Otwarcie sezonu

Samodzielna matka jest trochę jak szachista. Kilka ruchów do przodu musi mieć w głowie. Jak w zimie kupuje samochód, musi myśleć, żeby był niski, bo w lecie będzie musiała na nim sama trzy rowery montować. Na wycieczkę zawsze zabiera śrubokręt, żeby zdjąć osłonkę z łańcucha, kiedy ten spadnie i trzeba będzie zakładać. Internet musi przekopać w poszukiwaniu kasków bez regulacji, jeśli wie, że pomaganie dzieciom w ich zakładaniu i dociskaniu pierdylion razy na każdym wyjeździe wkurza ją niemożebnie, a nikt inny tego za nią nie zrobi, więc chce, żeby dzieci same swoje kaski umiały obsłużyć.
Taka refleksja mnie naszła w sobotni leniwy poranek. Piję kawę, sprawdzam prognozę pogody. Idealny dzień na otwarcie sezonu rowerowego.
Na górze trwa krwawa jatka o breloczki z Bolkiem i Lolkiem, bo zapomniały który jest czyj. A nie jest sztuką pójść tam, wrzasnąć, kazać się zamknąć i zabrać breloczki skoro nie potrafią się dzielić, sztuką jest zacisnąć zęby, zatkać uszy i dać im rozwiązać konflikt samodzielnie. Niech się drą, ryczą, niech sobie wydrapią oczy, ale niech załatwią. Niech nie zostawią niedomówień, które będą się piętrzyć. Oceniam więc, że mam co najmniej kwadrans.
Wyciągam z szopki rowery, podnoszę siodełka, sprawdzam hamulce, dopompowuję koła. Burza na górze idzie w dobrym kierunku, bo przypomniały sobie, że oba breloczki są młodszej, ona je sobie kupiła, a starsza miała Reksia, którego gdzieś posiała. Więc młodsza chętnie pożyczy Lolka starszej, pod warunkiem, że starsza zapamięta, że to tylko pożyczka, nie prezent.
Po chwili schodzą na dół.
– Dziewczyny, mam plan. Jedziemy na rowerach nad rzekę. Co wy na to? – proponuję.
– Super mamo.
– To przygotujcie się proszę, za kwadrans wychodzimy.
– Ok – powiedziały i rozeszły się.
Młodsza poszła po swój plecak. Wpakowała do niego jabłko, banana i butelkę z wodą. Następnie założyła trampki i kask. Tak przygotowana usiadła na schodach i czekała. Starsza pobiegła na górę. Wróciła po chwili. W uszach miała piękne, najładniejsze ze swojej kolekcji samoprzylepne kolczyki, na ustach różową szminkę, na powiekach różowy cień.
– Jestem gotowa! – zawołała zbiegając na dół z rozwianym włosem i ślicznym białym uśmiechem.
Cholera, gdzieś popełniłam błąd chyba.

Jak żyć? (2)

Kiedy najbliższa przyjaciółka, która zna cię najlepiej, jest mądra i dobra, była z tobą w zdrowiu i chorobie, ufasz jej jak nikomu, przysyła ci cover*. „Pomyślałam o tobie, to takie twoje” – mówi.
Włączasz. Ze słów niechybnie wynika, że jesteś najgorszą zimną suką pod słońcem.

* TULIA „Nieznajomy”

Poniedziałek, czyli basen

Basen. Temat przyjemny w lecie i drażliwy w zimie. Bo my z córkami jak trzej muszkieterowie; jak jedna chora, to wszystkie trzy uziemione. A w zimie co chwilę któraś, więc na basen się w zimie jeździ w kratkę. A lekcje się toczą swoim rytmem i jak się na wiosnę wróci do regularnego uczęszczania, to nie dość, że w naszych grupach już inne dzieci są, bo tamte poszły wyżej, to jeszcze siedzę na tych trybunach i patrzę, jak pozapominały, potraciły technikę i od wiosny syzyfowa robota, żeby dojść do poziomu z jesieni.
Niby to dla mnie nie ma znaczenia, bo basen traktuję wyłącznie jak aktywność fizyczną i wyrabianie nawyku, nie jak sport uprawiany dla wyników, ale jak się od trzech lat siedzi na trybunach tydzień w tydzień i patrzy, to się nie da o postępie nie myśleć.
Więc właśnie mamy wiosnę, żal mi tyłek ściska na myśl o tym, co bym sobie kupiła i gdzie pojechała za tę kasę którą wywalam na to, żeby siedzieć i patrzeć, jak się prawie topią. Aczkolwiek młodsza, sześcioletnia, już nadrobiła i idzie jej dobrze.
Tak więc mamy poniedziałek, jedziemy na basen.
– Julka, – zwracam sie do niej, – dostałam telefon z basenu, że mam cię przenieść do wyższej grupy, ale nie mieli miejsca w grupie o jeden poziom wyżej i zaproponowali, żebyś poszła o dwa poziomy wyżej. Tak więc dziś pójdziesz tam na próbę, zobaczysz, czy ci się podoba i czy dasz radę. Jeśli uznasz, że ćwiczenia są za trudne i dystanse za długie, to będziemy szukać dla ciebie miejsca w innym dniu, dobrze?
– A jakie trudne tam są ćwiczenia? – zapytała rezolutnie ona.
– Na rozgrzewkę cały basen kraulem, i z powrotem na plecach. Ty potrafisz, ale możesz nie dać rady całego basenu naraz, bo dotychczas pływałaś zawsze pół.
– Dobrze mamo, zobaczę – powiedziała spokojnie.
Dała radę. Zatrzymywała się po dwa razy na całej długości żeby odpocząć. Istruktorka proponowała jej makaron, ale dziecina kiwała stanowczo głową, że nie, i walczyła dalej.
– Mamo, jak byłam w połowie basenu to czułam jak mnie nóżki bolą, ale w głowie mówiłam sobie, że dam radę i moja głowa mówiła moim nóżkom, żeby płynęły dalej – streściła mi w drodze powrotnej tajemnicę swojego sukcesu.
Ja pierdzielę. To dziecko wyjdzie na swoje. Wystarczy jej nie przeszkadzać.

Tolerancja

Zawsze wiedziałam, że wyniosłam z domu szacunek do ludzi bez względu na ich poglądy, wiarę, gusta, wykształcenie i inteligencję. Nie było trudno mi to wpoić, bo jestem po matce, zagorzałej katoliczce, która więcej życia spędziła w kościele niż we własnej kuchni, oraz po ojcu, zadeklarowanym ateiście, który nawet na moją komunię do kościoła nie wszedł, i którzy to rodzice moi pokłócili się w życiu piedylion razy z każdej możliwej przyczyny, lecz nigdy nie stali sobie na drodze ze względu na wiarę lub jej brak. Osobiście nigdy nie usłyszałam ani słowa komentarza ze strony ojca, że chodzę na religię i przyjmuję wszystkie sakramenty jak leci, ani też ani słowa od matki, kiedy natychmiast po bierzmowaniu wyszłam z kościoła raz na zawsze i nigdy więcej nie weszłam.
Zawsze też denerwowali mnie ludzie, którzy traktowali swoje poglądy jako jedynie słuszne i, niejednokrotnie będąc w wieku dojrzałym, głosząc je ze szczenięcą butą wyrażali pogardę dla innej opcji. A już żenowało mnie mocno, kiedy rozmówca, na przykład ja, byłam z tej innej opcji, a delikwent nie rozumiał nawet, że właśnie mnie obraża. Ceniłam sobie bardzo, że potrafię być ponad to, że to widzę, i zawsze wiedziałam, że to nie zasługa liczby przeczytanych książek, tylko wychowania.
Potem wyjechałam żyć do obcego kraju i przekonałam się, żem rasistka jak ta lala. Póki siedzę na swojej kanapie, rasistką nie jestem, ale tolerancja kończy mi się natychmiast, kiedy dzielę szatnię z Afrobrytyjczykami, których pot ma zapach inny niż białych, albo kiedy Hindusi otwierają na stłówce swoje lunch box’y i ich przyprawy są nie do zniesienia, a już najmniejszą tolerancję miałam do Arabów, bo przystojni, uroczy, ale ani z nimi się napić, ani nawet na lunch pójść, bo bez przerwy mają ten cholerny ramadan.
Trochę to trwało, ale nauczyłam się. No, może nie akceptacji totalnej, ale tolerancji na pewno.
I już, już myślałam, że jestem mistrzynią liberalności, królową szacunku do odmienności, jak okazało się, że schody dopiero się zaczynają.
Otóż córki moje weszły w wiek, w którym nie wydaje się im już wyłącznie poleceń, ale trzeba zacząć liczyć się z ich zdaniem. I nie jest łatwo.
Wstały dziś rano, umyły zęby, uczesały się, założyły mundurki i zeszły na śniadanie. Podałam im je i poszłam na górę podmalować oko. Zostawiłam je z: Halo – Vintage Motown Style Beyonce Cover ft. LaVance Colley. Kiedy wróciłam słuchały: JoJo Siwa – BOOMERANG.
I to nie są żarty. Pogodzenie się z gustem muzycznym moich dzieci to dla mnie K2 tolerancji. Nie wlezę.

Wywiadówka

Wywiadówka jest trzy razy do roku, na koniec każdego semestru i polega na tym, że pani siedzi przy biurku, a rodzice po kolei przysiadają się na rozmowę. Każdy ma swoje piętnaście minut. Można przyjść samemu, można we dwoje, a można i z dzieckiem, jak ktoś, tak jak ja, chodzi wszędzie z dzieckiem, bo go gdzie zostawić nie ma. Żeby wszystko szło sprawnie, szkoła ogłasza terminy wywiadówek dla poszczególnych klas i rodzice rezerwują swoje spotkania na konkretne godziny. Mailem, telefonicznie albo osobiście w sekretariacie. No i ogłosili jakoś tak przed świętami, że mi nie pasowało, bo musiałabym na balet czy na coś tam innego dzieci nie zawieźć, więc odpuściłam sobie. No nie chciało mi się, no.
Ja w ogóle jestem z edukacją szkolną na bakier trochę. Ciągam te dzieci po basenach, baletach, po górach, campingach i do teatru prowadzam, pilnuję, żeby się na hustawkach i drabinkach nawisiały ile trzeba, ale za to kompletnie olewam czego je tam w szkole uczą. Mam zamiar się w to nie wtrącać dopóki wystarcza im bystrości do tego, żeby bez mojej ingerencji oceny miały dobre, i żyję nadzieją, że stan ten potrwa jak najdłużej.
Tak więc nawet nie miałam specjalnie wyrzutów sumienia. Do dziś.
– Mamo, a dlaczego nie poszłaś na parent’s evening* z nami przed feriami? – Zapytała dziś wracając ze szkoły moja pierworodna, lat od wczoraj osiem.
– A bo jakoś nie miałam czasu ani nastroju, a wiedziałam, że nie muszę się o nic matwić, bo uczycie i zachowujecie się dobrze, więc tylko byśmy usiadły, pani pokazałby wasze zeszyty i prace i by was chwaliła…
– No właśnie! – Przerwała mi, co jej się zdarza raczej rzadko. – Ja bardzo lubię siedzieć tam z tobą i słuchać, jak pani mnie chwali i pokazuje ci moje prace.
Czyli co? Znowu zjebałam?

* wywiadówka

Kartka z kalendarza (19)

Piętnasty kwietnia anno domini 2018.
Co tam we świecie słychać, to państwo wybaczą, ale pojęcia nie mam, bom w ostatniej chwili tradycję rodzinną, według której dzieci spędzają ferie wielkanocne z ojcem na wczasach a ja daję się kroić chirurgom w lokalnym szpitalu złamała, i w ostatniej chwili spod skalpela uciekła, więc wolny czas, żeby nie myśleć o życiu, co mi na zdrowie nie wychodzi ostatnio, wypełniałam sobie szczelnie atrakcjami wszelakimi, to i na sprawdzanie wiadomości czasu nie było. Ale wojny chyba żadnej, oprócz tych, które w trakcie, tak sądzę.
Jednakże odnotować należy, że dnia dzisiejszego, o jakieś trzy lata wcześniej niż sądziłam, że to nastąpi, o godzinie 21.13 zakupiłam na ebay, dla córki mej pierworodnej, na dzień przed jej ósmymi urodzinami, pierwszą książkę o dojrzewaniu dla dziewczynek.

Życie w cytatach (37)

Leniwa niedziela. Kroję kalafiora do zupy podrygując w rytm „Dancing in the Dark” Bruce Springsteen’a, dzieci na górze składają swoje ciuchy z suszarki do szuflad. Nagle od tyłu przylega do mnie sześcioletni blond aniołek.
– Mamo, ja lubię jak jesteś taka gruba jak teraz – mówi obejmując mnie w pasie.
Kucam przed nią, żeby mieć twarz na poziomie jej twarzy.
– Dlaczego? – Pytam.
– Bo jest więcej żeby hug*, a ja lubię hug.
I kto jest teraz ukochaną córeczką mamusi?

* przytulać

Talent show

Talent show. Impreza, która zrodziła się przypadkowo w moim domu, kiedy przyjmowałam gości i ktoś poprosił moje dzieci, żeby zagrały na pianinie. Zagrały, a potem reszta obecnych dzieciaków zaczęła jedno przez drugie popisywać się śpiewem, tańcem i recytacją. Obecnie impreza odbywa się cyklicznie w domu znajomych, bo mój mikroskopijny salon okazał się zbyt małą estradą dla tancerek i tancerzy. Dzieci się do tego przygotowują, pokonują tremę przed występem, zbierają oklaski, mamy piją kawę i inne trunki, no same plusy. Polecam.
Właśnie niedawno byłyśmy.
Dzień wcześniej moja córka pierworodna oświadczyła, że przygotuje się sama w swoim pokoju i nie zaprezentuje mi i siostrze programu w ramach próby generalnej, jak to robiła dotychczas. Nie powiem, żebym była szczęśliwa z tego spadku zaufania do mnie, ale że niedawno zdarzyło się, że z powodu tremy w ostatniej chwili odmówiła wzięcia udziału w zawodach, do których sama się wcześniej mozolnie przygotowywała i ja nie mogłam nic na to poradzić, to tym razem postanowiłam całkowicie zaakceptować jej warunki, bo lepiej, żeby wystąpiła na swoich, niż wcale. Tak więc dziecię zamknęło się w pokoju na pół dnia, po czym przy kolacji oświadczyło, że jest gotowe.
Impreza przebiegała jak zawsze; drinki, plotki i oklaskiwanie pociech produkujących się na parkiecie lub na instrumentach. Moja pierworodna koniecznie chciała być ostatnia i poprosiła o chwilę przerwy przed swoim występem, ponieważ chce sie przebrać i, uwaga!, musi zrobić rozgrzewkę. Serio, tak powiedziała, rozgrzewkę. Oniemiałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przeginam z wpajaniem jej, że albo robisz coś w życiu porządnie, albo nie trać czasu i nie rób tego wcale, bo strasznie poważnie podchodzi do spraw. Nie zdążyłam dojść do żadnego wniosku, kiedy była już na dole, ubrana w starą, troszkę za małą ale mocno rozkloszowaną kiecę, czym mi zaimponowała, bo wiedziałam, wybrała ten strój bardzo świadomie pod choreografię.
Włączyła muzykę z youtube’a, ukłoniła się i zaczęła taniec.
Nie, żebym się chciała chwalić, no ale pięć lat dziecina na balet chodzi, to nie można jej gracji i wdzięku odmówić. No ma. A że mina stojącego pod ścianą kolegi ze szkoły samoczynnie uruchomiła we mnie tryb „teściowa”, to wnioskuję, że to nie jest moja odosobniona opinia.
Także właśnie się zastanawiałam, czy sobie pęknąć z dumy, że w ogóle potrafi, czy co ważniejsze, że się tak porządnie przygotowała, kiedy zaczęło do mnie docierać, że na podkład muzyczny wybrała utwór*, w którym napalone dziewczę daje swój numer telefonu nieznajomemu, na wpół nagiemu młodzianowi, nie w celu oglądania z nim znaczków bynajmniej.
Rozejrzałam się po obecnych. Nikogo, absolutnie nikogo oprócz mnie jednej nie raziło, że ośmiolatka kręci piruety do utworu, którego treść od początku do końca i bez podtekstów brzmi „przeleć mnie”. Ośmiolatka. Nikogo.
No i teraz nie wiem, dać jej szlaban na youtube’a czy może zacząć się od niej uczyć?

Carly Rae Jepsen – Call Me Maybe