Historie zaległe (2)

Dziecię me młodsze, o imieniu Julia spędziło swe pierwsze dwa lata życia, poza snem i przetwarzaniem paszy na obornik, na wędrowaniu w wózku całymi dniami tam, gdzie podążałam akurat ja. A ja przemieszczałam się zazwyczaj między sklepem z paszą, sklepem z pieluchami, lekarzami, urzędami i przedszkolem, do którego odprowadzałam pierworodną mą pociechę. I o ile pierwsze cztery pozycje z listy młodsza miała w dupie i albo spała albo gapiła się na otoczenie bez protestów, o tyle przedszkole dzień w dzień, kiedy już tak około dwa lata miała, okupione było codziennie od nowa dramatem. Żeby bowiem starszą, czteroletnią, odprowadzić, trzeba było wejść do sali i ją tam zostawić, następnie wyjść przez taras, plac zabaw betonowy i trawnik z drugim, jeszcze większym placem zabaw z dwoma zadrzewionymi mini parkami po dwóch stronach tegoż placu. Kto próbował kiedykolwiek wykonać taką czynność z dwulatką za rękę, albo na rękach, ten wie. Dwulatka była tak zdesperowana żeby tam z tymi wszystkimi dziećmi i zabawkami zostać, takie dramaty urządzała, tak spierdzielałą do tego parku w te drzewa, że można było zwariować. Znała tam z widzenia wszystkie dzieci, wszystkich nauczycieli, znała każdy kąt, bo bywały dni otwarte i wspólne festyny z rodzeństwem i rodzicami, więc była tam jak u siebie i nie mogła pojąć za cholerę, dlaczego jej siostra tam zostaje a ona musi wyjść. I tak dzień w dzień.
I pamiętam, że jak skończyła dwa lata to miała prawo już zacząć do teog przedszkla chodzić. Pamiętam, że zaprowadziłam ją pierwszego dnia, wytłumaczywszy, że zostaje i tłumaczywszy jej to wielokrotnie od kilku dni, żeby ją przygotować. Pamiętam też, że się cieszyła, że nie mogla się doczekać, więc przewidywałam, że od pwierszego dnia zstawianie tam jej pójdzie gładko, bo pamiętam, że nie miałam tego komfortu co z pierwszą dwa lata wcześniej, że jak wszystkie inne mamy mogę zostać w pierwsze dni z nią na chwilę czy na godzinę, jeśli według nauczycieli zachodzi taka potrzeba, bo bylam wtedy w ostatnim tygodniu ostatniej transzy leczenia i musiałam codziennie o dziesiątej stawić się w szpitalu na krótki, trwajacy minutę zabieg, ale nie mogłam żadnego opuścić, żeby cała czterotygodniowa seria miała sens. Wiec od poczatku byłam z dziewczynek wychowawcą umówiona, że zostawiam obie, daję całusa i znikam, cokolwiek by się działo.
Niestety, działo się. Zostawiłam obie, pomachałam i poszłam. Młodsza rzuciła się do drzwi tarasowych, za którymi zniknęłam. Wychowawca ją złapał i wziął na ręce. Ona w płacz. On ją pociesza i uspokaja. Ona dramat i ręce wyciągnięte do drzwi tarasowych. Łzy jak grochy, szloch rozpaczliwy, i wyrywa się na ten taras. Wychowawca ją czymś zagaduje. Trwa to kilka minut, znim dziecina sie zmęczy, pogodzi z sytuacją i przestanie. Pięć minut, w które stałam z boku budynku, ukryta za szybą, zza której mnie nie widzieli i targał mną szloch jeszcze wiekszy niż dziecięciem. Jak mogłam tak bardzo zawieźć tę niewinną istotkę. Jak mogłam tak zniknąć, kiedy mnie potrzebuje, kiedy inne matki w takich sytuacjach zostają z dzieckiem, żeby się oswoiło z sytuacją. Nie ten jej płacz był najgorszy, ale ten moement, kiedy rezygnowała. Kiedy rozumiała, że nie ma co płakać, bo matka ją zostawiła i nie wróci.
Na przystanek autobusowy szłam zalana łzami, aż się ludzie oglądali i pytali czy wszysko w porządku. W szpitalu, na tę mimutę zabiegu kiedy musiałam leżeć bez ruchu ledwie się powstrzymywałam, żeby nie wpasć  w szoch i nie zepsuć wszytkiego.
Trzy dni to trwało. Trzy koszmarne dni.
Czwartego ktoś wychowawcę zawołał do biura dyrektorki, więc postawił płaczącą dziecinę moją na dywanie, żeby się nią asystentki zajęły i poszedł. Dziecina w ułamku sekundy rzucła się do drzwi tarasowych, wybiegła, dorwała rowerek i z wyrazem największego szczęścia i satysfakcji na twarzy wsiadła na niego.
O rowerek kurna chodziło, nie o mnie.
Tyle łez niepotrzebnie przez gówniarę wylałam.

Historie zaległe (1)

(Są takie historie, których nigdy sobie na blogu nie opisałam, bo albo za dużo zdradzały prywatności, albo czasu nie miałam czy natchnienia, a siedzą we mnie, i bardzo chcę je tu mieć, bo dzieci zaczynają ten blog czytać i dla nich to ma tutaj zostć na zawsze. Będę je więc pisać, kiedy mi się przypomną, i kiedy najdzie mnie na ich napisanie ochota. Dziś pierwsza.)

„Byle do piątku” powtarzałyśmy sobie ze śmiechem z koleżanką siedząc w szatni w szkole baletowej, czekając na dzieci. Wtedy przypomniałam sobie, że ja w ten piątek do późnego wieczora na wysokich obrotach będę, bo dzieci mają wycieczkę do Crealy z drużyną zuchów, przywiozę je dopiero o dziewiątej. I wtedy zeszłyśmy na temat parków rozwyrki, i tego, jak bardzo ich nie znosimy, ale dzieci uwielbiają, więc trzeba jakoś wyważyć.
– Ale dla mnie Crealy jest wyjątkiem, mam do niego osobisty senstyment – powiedziałam, i zaczełam swoją opowieść.
Samodzielną matką zostałam w lecie, w momencie kiedy dzieci miały nieco powyżej dwóch lat starsza, i pięć miesięcy młodsza. Na placach zabaw radziłam sobie wyśmienicie, bo zajmowałam się starszą, a młodsza albo spała w wózku, albo nas obserwowała i się cieszyła. Szło świetnie, póki młodsza nie zaczęła pełzać a potem chodzić, i już w wózku siedzieć nie chciała. A latanie po placu zabaw w dwie różne strony i asekurowanie po dwóch jego końcach jakoś mi nie wychodziło.
I wtedy odkryłam Crealy. Znałam je wcześniej, ale o nim zapomniałam, więc odkryłam je na nowo. Ogromny park rozrywki, kwadrans za miastem, koło przystanku autobusowego. Dużo atrakcji dla starszych dzieci, ale również mnóstwo dla maluszków. Większość na świeżym powietrzu, ale oprócz tego dwa duże hangary z kilkoma konstrukcjami i „kulkami”. Dla najmłodszych, dla dwu-trzylatków, dla starszych. Romieszczone po brzegach hangaru, a na środku stoliki dla rodziców, spokojnie obserwjących pociechy. Deszcz mógł sobie padać a i tak można było siedzieć cały dzień, i dzieciom się nie nudziło. Niecierpiałam tego miejsca, za tłum, hałas, komercję i wszystko, ale zarazem uwielbiałam, bo siedziałam przy stoliku, młodsza pluskała się w kulkach, starsza wspinała na zjeżdżalnie, a ja nie musiałam za nimi gonić. Były też karuzele, staw, gdzie karmiłyśmy kaczki, pikniki na trawie. Wykupiłam roczny karnet i byłyśmy tam co najmniej raz w tygodniu przez wiele miesięcy. Dzieci uwielbiały.
Aż przyszedł taki dzień, że sielankę przerwał nam mój stan zdrowia i konieczność skupienia się na planie leczenia, który zaproponował mi szpital. Plan obejmował cały full wypas pakiet zabiegów i terapii jakie są dostępne na rynku, rozpoczynał sie w październiku, kończył w maju. Podeszłam do tego zadaniowo, jakby to było szkolenie jakieś, które trzeba odwalić i już. Szłam jak przecinak przez pierwsze tygodnie, ale potem opadałam z sił. Do Creay jeździłyśmy coraz rzadziej, na place zabaw i huśtawki też, jadłyśmy coraz gorzej, głównie gotowce. Coraz częściej moje przyjaciólki wpadały rano, zabierały dzieci i oddawały wieczorem, bo wiedziały, że nie mam siły pieluch zmieniać i karmić. Coraz częściej przynosiły mi gotowe obiady. Albo rozliczały moje podatki.
W najgorszym okresie budziłam się rano, dzieci sadzałam na łóżku z kromką suchego chleba albo ciastkami, włączałam im bajki na laptopie i leżałam koło nich przysypiając co chwila, lub biegając do toalety. I tak całymi dnaimi. Obiecywałam sobie, że kiedy to się skończy, wrócę do sił, będziemy zdrowo jeść, będziemy podróżować i robić ciekawe rzeczy i nadrobimy ten zmarnowany czas. A tymczasem leżałam całymi dniami półżywa.
Do Crealy przestałyśmy jeździć. Dziewczynki pytały, prosiły, a ja mówiłam, że jestem chora, nie mam siły, że będę chora jeszcze jakiś czas i jak skończę leczenie i wyzdrowieję, to pojedziemy. W końcu przestały pytać. Zrezygnowały. A mi serce pękało.
I jeszcze ta przeprowadzka. Finanse mi podupadły, bo zawiesiłam mój internetowy biznesik i przeszłam na długotrwałe chorobowe, przez co nie byłam w stnie utrzymać dużego domu i zminiłam na mniejszy. Przeprowadzka poszła gładko, bo mnie po prostu przyjaciółka przeprowadziła. Przyjechała na kilka dni, spakowała mnie, przeprowadziła, wysprzątła nowa chałupę. I pojechała. Zostałam na nowym miejscu, z pudłami, domem do remontu, dwójką dzieci, długami i kompletnie bez sił na cokolwiek. Zmieniałam pieluchy, robilam kanapki i frytki mrożone z paluszkami rybnymi. I padałam wykończona. Tyle.
Trzeciego jakoś dnia usiadłam na środku salonu, rozejrzałam się. Wszystko w pudłach, workach, reklamówkach. „Mój Boże, kiedy ja to rozpoakuję” – pomyślałam beznadziejnie. Może zrobię plan, że po jednym pudle dziennie…
Przytuliłam mocno dzieci. Miały wtedy dwa i cztery lata.
– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam. – Od teraz wszystko będzie już dobrze. Wczoraj miałam ostatni zabieg. Skończyłam całe leczenie i jestem już zdrowa – zakomunikowalam.
– Jej! To możemy teraz pojechać do Crealy, tak? – ucieszyły sie natychmiast, a ja momentlanie zalałam się łzami. Moje maleńkie dziewczynki pamiętły i czekały cierpliwie cały ten czas, tyle miesięcy.
„Pieprzyć pudła” – pomyślałam.
Następnego dnia wstałyśmy rano i pojechałyśmy do Crealy. Pierwszy raz byłyśmy bez wózka. Tego dnia była przepiękna pogoda. Chodziłyśmy za ręce od karuzeli do piaskownicy, od stawu do zjeżdżalni. Nieśpiesznie. Spokojnie. Dziewczynki szczęśliwe gadały jak najęte. Cieszyły się wszystkim. Ja czułam się jakbym wróciła do domu z dalekiej i ciężkiej podróży.
To był najlepszy dzień w moim życiu.