Cały świat

To było kilkanaście lat temu, w Polsce. Byłam po trzydziestce i prowadziłam małą firmę szkoleniową. Żyłowałam się w niej po kilkanaście godzin na dobę, żeby oferty do przetrgów dopiąć na ostatni guzik, żeby materiały do szkoleń przygotować, ogłoszenia o pracę wystawić, chętnych poumawaić, przesłuchać, stawki i umowy ponegocjować, i zatrudnić odpowiednich wykładowców na konkretne kursy, żeby krzesła wygodne dla kursantów były, biurka się nie kiwały, żeby komputery nie muliły, monitory czyste były, myszki działały, żeby kawa w ekspresie i papier w drukarkach, żeby miło wszystko i z uśmiechem. A już jak kursy programowania dla dzieci były, a były, to adrenalina tysiąc procent.
A jak przychodził koniec miesiąca, siadałam do księgowości, bo na księgowej oszczędzałam, jak zapałaciłam ZUS i zrobiłam ludziom wypłaty, to zostawałam goła. Czynsz płaciłam, opłaty, tankowałam samochód i zostawało mi na kino.
Kilka razy dziennie łapał mnie skurcz w środku na myśl, że w każdej chwili może wpaść kontrola jakaś i nie doliczą się za cholerę licencji na te wszystkie łindołsy, fotoszopy, colere i autocady, które mi na stanowiskach hulają, bo co miesiąc obiecuję sobie że tym razem jakąś jedną kolejną licencję wykupię, ale co miesiac nie ma z czego.
Tak się ze dwa, a może i trzy lata bujałam, aż pewnego dnia zwyczajnie pomyślałam sobie: „Po co ci to dziewczyno?”
Pokończyłam rozpoczęte szkolenia, pozamykałam sprawy, sprzedałam sprzęt i meble, rozwiązałam umowę wynajmu biura i zlikwidowałam firmę.
Dałam wypowiedzenie na uczelni, gdzie mialam kilka godzin zajęć w tygodniu. Bo to był jedynie pomysł na łatanie budżetu, absolunie zaś nie czułam powołania ani dydaktycznego ani przewodu doktorskiego otwierać nie miałam zamiaru.
W parę tygodni uwolniłam się od kuli u szyi i gotowa byłam na nowe otwarcie.
Z cash flow po likwidacji firmy wyszłam trochę na minusie, jakies osiem tysięcy, co mi się wtedy wydawało kwotą ogromną, bo właśnie byłam bez pracy i pomysłu na zycie.
Wystawiłam więc co mogłam ze swojego dobytku na allegro. Co się nie nadawało, wystawiłam na śmietnik. Wyprowadziłam się z wynajmowanego mieszkania, spakowałam się do jednej walizki i kupiłam bilet na samolot.
Plan miałam, że zatrzymam się u koleżanki, znajdę jakąkolaiek pracę, najlepiej na osławionym zmywaku, żeby nie mieć żadnej odpowiedzialności, mieć wszyskto w dupie, przyjść, zrobić swoje i wyjść o nic się nie martwiąc, wynajmę jakiś kąt, spłacę te zaległości w Polsce i wtedy się zastanowię, co dalej z życiem począć.
Formalności i pracę dzięki Asiulce i jej narzeczonemu załatwiłam w dwa dni.
Pamiętam jak dziś, był mroźny poranek, końcem lutego, kiedy pierwszy raz wyszłam z ich miszkania do pracy. Było blisko, szłam więc pieszo. Opatuliłam się szalikiem, włożyłam do uszu słuchawki, w komórce ustawiłam pierwsze lepsze radio lokalne, które potem miało stać się moim ulubionym na lata, i ruszyłam w drogę.
Wielka Brytania powitała mnie piosenką, której melodia, tempo, klimat a nawet słowa, no, przynajmniej te, które wtedy rozumiałam, pasowały idealnie do otaczającej mnie aury i mojego nastroju.
„To jest moja piosenka na nowe otwarcie” – pomyślałam sobie, wahając się, czy to mróz, czy trema przed nieznanym, przeszywa mnie bardziej.
Minęło dwanaście lat. Jadę dziś do pracy. Mróz jest, ogrzewanie jeszcze nie działa, para z ust leci. I nagle w radio słyszę moją piosenkę. I natychmiast dopada mnie refleksja.
Pracę mam cieżką a słabo płatną. Żyję od wypłaty do wypłaty. Nie jestem w stanie nic zaoszczędzić, bo jak tylko parę stówek mi zostanie, to zaraz idę na musical czy koncert, jadę pod namiot albo na narty. Jeżdżę starą Hondą, która się trzyma w jednym kawałku tylko siłą woli już. Mieszkam w domu szeregowym spółdzielczym, i jako członek spółdzielni mogę ten dom wykupić na własność i to ze sporą zniżką, ale nie mam na to odpowiedniej zdolności kredytowej. I nie mam też ochoty się zarzynać, żeby ją mieć, bo nie pojechałabym już na żadne wakacje do końca życia. Więc bedę płacić czynsz po grób a w księgach wieczystych się nie znajdę. Śpię na rozkładanej sofie, jak jakiś przyjezdny gość, we własnym salonie. Minęła ponad dekada i nie jestem nic do przodu.
I wtedy nagle przypomniałam sobie.
Że codziennie rano o siódmej trzydzieści dopijam kawę, idę na górę, otwieram drzwi pokoju, odsłaniam okno.
– Dzień dobry, pora wstawać – mówię i siadam na brzegu łóżka. Gładzę ręką po lśniących włosach, a ona wyciąga do mnie swoje ręce i w półśnie obejmuje mnie mocno za szyję. Przytulamy sie tak dłuższą chwilę, aż ona całkowicie obudzi się w moich ramionach.
– To jest największe szczęście w życiu, przytulać co rano swoją wspaniałą, mądrą, piękną córeczkę – mówię do niej a ona uśmiecha się z jeszcze zamkniętymi oczami i wtula we mne mocniej.
Potem idę do drugiego pokoju i robię to samo z drugą.
Tak, jestem do przodu. O cały świat.