Chce się żyć (7)

Kiedy ósme urodziny dziecięcia wypadają w sobotę i wyraża ono zapotrzebowanie, aby rozpocząć je tak, jak urodziny Lisy z „Dzieci z Bullerbyn”, czyli śniadaniem do łóżka. Kończysz właśnie przygotowywać tacę, zapalasz świeczkę na babeczce i ostrożnie wchodzisz po schodach.
– Czekaj mamo – mówi nagle pierworodna, dziesięcioletnia, ktora idzie z tobą.
Biegnie do siebie i wraca z dużą kartką urodzinową własneręcznie przez siebie przygotowaną. Z jednej strony rysunek przedstawiający dwie siostry, z drugiej życzenia. Długie, osobiste. Zakończone:
„You go girl!
Don’t Forget
to be yourself!
You’re epic!
Never fall Sissy!”
I zaś ryczysz.

Chce się żyć (6)

Kiedy na cotygodniowych zajęciach na płwalni twoje dzieci, lat siedem i dziewięć, od wielu, wielku miesięcy kiblowały w grupie na poziomie czwartym, pomimo, że ewidentnie było widać, że kraulem, żabką i na plecach szło im świetnie i mogłyby od dawna pójść wyżej, to blokował je motylek. Nie potrafily motylkiem całej pełnej długości przepłynąć, w połowie brakowało im pary, musiały odpoczywać. I tak od wielu, wielu tygodni. W końcu któregoś dnia na początku września się udało, jednej i drugiej tego samego dnia, więc je instruktorka puściła wyżej.
Przepisałaś dzieci do nowej grupy, i spodziewałaś się następnego co najmniej pół roku, a maksymalnie całego roku na tym poziomie, bo tyle to średnio dzieciom zajmuje.
Po czwartej lekcji na poziomie piątym podchodzi do ciebie instruktor i mówi, że obie są za dobre do tej grupy i on je widzi poziom wyżej, i masz w sekretariacie zgłosić, żeby je przenieśli w systemie.
Poszłyśmy do sekretariatu. Dziewczyny dostały nowe czepki w kolorze fioletowym, oraz odznaki i dyplomy ukończenia poziomu piątego. Pęczniały z dumy jak nie wiem co.
A mamusia jeszcze bardziej.

Chce się żyć (5)

Kiedy noc była cieżka, bo spałaś tylko dwie godziny. Kiedy dzień w pracy był ciężki, bo byłaś niewyspana. Kiedy po pracy jakieś szybkie zakupy i biegiem pod szkołę, skąd zabrałaś dzieci (lat siedem i dziewięć) prosto na pływalnię, gdzie było dużo emocji, trochę ekscytacji pomieszanej ze strachem, bo dzieci po około dwóch latach u jednej ulubionej instruktorki przeszły na kolejny poziom, do nowej grupy z nowym nauczycielem, więc trochę żal, że rozstanie i kartka na podziękowanie za naukę, trochę ciekawość co dalej, jaki jest nowy nauczyciel. Koniec końców poszło świetnie, ale przeżycia wypaliły cię z resztek energii.
W domu obiad,  potem jedna się kąpie, druga ćwiczy grę na pianinie, potem zmiana. Ty się krzątasz, ogarnaisz kuchnię, jakieś rachunki płacisz bo przyszły, sprawdzasz pogodę na jutro i cieszysz się, że ma padać, bo posadziłaś prawie sto truskawek na działce i nie musisz jutro lecieć ich podlewać, sprawdzasz godziny otwarcia hurtowni mundurów harcerskich, bo starszej się miejsce na szarfie na odznaki skończyło, i trzeba nową dokupić, do systemu szkoły się logujesz, przelew na wycieczkę robisz, terminy zebrań rodziców sprawdzasz, menu na szkolny lunch na jutro, potwierdzasz sms’em jednej mamie, ze młodsza weźmie udział w przyjęciu urodzinowym w sklepie Lego, szukasz na ebay pakietu dziesieciu różnych kartek urodzinowych dla dzieci, bo sie skończyły, a sezon na przyjecia urodzinowe się zaczął.
Potem prysznic. Zmęczona schodzisz na dół w piżamie, myśląc, że wreszcie, nareszcie sobie dziś usiądziesz.
Wchodzisz do salonu. Sofa rozłożona, pościelona. Jedna leży na brzuchu i macha nogami w górze, druga ma głowę na jej plecach, nogi podkurczone. Obie zaczytane w swoich grubych tomiskach przytarganych ze szkoły. Leżą, czekają na ciebie, i czytają sobie. Tak po prostu.
I chce się żyć.

Chce się żyć (4)

Kiedy we wtorek o szóstej trzydzieści rano siadasz opatulona w szlafrok na tarasie, z kawą i laptopem. Ptaszki ćwierkają, bez pachnie. A tu mail od dyrektora szkoły, który z właściwą sobie angielską uprzejmością, zwraca się do rodziców klas drugich z informacją, że oto jak wiecie wasze pociechy będą zdawały kilkuetapowy, ogólnokrajowy egzamin z angielskiego i matematyki, który szkoła ma obowiązek zrealizować w miesiącu maju wedle własnego uznania, to znaczy niektóre dzieci będą zdawały go w grupach, niektóre w odosobnieiu, niektóre rano, niektóre po południu. O tym bedą decydować nauczyciele, bo znają wasze dzieci i wiedzą, kto jakich warunków potrzebuje żeby się skoncentrować a zarazem nie zestresować. Także uprasza się o nie denerwowanie się, jeśli znajome dzieci mówią, że już napisały, a wasze jeszcze nie. A po drugie, najważniejsze, wielu z rodziców przeżywa ten egzanim poraz pierwszy i bardzo się stresuje, wielu z was drodzy rodzice, pyta nas czy macie z waszymi dziecmi coś przećwiczyć, uczyć je czegoś i je przygotowywać. Otóż chciałbym wam wszystkim grupowo odpowiedzieć na to pytanie. Możecie pomóc swoim dzieciom, nawet powinniście i bardzo was o to prosimy. Możecie je bardzo dobrze do tego egzaminu przygotować, poprzez pilnowanie, żeby każdego dnia poszły spać wcześnie i zjadły rano porządne śniadanie.
A naszą robotę zostawcie nam.

Chce się żyć (3)

Kiedy w piątek po południu, kiedy każdy normalny człowiek wraca z roboty, otwiera wino i ma piąteczek, piątunio, ty jak ten pojeb przyprowadzasz sobie ze szkoły pięć sztuk poniżej dziesiątego roku żcyia, które mówią do ciebie naraz w czterech (chyba, w każdym razie przynajmniej trzech to na pewno) językach, z czego rozumeisz tylko dwa, karmisz je siedmioma rodzajami naleśników i poisz czterema rodzajami napojów, a następnie pozwalasz iść na górę i robić co chcą, i nie ingerujesz dopóki nie leje się krew i nie sypie tynk, i spoglądając żałośnie na wino w lodówce myślisz sobie: „Co mi kurwa znowu odpindroliło?”.
A potem przychodzą naraz rodzice, żeby odebrać te sztuki, które nie są twoje, i wszystkie one zgodnie wołają: „Nie chcę iść, chcę zostać, tu jest fajnie, najlepsza zabawa na świecie!”

Chce się żyć (2)

Kiedy wpadasz do centrum recyklingu, parkujesz przy hałdzie odpadów ogrodowych, otwierasz klapę i wywalasz z bagażnika pociętą na drobne jabłonkę. Jedziesz prosto z działki, dzień jest upalny, masz na sobie kalosze, krótkie spodenki, t-shirt, słomkowy kapelusz od słońca i rękawice. Podchodzi pracownik, pyta, czy ci pomóc. Mówisz, że nie, radzisz sobie, ale chciałabyś rozmawiać z Józkiem. Pod gałęziami masz bowiem kilka potłuczonych płyt chodnikowych i cegieł, za których zostawienie się płaci, a Józek to twój rodak, który daje Polakom rabaty.
– Jóóózeeek! – Drze się na całe gardło dżentelmen. – Tu jakaś dziewczyna do ciebie!
Dziewczyna za trzy miesiące kończy czterdzieści pięć lat.

Chce się żyć (1)

Widziałam ich już, jak po pracy wychodzili razem na boisko i grali w krykieta. Chyba krykieta.
Wiem, że niektórzy razem biegają.
I wpadałam na nich jak siedzieli w parach lub kilkuosobowych grupkach gdzieś na lunch’u.
Na szkolnych festynach malują dzieciom twarze, kleją tatuaże.
Albo siadają po kolei na krzesełku i każdy chętny, dziecko, rodzic, współpracownik, za jednego funta wali w nich ogromną mokrą gąbką z odległości kilku metrów, i wszyscy pękają ze śmiechu, a oni sami najbardziej. Datki przekazują na cele charytatywne.
Jak jest dzień przebierania się za superbohatera, albo za postaci z książek, wszyscy, co do jednego, są poprzebierani i to nie byle jak.
Ale dziś mnie rozczulili zupełnie, zamieszczając na fejsie to:

To są proszę państwa nauczyciele z moich córek podstawówki. Tym się zajmują w przerwie na lunch.
Na perkusji wychowawczyni mojej pierworodnej, matematyczka. Na gitarze na pierwszym planie – dyrektor szkoły.
Dystans. Zaangażowanie.
Uwielbiam ich.