Biografia

Dorastałam w czasach zimnego chowu i motywacji negatywnej, kiedy dzieci się nie przytulało, i nie chwaliło. Za to opierdziel lub kara to i owszem; zawsze się znalazł powód. Nawet jak człowiek przynosił piątkę z klasówki, to nie usłyszał, że dobrze, póki nie zdał raportu ile było piątek, czwórek, trójek i pał, i jak w takim razie wypadł na tle klasy. Jak pół klasy miało piątki, to żaden wyczyn przecież. Doszło do tego, że wychodząc z klasówki, na której udzieliłam bez wątpienia dobrych i pełnych odpowiedzi, na pytanie jak mi poszło odpowiadałam, że nie wiem.
Może na innych to działało, ale moja osobowość w zestawieniu z pozostałymi czynnikami środowiskowymi, nie zniosła tych czasów dobrze i zawsze byłam dzieckiem zakompleksionym. Pewność siebie minus jeden, wiara we własne możliwości minus dwa.
To mi niestety zostało i miało decydujący wływ na życie. Jestem mistrzynią w niepodejmowaniu wyzwań i odpuszczaniu tych, już jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności podjętych. Bez żadnej kokieterii, zupełnie szczerze uważam, że nie jestem w niczym dobra, nie mam żadnej pasji i ogólnie niczego już się nie nauczę i nie osiągnę.
Jeśli słyszę komplement: „Dobrze pływasz, chiałbym umieć tak pływać kraulem jak ty”, natychmiast myślę, że rozmówca nie ma pojęcia o pływaniu, skoro twierdzi, że ja pływam dobrze. Jeśli ktoś wchodzi do mojej kuchni pierwszy raz i mówi: „Ale fajna. Kto ci to projektował?”, nie umiem powiedzieć, że ja i być zadowolona. Nie, ja muszę wymamrotać: „No ja… Ale ja bym tego nie nazwała projektem, tylko kompromisem pomiędzy tym co było w sklepach a moim budżetem, więc wiesz…”, bo się boję, że tak tylko mówią, a wcale im się nie podoba. A przecież mnie się ma podobać, nie im. I tak dalej. Całe życie.
Bez wątpienia chciałabym swoje dzieci przed takim losem uchronić. Owszem, jak jest za co, to zjebkę potrafię zrobić. Ale przytulam je często na pewno. Jak im źle, i jak im dobrze. Chwalę też chyba często, tak sądzę. I staram się nie ogólnie, że „super rysunek zrobiłaś”, tylko raczej w ten deseń: „bardzo mi się podoba jak dobrałaś kolory”, żeby wiedziały, co konkretnie dobrze. No i powtarzam, że w nauce mają starać się być lepsze od siebie samych, czyli coraz lepsze, a nie lepsze od innych.  Że jak młodsza nauczyła się czytać płynnie dość wcześnie, to nie jest ważne to, że koleżanki jeszcze nie czytają tak dobrze, ale to, że ona może już czytać sama bez pomocy co tylko zechce i świat stoi przed nią otworem, i to jest sukces. Że jak coś je interesuje, niech idą tą ścieżką, a z innych przedmiotów wystarczy, że zrobią minimum na zaliczenie, nie mają być ze wszystkiego najlepsze, bo tak się nie da, bo każdy jest inny i ma inne telenty.
No, ale czasem mi nie idzie. Wyłazi ze mnie, czy chcę czy nie.
Przedwczoraj sześciolatka przyniosła nagrodę za wzorowe zachowanie na stołówce podczas lunch’u.
– A ile osób dostało takie nagrody? Tak raczej kilka, czy razej pół klasy? – zapytałam odruchowo zamiast pogratulować.
– No… Tak raczej pół klasy – odpowiedziała ona ze spuszczoną głową a ja żałowałam, że znowu, znowu żesz jasna cholera zjebałam.
Potem siadłyśmy do obiadu i było tylko gorzej.
– Co tam dziewczyny w szkole? – Zapytałam tradycyjnie.
– Dostaliśmy na angielskim takie karteczki, na których w punktach były wypisane fakty z życia Roald Dahl’a – zaczęła starsza, ośmio i pół letnia. – I mieliśmy na podstawie tych punktów napisać jego biografię na co najmniej szesnaście linijek – opowiadała dalej.
– No i?
– No i wszyscy przy moim stole brali po kolei te punkty i pisali, że Roald Dahl urodził tego i tego dnia tam i tam, że chodził do szkoły tam i tam. I tak dalej. I w ten sposób czytelnik był już w połowie tekstu i dalej nie wiedzial o kim i po co to czyta. A ja zrobiłam inaczej. Najpierw napisałam tytuł: „Roald Dahl’s Biography”. I w pierwszym zdaniu napisałam: „Roald Dahl był słynnym angielskim pisarzem.” A potem dopiero informacje, gdzie się urodził i tak dalej. I wtedy czetelnik wie, że czyta biografię i wie, kim ten człowiek był i od początku może go sobie jakoś wyobrażać, jak o nim czyta.
– A pani co na to? – wyjechałam jak głupia znad talerza po linii kompleksów i niedowartościowania, zamiast się cieszyć, że dziecko ma talent.
– Pani jeszcze nic, dopiero na jutro przeczyta – poinformowała mnie. – Ale to nieważne mamo, bo ja wiem, że ja to bardzo dobrze napisałam – dodała zadowolona.
Może i matkę ma już straconą, ale dla niej jest jeszcze nadzieja.