Jak żyć? (42)

Kiedy wpada ci w ręce filmik z rodzinką grającą na fortepianie jakąś fajną melodyjkę*, więc wołasz dzieci, żeby zobaczyły i posłuchały. One natychmiast zaczynają to śpiewać i okazuje się, że to jakiś mega znany przebój.
Czujesz się staro.

* link tutaj

Jak żyć? (41)

Kiedy WHO oficjalnie ogłosiło pandemię COVID-19, kiedy lada dzień potwierdzone zostaną już od tygodnia znane nieoficjalnie informacje, że w twoim regionie szkoły zostaną zamknięte na dwa tygodnie przed świętami, i z feriami świątecznymi licząc, będzie miesiąc kwarantanny. Nie ferii, z basenem, parkiem trampolin, kinem i wszystkim innym, tylko miesiąc siedzenia w domu. Miesiąc. Z dziećmi.
I nagle okazuje się, że nie możesz znaleźć, nie ma, zniknął, rozpłynął się, zdematerializował i nie ma, nigdzie nie ma pilota do telewizora.

Jak żyć? (40)

Kiedy miejscowy uniwerek jest jednym z najlepszych w kraju i w pierwszej setce na świecie*, i dostaje tyle grantów, że już nie wie co ma z nimi robić, więc co jakiś czas organizuje zajęcia jednodniowe dla dzieci w wieku szkolnym. Zaproszenia rozsyła po kilka lub kilkanaście do miejscowych szkół, a kadra szkolna typuje co zdolniejsze dzieci, które się nadają i jakiś pożytek z tego cyrku dla nich będzie. Zajęcia są dla dzieci w wieku od trzeciej klasy w zwyż.
I tak pierworodna moja w trzeciej klase poszła na literaturę, w czwartej na literaturę i na matematykę się załapała, w piątej obecnie znów na literaturę idzie, bo oznajmiła, że bycie dobrym z matematyki nie oznacza, że się ją lubi, tylko że się ją umie, i ona chce iść tylko na literaturę.
Młodsza moja natomiast, o dwa lata dokładnie młodsza, zazdrościła starszej i doczekać się nie mogła, aż będzie w trzeciej klasie i też „pójdzie na uniwersytet”.
No i nastała trzecia klasa, uniwerek zorganizował, zaproszenia do szkół poszły, starsza na literaturę idzie, a ja trzęsę dupą ze strachu, bo owszem, młodsza bystra jest i wygadana, owszem, uczy się dobrze ze wszystkiego jak leci, ale po równo, i na moje oko, poza tańcem, który uprawia poza szkołą, nie przejawia żadnej pasji, zwłaszcza do przedmiotów akademickich, tak jak jej siostra do literatury, wiec obawiałam się, że zaproszenia nie dostanie i będzie płacz i zgrzytanie zębów po dwóch latach czekania.
Więc kiedy już miałam w zasadzie opracowaną całą strategię postępowania i taktykę złagodzenia dramatu, kiedy już tytuły filmów które razem na pocieszenie obejrzymy pochlipując w pościeli z przytulankami miałam skompletowane, przyniosła skubana list ze szkoły.
Że mianowicie we wtorek mam ją zawieźć na zajęcia.
Nie z literatury. Nie z matematyki.
Z „science”, a konkretnie, z „kryminalistycznych metod wykrywania zbrodni”.
O żesz… Ośmiolatkę?

* Dawno nie sprawdzałam więc nie dam sobie ręki uciąć za tę informację, ale jeśli się pomyliłam, to niewiele.

Jak żyć? (39)

Osiemnaście godzin w podróży od wyjścia z domu do zameldowania się w hotelu, cztery godziny snu, ekspresowy spacer po ekstremalnie zatłoczonych Krupówkach, szybki zakup akcesoriów kibica, jak szaliki i namalowanie polskich flag na policzkach, pierogi z bryndzą gdzieś w jakiejś znalezionej cudem reatauracji z wolnym jakimś stolikiem gdzieś w kącie, cztery godziny skakania, tańczenia, klaskania, śpiewania, trąbienia, krzyczenia i szaleństwa w pierwszym rzędzie sektora C, do którego organizator imprezy sprzedaje trzy razy więcej biletów niż trybuny są w stanie bezpiecznie pomieścić, bo nad nim właśnie lata kamera, a taki gęsty tłum dobrze wygląda w telewizji, kiedy Stoch i Kubacki stają na podium w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich na Wielkiej Krokwii w Zakopanem, kiedy wrzawa pełni szczęscia na chwilę cichnie i cały naród wstaje, zdejmuje czapki i śpiewa Mazurka Dąbrowskiego, łzy wzruszenia leją się ciurkiem, twoje dzieci, płci żeńskiej lat osiem i dziesięć, w których żyłach polska krew płynie, ale serca i mental w stu procentach brytyjsie mają, więc tym bardziej napawa cię dumą, że je czytać i pisać po polsku uczysz, że hymn polski znają i właśnie pełną piersią śpiewają.
Wtedy one nagle odwracają się do ciebie po pierwszej zwrotce i refrenie i patrzą na ciebie z wyrokiem śmierci wypisanym na facjatach. Masz u nich przesrane po całości za to, że one drugiej zwrotki nie znają.
Znowu coś zjebałaś.

Jak żyć? (38)

Kiedy ośmiolatka lubi owsiankę, brokuły, brukselkę, fasolkę szparagową i bez mrugnięcia okiem zje też rozmemłany por w zupie jarzynowej, a nawet na torturach nie weźmie do ust truskawki, porzeczki, maliny, borówki, ani dżemu.
Coś poszło nie tak, nie?

Jak żyć? (36)

Kiedy wydaje ci się, że jesteś przygotowana i wiesz jak będziesz rozmawaić z własnymi dziećmi o seksie, higienie, partnestwie, szacunku, tolerancji, różnorodności, antykoncepcji i co tam jeszcze trzeba będzie. Po pierwsze masz zamiar nie zbywać, tylko odpowiadać na pytania wyczerpująco i zgodnie ze swoją wiedzą. Po drugie nie kłamać o kapuście, tylko zawsze mówić prawdę, ewentualnie zależnie od wieku w jakim zaczną zadawać pytania, podawać nie wszystkie techniczne szczegóły od razu, ale nie kłamać. Po trzecie nie być zawstydzoną, nie mówić szeptem, tylko rozmawiać jak o każdym innym zagadnieniu, jak o układzie słonecznym czy uprawie truskawek. Po czwarte, być kompetentną, co nie będzie trudne, bo od kiedy w wieku kilkunastu lat wypełzłaś spod klosza proboszcza i katechetki i zaczęłaś mieć własne opinie, o życiu seksualnym człowieka dowiedziałś się całkiem sporo z doświadczeń własnych, nie li tylko z książek, więc jesteś bez wątpienia kompetentna w udzielaniu informacji, od zupełnych podstaw do zawiłości planowania płci dziecka włącznie.
I wtedy przychodzi dziewięciolatka i pyta jak to się dzieje, że niektóre jajka kurze są zapłodnione, a niektóre nie.
I nie wiesz.

Jak żyć? (35)

Kiedy w procesie szantażu i przekupstwa rodzicielskiego zwanego potocznie negocjacjacjami z siedmiolatką, która nie chce zrobić czegoś tam, największą, najważniejszą, decydującą i zwycięską katrą przetargową jest obiecanie jej, że będzie mogła za to potem pozmywać naczynia.

Jak żyć? (34)

Kiedy od trzech tygodni od powrotu z wakacji i rozpoczęcia nowego roku szkolnego z trudem próbujesz się wdrożyć w tygodniową rutynę, w pracę, działkę, szkołę, balet, basen i pierdylion jednorazowych akcji, które radośnie wszyscy wymyślają, żeby ci uprzykrzyć życie, jak zebrania rodziców, dni otwarte w szkołach średnich, kontrole u dentysty i okulisty, a ty ledwie już zipiesz i resztkami ostatnimi sił stajesz raz dziennie przy garach, żeby jedzenie było domowe, zdrowe, zbilansowane, dużo warzyw i ryb, niedużo mięsa, mało smażone, urozmaicone, nisko przetworzone, żeby świeżutka surówka, błonnik, bez dodatku cukru, mało soli, ładnie na talerzu, woda w szklaneczce, serwetka…
I kiedy w piątkowy wieczór, kiedy już naprawdę nie masz siły powłóczyć nogami, kiedy marzysz o pościeli, kiedy jest ci tak wszystko jedno, że nie masz nawet ochoty otworzyć wina na „piąteczek piątunio”, ostatkiem sił rzucasz na talerz po kawałku chleba pita, bo tylko taki masz w domu, walisz na to podgrzaną fasolkę w sosie pomodorowym z puszki i posypujesz startym żołtym serem. Wygląda jak sraczka, smakuje jak sraczka. Ale trudno, zjedzą to gówno, albo idą spać głodne. Ty się dziś poddajesz.
Wołasz w eter, czyli do dzieci, które właśnie kończą się przebierać w piżamy po prysznicu, że kolacja na stole.
Przybiega młodsza, spogląda na talerz. Skacze z radości i podekscytowana wraca na schody. Biegnie na górę wołając:
– Anna! Come down! It looks amazing!*

Ania! Schodź na dół! Wygląda fantastycznie!