Jak żyć? (35)

Kiedy w procesie szantażu i przekupstwa rodzicielskiego zwanego potocznie negocjacjacjami z siedmiolatką, która nie chce zrobić czegoś tam, największą, najważniejszą, decydującą i zwycięską katrą przetargową jest obiecanie jej, że będzie mogła za to potem pozmywać naczynia.

Jak żyć? (34)

Kiedy od trzech tygodni od powrotu z wakacji i rozpoczęcia nowego roku szkolnego z trudem próbujesz się wdrożyć w tygodniową rutynę, w pracę, działkę, szkołę, balet, basen i pierdylion jednorazowych akcji, które radośnie wszyscy wymyślają, żeby ci uprzykrzyć życie, jak zebrania rodziców, dni otwarte w szkołach średnich, kontrole u dentysty i okulisty, a ty ledwie już zipiesz i resztkami ostatnimi sił stajesz raz dziennie przy garach, żeby jedzenie było domowe, zdrowe, zbilansowane, dużo warzyw i ryb, niedużo mięsa, mało smażone, urozmaicone, nisko przetworzone, żeby świeżutka surówka, błonnik, bez dodatku cukru, mało soli, ładnie na talerzu, woda w szklaneczce, serwetka…
I kiedy w piątkowy wieczór, kiedy już naprawdę nie masz siły powłóczyć nogami, kiedy marzysz o pościeli, kiedy jest ci tak wszystko jedno, że nie masz nawet ochoty otworzyć wina na „piąteczek piątunio”, ostatkiem sił rzucasz na talerz po kawałku chleba pita, bo tylko taki masz w domu, walisz na to podgrzaną fasolkę w sosie pomodorowym z puszki i posypujesz startym żołtym serem. Wygląda jak sraczka, smakuje jak sraczka. Ale trudno, zjedzą to gówno, albo idą spać głodne. Ty się dziś poddajesz.
Wołasz w eter, czyli do dzieci, które właśnie kończą się przebierać w piżamy po prysznicu, że kolacja na stole.
Przybiega młodsza, spogląda na talerz. Skacze z radości i podekscytowana wraca na schody. Biegnie na górę wołając:
– Anna! Come down! It looks amazing!*

Ania! Schodź na dół! Wygląda fantastycznie!