Bramka

Kiedy dzieci miałam jeszcze pełzające, zamontowałam bramkę w drzwiach do kuchni, dzięki czemu zawartość szafek nie musiała oglądać światła dziennego z poziomu podłogi kilka razy dziennie. Kiedy księżniczki wyrosły z etapu patroszenia wszystkiego, co ma zawartość i daje się otworzyć, bramkę zdjęłam.
Ale ponieważ młodsza ostatnio terroryzuje mnie wiszeniem na mnie i rykiem, bramka wróciła, bo z dwojga złego, wolę jak wisi i ryczy na bramce, niż na mojej nodze, kiedy akurat na przykład przelewam wrzątek.
Pomysł się sprawdza i pomimo, że nie ma na razie widoków na to, że dziecko zrozumie, że musi poczekać, kiedy matka zajęta, to przynajmniej jest bezpicznie.
I tak wczoraj stałam przy garach, kiedy młodsza, lat dwa i pół, podełszła do bramki.
– Mamo! – zawołała.
– Słuham? – odpowiedziałam obracając kotlety na patelni.
– Oć tu! – wyjaśniła zapotrzebowanie.
– Juleczko, teraz nie mam czasu. Poczekaj. Zaraz skończę – wyjaśniłam i wzięłam wdech wiedząc, co nastąpi.
– Maaamooo! Oć telaaaz! – rozpoczęła szloch i szarpanie bramką.
– Czekaj. Zaraz – wydałam podręcznikowy, dwuwyrazowy komunikat i zamilkłam, dając tym samym sygnał, że negocjacje zostały zamkięte. Ona jednak nie traci wiary i za każdym razem chce mnie złamać. Tak było i tym razem.
– Maaamooo, oooć! – szlochala dobre parę minut, a po policzkach łzy jak grochy płynęły. Widziałam kątem oka, że nic jej nie jest, zwyczajnie terror domowy trenuje, więc spokojnie zrobiłam, co miałam do zrobinia, i kiedy odpuściła i się uspokoiła, wytarłam ręce i podeszłam do niej.
– Teraz słucham – powiedziałam z łagodnym uśmiechem.
– Do ciebie – powiedziała ona podając mi maleńki telefon komórkowy lalki Barbie.
No żesz cholera! Jak one to robią, że każdą moją inicjatywę, choćby w najlepszej wierze podjętą, przekształcą natychmiast w wyrzut sumienia?