Życie w cytatach (29)

Julia, lat pięć i pół. Podczas wycieczki w lesie.
– Mamo, to jest prezent dla ciebie. To jest magiczny patyk.
– Dziękuję. A jaką ma moc ten patyk?
– Zebierze cię w każde miejsce, jakie sobie zamarzysz.
– A jak on to robi?
– Musisz pomyśleć sobie takie miejsce, musisz wziąć ten patyk do auta i tam pojechać.

Życie w cytatach (27)

Julia, pięć i pół roku.
– Mamo, to było soo funny*. Te chłopcy na nas krzyczyli i krzyczyli, a ja powiedziałam, żeby oni turn around**, i oni turn aroundowali się, i tam były nasze friends boys***, które są duże bardziej than**** oni, i oni przestraszyli i uciekli.

* bardzo śmieszne
** obrócić się
*** koledzy chłopcy
**** niż

Konsekwencje

– Mamo, ja nie chcę iść dziś na balet – powiedziała niedawno moja młodsza córka, lat pięć. Oznajmiła to nie odwywając wzroku od Minecrafta na telewizorze i nie zwalniając zawrotnego tempa obsługi kontrolera swymi pięcioletnimi kończynami górnymi.
„Jasne, nie chce ci się dupy ruszyć i gry przerywać” – pomyślałam stojąc z kawą w drzwiach na taras i patrząc co mi tam dziś nowego zakwitło na rabacie. Wzięłam porządny wdech.
– Juleczko – zaczęłam, – pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, że jeśli się zdecyduje na coś chodzić, to trzeba nie opuszczać, bo jeśli się opuszcza, to się nie robi postępu, i wtedy to jest strata czasu, bo przecież chodzi o to, żeby się starać być coraz lepszym? – Wyłożyłam krótko i zwięźle. – To się nazywa systemetyczność i konsekwencja – dodałam, całkowicie już po bandzie, bo tych słów pięciolatka której język polski jest językiem drugim, używanym mniej, w ogóle nie zarejestruje.
– To ja już nie chcę chodzić na balet wcale – powiedziała czym prędzej, zanim doszłam do konkluzji, że na wszystko jest czas, teraz na balet, na xbox’a potem.
– Naprawdę? Dobrze, to nie będziesz chodzić wcale. Twoja wola. Wyłącz proszę grę, pójdziemy na zajęcia, gdzie podziękujesz pani za trzy lata nauki i powiesz, że więcej nie będziesz chodzić, bo zmieniłaś zdanie.
– A dlaczego tak? – oderwała wreszcie wzrok od gry, przestała klikać palcami w klawisze i spojrzała na mnie. Powoli docierało do niej, że ma naprawdę zrezygnować z baletu, na który chodzi od lat i go uwielbia.
– Bo tak wypada – powiedziałam. – Tak się to załatwia, jak się odchodzi z zajęć, na które się chodziło tyle lat – dodałam, a w głowie zaświtało mi, żeby dowalić, że po drodze kupimy kartkę z podziękowaniami i kwiaty, ale powstrzymałam się i nie dobiłam jej, bo jej oczy były już wystarczająco okrągłe i szkliste.
– I już potem nie pójdę nigdy więcej? – Zapytała głosem prawie złamanym.
– Nigdy więcej – byłam okrutna.
– A nie, to ja chcę chodzić.  Ja lubię.
Wyłączyła grę, wzięła torbę ze strojem i pjechałyśmy. Kiedy weszła do szatni i zobaczyła koleżanki, przebrała się i po temacie rezygnacji z baletu nie było śladu.
Wykład o systemetyczności i konsekwencji nie poszedł jednak w zapomnienie. Przywalił mi rykoszetem z nienacka dziś o piętnastej z minutami. Odebrałam dzieci ze szkoły i w drodze do domu zaproponowałam młodszej córce:
– Juleczko, a może byś dziś raz jeden nie poszła na zbiórkę Rainbows*, bo w tym czasie jest pierwszy mecz Radwańskiej na Wimbledonie, i bardzo mi zależy, żeby go obejrzeć. Możemy zresztą obejrzeć razem. Co ty na to?
– Nie. Rainbows – odpowiedziała krótko i konkretnie.
– Ale Jula, bardzo cię proszę. Wszędzie cię zawsze wożę. Ten jeden raz. Zależy mi.
– Mamo, trzeba być sysempaczycznym i mieć konsefencje – oznajmiła i tym samym zakończyła dyskusję.
Na Rainbows zawiozłam. W brodę pluję sobie do teraz.

* odpwiednikpolskich Zuchów, dla dziewczynek

Katrka z kalendarza (9)

Dziesiąty czerwca anno domoni 2017.
Na Wyspach Teresa May właśnie przegrała wybory, które wygrała.
W Polsce pełna mobilizacja dachu Stadionu Narodowego przed meczem z Rumunią.
Wszystko to mało istotne jednak, bo oto dnia dziesiejszego dziecię me młodsze, lat pięć o imieniu Julia, pojechało na swą pierwszą całodzienną autokarową wycieczkę. Pojechała, wyszalała się, zjadła prowiant, wróciła. Nie zarzygała autokaru. Niby nic, ale odnotować trzeba.

Życie w cytatach (26)

Szpital, sala pooeracyjna. Matka singielka w trakcie wybudzania ze znieczulenia po laparoskopowym usunięciu zużytych elementów wyposażenia wewnętrznego w części korpusa.
Lekarz: Wiesz gdzie jesteś?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Wiesz kim jestem?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Jak się czujesz?
Matka singielka: Głodna.
Kurtyna.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVIII

Jeżeli jesteś jeszcze bezdzietna a stoisz właśnie na skraju przepaści pieluchowo-butelkowej zastanawiając się czy skoczyć, jeżeli szukasz argumentów za i przeciw, posłuchaj doświadczonej matki.
Otóż nie bój się nocnych wielogodzinnych kolek, zasranych materacy, zarzyganych garsonek, dźwigania wózka na trzecie piętro, słoiczkowych papek na ścianach, flamastrowych dzieł na parkiecie, kupy w kąpieli, framug obitych rowerkiem, gorączek, angin, szkarlatyn, zabezpieczania okien na klucz, barykadowania kuchenki gazowej, sikania w gacie w kinie, łamania nóg na drabinkach pod blokiem, trzymania robaków w pudełku pod łóżkiem, histerii u fyzjera.
Wszystko to nic. Czysta przyjemność można powiedzieć.
Bowiem nastanie dzień, kiedy dziecko zabierze cię na roller coaster*.

* kolejka górska

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVII

Jeśli od momentu ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym, jako obraz błogiej sielanki w twojej głowie projektuje się wizja ciebie i twojego potomka, leniwie rozwalonych na ogromnej kanapie wśród poduszek, w ciszy każde czytające swoją książkę, jeśli ta wizja trzymła cię przy życiu podczas kilkuletniego armagedonu pieluchowo-butelkowego, jeśli w końcu radość i duma rozpierająca twe serce na widok każdej nowo poznanej literki, złożonego poprawnie słowa, każdej płynnie przeczytanej czytanki szkolnej, jeśli ta radość osiągnie w końcu spełnienie i po siedmiu latach masz w domu dziecię, które leży obok ciebie na sofie i wtulone w poduszki połyka coraz to nowe pozycje, rzuć wszystko i kontempluj, chłoń, raduj się, zapamiętuj.
Bowiem sielanka skończy się już po dwóch tygodniach. Dziecko zacznie ci swoje książki polecać.

Klapa

Internet to zło. Zaiste.
Otóż jak na plebs przystało, urodziny moich dzieci celebrowałam dotychczas w salach zabaw, gdzie się rezerwuje, płaci, dostarcza dziatwę i pijąc kawę z resztą matek obserwuje jak obsługa w postaci wczorajszych studentów dorabiających w weekendy po klubach, nieudolnie stawia czoła temu, co my mamy na codzień. Po dwóch godzinach wraca się do domu i załatwione.
Ale pech jakiś, że córki moje zaprzyjaźniły się w szkole z dziewczynkami z klasy średniej, niższej, ale aspirującej do posh, i urodziny tych dzieci obchodzi się  w domach, gdzie jest do dyspozycji porządny metraż, catering, a w ogrodzie dziećmi dyskretnie zajmuje się  wynajęty animator. No i wiadomo, że i moje tak zapragnęły.
Na pierwszy rzut poszła pięciolatka. Ustaliłyśmy, że przyjęcie będzie w tematyce Psiego Patrolu. Zaproszenia, nadruk na torcie i torebki z prezentami dla gości z Psim Patrolem od razu zakupiłysmy przez internet. Dziecię samo wybierało i bardzo było zadowolone. Menu dla mnie żaden problem też. Ale co robić z pięcioletnimi dziewczynkami przez pierwszą godzinę przyjęcia? Otóż wymyśłiłam, że narysują sobie flamastrami obrazki na papierze transferowym a ja im to przyprasuję do koszulek, albo bawełnianych toreb na zakupy. Zaakceptowała pomysł i podekscytowane czekałyśmy na dzień przyjęcia.
No i na dwa dni przed, szatan jakiś nasłał na mnie drogą fejsbukową reklamę firmy. I spontanicznie zadzwoniłam i zamówiłam wizytę dwóch maskotek z Psiego Patrolu.
Przyjęcie przebiegało zgodnie z planem, mamy piły kawę, dzieci rysowały, ja prasowałam, kiedy nadszedł czas niespodzianki. Zawołałam dziecię, żeby otwarło drzwi…
Na widok ludzkiego wzrostu Skye i Zumy wpadła w panikę i przyleciała się schować za moją kiecą. Przez dwa kawadranse siedziała mi na kolanach i z bezpiecznej odległości oglądała jak reszta dzieci w szale szczęścia przytula się do maskotek, przybija piątki, robi zdjęcia, wygłupia się, śpiewa, jak mamusie zachwycone nie mniej niż dzieci, robią dziesiątki zdjęć, ale sama nie podeszła, nie przybiła piątki, a zdjęcie ma jedno, na którym jest u mnie na rękach.
Maskotki wyszły, podałam posiłek, dzieci podekscytowane jadły komentując super atrakcję.
– Mamo, nie rób mi więcej takich niespodzianek – wyszeptała mi do ucha.
Wieczorem, kiedy przed snem przytulała się do mnie, zapytałam ją, co jej się w urodzinach podobało. Czy to, że były jej najlepsze przyjaciółki, czy tort, a może prezenty – zasugerowałam skrzętnie omijając temat maskotek.
– Bałam się maskotek, bo były za duże. To było the worst party ever* – odpowiedziała i przytuliła się do mnie, a mnie serce pękło.
Pieprzony fejsbuk.

* najgorsze urodziny w życiu

Balon

Jak powszechenie wiadomo, teorii na temat pielęgnacji zębów u dzieci występuje w przyrodzie mrowie a mrowie. Ja osobiście trzymam się jednej, zaczerpniętej nie wiem skąd, że niamowicie Norwegowie twierdzą, że dziecko nie potrafi wyszczotkować dokładnie zębów dopóki nie rozwinie zdolności manualnych do poziomu pozwalającego mu sprawnie umyć stertę naczyń w zlewie, czyli do około dziesiątego roku życia, i dlatego Norwegowie zalecają do tego właśnie wieku szczotkować dzieciom zęby. A że mają oni najzdrowsze zęby w Europie, ponoć, to coś w tym być musi. Toteż radośnie szczotkuję potomnym moim, lat prawie siedem i pięć, zęby przed snem i po przebudzeniu, i niemiłosiernie wnerwiam od lat koleżanki odziecione i mające w CV przygody niejednokrotnie dramatyczne, związane z leczeniem i usuwaniem uzębienia swych pociech, którym mentorsko powtarzam moją tajemnicę zdrowego uzębienia dzieci.
Ale skończyło się rumakowanie. Bo oto dziś z rana zaprowadziłam pierwszy raz dziecię me własnorodne do dentysty w celu załatania trzech maleńkich dziurek. Dziecię uprzedzone, że będzie borowanie i zaklejanie dziur, wyobrażało sobie ten proceder chyba bardziej przyjemnie, niż było w rzeczywistości, więc kilka łez się wylało, ale ogólnie była szalenie dzielna, słuchała pani doktor i poszło w miarę gładko. Na koniec podziękowała grzecznie za naklejkę dla dzielnego pacjenta i zaraz za drzwiami gabinetu oświadczyła, że naklejki to się zbiera za zwykłe sprawdzanie zębów co pół roku, i za to, że są zdrowe, a za takie nieprzyjemne przygody, to się porządna nagroda należy. Przynzałam jej rację, odstawiłam do placówki i obiecałam, że po szkole skoczymy do sklepu po jej upatrzoną od niedawna zabawkę.
Jak obiecałam, tak zrobiłam i po szkole pojechałyśmy. Pęczniałam tam z dumy rodzicielskiej niezmiernie, bo dziecię miało tę zabawkę upatrzoną za drogą, więc lekko zawiedziona, ale ze zrozumieniam wybrała inną. Za to starsza ze zrozumieniem przyjęła do wiadomości, że to jest nagroda dla młodszej za bohaterskie zachowanie u dentysty, a ona jest tu dla towarzystwa i nic dziś nie dostaje.
– Dobrze mamo – powiedziała starsza pompując we mnie dumę matczyną do wypęku. – Ale mamo, pamiętaj, że mi się podobała ten zestaw tutaj. Tak na wszelki wypadek zapamiętaj.
– Kochanie, umiesz liczyć, sprawdź cenę, potem w domu sprawdź, czy masz tyle kieszonkowego, i czy chcesz je na to wydać. Jeśli zdecydujesz, to przyjedziemy, kupisz i zapłacisz sama.
– A mogłabyś może przez jakiś czas nie myć mi zębów? To bym go dostała w nagrodę za dentystę i bym miała kieszonkowe dalej? – Zapytała.
No i zeszło ze mnie jak z balonu.