartych urodzinach codziennie na sześć bitych godzin i nie wyobrażasz sobie, że po szkole mogłyby jeszcze do wieczora tułać się po opiekunkach zanim zobaczą mamę, dlatego planując powrót na rynek pracy po kilkuletniem „siedzeniu w domu z dziećmi” zdecydowałaś, że nie wpisujesz się w nurt wyścigu szczurów, a już broń Boże nie pchasz się w rozwój kariery w swoim zawodzie wyuczonym, który zdobyłaś na skutek życiowych zbiegów okoliczności i nigdy go nie lubiłaś, i postanawiasz, że bierzesz piewszą lepszą robotę w magazynie a twoim priorytetem jest mieć czas odprowadzać i odbierać dzieci ze szkoły i każdego popołudnia mieć dla nich czas, niezależnie od tego, czy będziecie razem nudzić się w domu, gotować, czy będziesz kierowcą dostarczającym ratolośle na zajęcia pozalekcyjne, to najważniejsze jest, że będziesz robić to osobiście ty, nie wynajęte opiekunki. I kiedy po roku takiej egzystencji, kiedy właśnie stwierdzasz, że idzie ci bardzo dobrze, bo we wszystkie ferie i święta masz wolne, masz czas i na camping i na teatr, że w tygodniu od poniedziałku do środy popołudniami jesteś kierowcą swoich dzieci a pozostałe dni możecie się razem byczyć na sofie z książką, i słowo klucz, czyli „razem” stanowi dla ciebie zarazem cel, jak i nagrodę, nie odtrąbiaj zwycięstwa zbyt pochopnie, bowiem pewnego słonecznego styczniowego popołudnia twój miesternie budowany świat runie w sekundę, kiedy wracając spacerkiem ze szkoły, twoja prawie ośmioletnia pierworodna zapyta:
– Mamo, a wszystkie dzieci mają jakiś dzień w tygodniu po szkole, że zostają na świetlicy i mają różne zabawy razem. Dlaczego ty nam nie pozwalasz?

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXIX

Kiedy już naczytasz się tych internetów w bród i jako osoba oświecona o szokdliwości spożywania jedzenia wysoko przetworzonego, gotowych sosów i mieszanek przyprawowych, których skład wywołuje u dzieci cały atlas chorób od ADHD do autyzmu, cukrzycę, anemię i wszystkie alergie świata na dokładkę, a już największe zło to powodujący agresję u dzieci czerwony barwnik zawarty w najpopularniejszym na świecie czerownym sosie okraszającym każdą kanapkę zjadaną w Europie i Ameryce, i kiedy więc pękająca z dumy i samozadwolenia matkopolskiego stawiasz przed twoimi dziećmi na stole domowej osobistej roboty hamburgery w zdrowej bułce, z domowej osobistej roboty potato wedges* i domowej osobistej roboty pyszną surówką, w której nawet majonez jest domowy przez ciebie własnoręcznie kręcony z jaj od szczęśliwej kury, nie zapędzaj się w błogostanie swoim, bowiem i tak:
– Jest ketchup? – zapytają beznamiętnie one.

* Nie znam polskiej nazwy. Chyba po prostu ziemniaczki pieczone. Pokrojone w ósemki, często ze skórką, posypane przyprawami, skropione olejem i zapieczone w piekarniku. Alternatywa dla frytek.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVIII

Jeżeli jesteś jeszcze bezdzietna a stoisz właśnie na skraju przepaści pieluchowo-butelkowej zastanawiając się czy skoczyć, jeżeli szukasz argumentów za i przeciw, posłuchaj doświadczonej matki.
Otóż nie bój się nocnych wielogodzinnych kolek, zasranych materacy, zarzyganych garsonek, dźwigania wózka na trzecie piętro, słoiczkowych papek na ścianach, flamastrowych dzieł na parkiecie, kupy w kąpieli, framug obitych rowerkiem, gorączek, angin, szkarlatyn, zabezpieczania okien na klucz, barykadowania kuchenki gazowej, sikania w gacie w kinie, łamania nóg na drabinkach pod blokiem, trzymania robaków w pudełku pod łóżkiem, histerii u fyzjera.
Wszystko to nic. Czysta przyjemność można powiedzieć.
Bowiem nastanie dzień, kiedy dziecko zabierze cię na roller coaster*.

* kolejka górska

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVII

Jeśli od momentu ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym, jako obraz błogiej sielanki w twojej głowie projektuje się wizja ciebie i twojego potomka, leniwie rozwalonych na ogromnej kanapie wśród poduszek, w ciszy każde czytające swoją książkę, jeśli ta wizja trzymła cię przy życiu podczas kilkuletniego armagedonu pieluchowo-butelkowego, jeśli w końcu radość i duma rozpierająca twe serce na widok każdej nowo poznanej literki, złożonego poprawnie słowa, każdej płynnie przeczytanej czytanki szkolnej, jeśli ta radość osiągnie w końcu spełnienie i po siedmiu latach masz w domu dziecię, które leży obok ciebie na sofie i wtulone w poduszki połyka coraz to nowe pozycje, rzuć wszystko i kontempluj, chłoń, raduj się, zapamiętuj.
Bowiem sielanka skończy się już po dwóch tygodniach. Dziecko zacznie ci swoje książki polecać.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXV

Jeżeli zdaży ci się nietypowo, acz szczęśliwie, wizytować saunę w czasie, kiedy potomstwo twoje łączy w mozole kolejne synapsy pod czaszką, czyli potocznie mówiąc, przebywa w szkole, i jeśli po wyjściu z sauny, kiedy jak wiadomo, warto poddać ciało peeling’owi, masz przy sobie domowej własnoręcznej roboty peeling z kawą, i jeśli w dodatku jesteś blondynką a nie zamierzasz myć włosów od razu, to niech cię Bóg w swej łaskawości broni od pomysłu smarowania tym peelingiem gęby. O przepraszam, lica.
W przeciwnym razie, popołudnie spędzisz na tłumaczeniu każdemu spotkanemu pod placówką edukacyjną odbierającemu dzieci rodzicowi, że to czarne w twoich włosach co tak przykuwa jego wzrok, to nie plaga wszy lub pcheł, ale kawa mielona rozmiar 4 z Aldika, i sama ją sobie tam wtarłaś dla zdrowia.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXII

Jeśli twoje kilkuletnie dziś dzieci od urodzenia przyjmowały wszelkie konieczne medykamenty w postaci syropów, nie daj się zwieść zachwalaniu farmaceutki w aptece i nie kupuj im witamin w postaci żelków. Słodkich, pachnących, świecących i w wypasionym pojemniku.
W przeciwnym razie będziesz musiała do stałych punktów dnia dodać około trzy ataki rozpaczy ze łzami jak grochy i szlochami  godnymi Oscara, bo dziennie można zjeść tylko jednego takiego żelka.