Jak żyć? (24)

Kiedy jako osoba, która chętnie je na mieście, czy to świętując specjalne okazje, czy z powodu spontanicznego braku chęci do gotowania obiadu, albo z chęci spróbowania czegoś nowego, a jednocześnie nie lubisz i stronisz od kawiarni i przesiadywania na kawce, bo to zupełnie nie twoja bajka, twoje znajomości i przyjaźnie opierają się na wspólnym robieniu przeróżnych rzeczy, ale nigdy na przesiadywaniu na kawce, i nagle dowiadujesz się, że twoja dziewięcioletnia córka na tegoroczne urodziny nie chce przyęcia, tylko chciałaby zabrać dwie najbliższe przyjaciółki do kawiarni na ciastko i herbatę. Pytasz więc googla i fejsbuka, które lokale w miescie polecają dla dziewczynek, bo sama nie znasz żadnego, nawet nie potrafisz wymienić nazw kawiarni codziennie mijanych w drodze do pracy, i w odpowiedzi dostajesz listę kilkunastu lokali polecanych w twojej okolicy.
I dociera do ciebie, że teraz musisz każde z tych miejsc odwiedzić, żeby dziecko mogło wybrać.

Życie w cytatach (60)

Julia, lat siedem oraz Anna, lat dziewięć. Przy kolacji.
Ja: Co tam dziewczyny w szkole?
J: A powiedział, że jestem sexy.
Ja: Miał na myśli, że jesteś miła i ładna.
J: Nie. Miał na myśli, że jestem sexy.
Ja: Dziecko, siedmioletek nie może rozumieć znaczenia słowa sexy.
A: Może. Ja mam dziewięć i od dawna wiem, że sexy to znaczy sexually attractive.
Ja: Owszem, to znaczy atrakcyjny seksualnie, masz rację, ale w waszym wieku nie wiecie jeszcze co dokładnie znaczy seks.
A: Wiemy.
Ja: Wiecie, że jak dwoje ludzi się kocha, albo przynajmniej lubi, to okazują sobie to przez całowanie i przytulanie się nago.
J: Na łóżku.
Ja: Zazwyczaj. Ale niekoniecznie. Wracając do tematu: nie znacie z tego co wiem technicznych szczegółów, kto komu co wsadza.
J: Znamy. Pan wsadza siusiaka do siusi pani.
A: I dorosłym sprawia to przyjemność.
J: A dla dzieci to jest fuuuj.
A: To jest jak z piwem. Dzieci nie lubią, a jak dorosną to już im smakuje.
Ja: I skąd wy to wszystko wiecie?
J: Od ciebie przecież.
A: Jeszcze wiemy, że czasem się zakochają dwie panie, albo dwóch panów, i też robią seks, ale wtedy nie mają dzieci, bo dzieci mogą być tyko jak seks robi pani i pan.
Ja: A to już wiecie ze szkoły?
A: Nie, od ciebie. W szkole tego uczą dopiero w seconrady*. Julka podaj mi sól proszę.
J: Masz.
A: Dziękuję. Mamo, ty soliłaś tego kurczaka w ogóle czy zapomniałaś?

* gimnazjum

Jak żyć? (23)

Kiedy po trzech sezonach pakowania dzieci w samolot i stawiania instruktorom narciarstwa na stokach do nauki, po kilka godzinek dziennie przez kilka dni, i patrzenia jak piłują na tych orczykach góra-dół, góra-dół, przyjeżdżasz w końcu czwartego sezonu, nie wynajmujesz nikogo, bierzesz sprzęt do auta, parkujesz pod Skrzycznem i myślisz: „Raz kozie śmierć, trzy lata na to czekałam, inwestowałam, teraz czas na jeżdżenie rodzinne, przez las, długimi trasami, dla przyjemności, bez słuchania „narty szerzej, pupa wyżej, do przodu się pochyl”, z przystankami żeby pooglądać widoki, napić się gorącej czekolady i wreszcie się tym cieszyć, i dziś nadszedł ten dzień”.
Tak realnie, to spodziewasz się strachu, narzekań, płaczów, bo daleko, stromo, wysoko, oblodzone, wyjeżdżone, kamienie, korzenie, ludzie szybko jeżdżą, i ogólnie spodziewasz strasznej rozpierduchy i odmowy współpracy po której zjeżdżacie na dół kolejką. Ale i tak chcesz spróbować.
Podchodzisz do kasy, nieśmiało kupujesz bilet na jeden wjazd na górę.
Pięć wjazdów później orientujesz się, że taniej było kupić karnety na cały dzień.

Witamy na pokładzie

Podobno co drugi człowiek na świecie jest głupi. Podobno co drugi głupi ma szczęście. No, i ja jestem właśnie ta co czwarta. Serio.
Skończył mi się paszport polski. To znaczy minęła data ważności. Dowód osobisty również. Polski, bo w UK zjawosko dowodu ososbistego w przyrodzie nie występuje. A ponieważ planuję jeszcze popodróżować tu i tam, do Polski również, oraz ponieważ polski obywatel ma obowiązek legitymować się polskim dowodem tożsamożci na terenie Polski, to najbardziej logiczne wydawało się wyrobienie nowego polskiego paszportu i już. Ale kto miał kiedykolwiek do czyniania z polskim konsulatem w Londynie, ten wie, że to jest trauma, z której ciężko się podnieść i nikt normalny do tej rzeki z własnej woli drugi raz nie wchodzi. Toteż postanowiłam, że wyrobię paszport brytyjski, do którego mam od lat prawo, od kiedy przysięgłam wierność królowej i zostałam jej poddaną, a którego to paszportu nigdy nie wyrobiłam, bo mi się nie chciało, a na polskim podróżuje się równie przyjemnie. Oprócz tego postanowiałm wyrobić dowód osobisty.
Podanie o dowód złożyłam w Polsce w styczniu, kiedy jeszcze i dowód i paszport były ważne. Następnie wróciłam do domu, i zaraz po powrocie oba dokumenty straciły ważność. Następny zaplanowany wyjazd mialam na luty, do Polski na narty. Miałam więc miesiąc czasu na wyrobienie brytyjskiego paszportu. Aż nadto, bo to trwa tydzień.
Więc się jakoś tak nie śpieszyłam. Odkładałam na jutro. W końcu stwierdziłam, że przecież na ostatniej stronie polskiego paszportu jak byk stoi, że na nieważnym paszporcie Polak ma prawo do Polski wjechać. Już nie wyjedzie, póki nie będzie miał nowego dokumentu, ale wrócić do kraju zawsze ten jeden raz może. To wykombinowałam, że tak wrócę, odbiorę z urzędu nowy dowód, na którym do czasu wejścia w życie brexitu, mogę do UK wjechać, i załatwione. Wyrobienie paszportu brytyjskiego mogę zostawić na wiosnę, bo akurat do maja potem się nigdzie nie wybieram.
Tak też zrobiłam, to znaczy wniosek o brytyjski paszport rzuciłam w kąt i miałam fajrant.
Na kilka dni przed wylotem do Polski coś mnie tknęło, i jak normalnie odprawę na lot robię na dzień przed podróżą, tak tym razem zabrałam się za to wcześniej. Okazało się, że system nie puszcza mnie z przeterminowanym dokumentem i nie chce mi wydać karty pokładowej. Zapytałam więc google i facebooka, co na ten temat wiedzą. I zaczęła się jazda.
Wszystkie źródła zgodnie twierdziły, że może i mam prawo wjechać do Polski na nieważnym paszporcie, ale nie obejdzie sie bez aresztu, przesłuchania, kontroli osobistej i problemów. Twierdziły również, że linie lotnicze nie muszą respektować mojego prawa do powrotu do kraju, bo mają swoje regulaminy i bez ważnego dokumentu nie wpuszczą mnie na pokład samolotu i już. I to akurat mnie przekonało, bo logiczne było dość.
Na wyrobienie brytyjskiego paszportu było już o parę dni za późno. Zadzwoniłam do linii lotniczych i dostałam zapewnienie, że mogę odprawić się na lotnisku w okienku, ale cały ukochany internet zapewniał mnie, że żadnej gwaracji nie ma. Toteż ostrzegłam potomne, że jedziemy na lotnisko, i albo polecimy na te narty, albo nie. Zobaczymy.
I zobaczyłyśmy.
Odprawa na lotnisku miło, sprawnie i z uśmiechem na ustach. Pani pooglądała przeterminowany paszport, przeterminowany dowód osobisty i ważne jeszcze o dziwo, przez kilka następnych dni, prawo jazdy. Wydała kartę pokładową z adnotacją, że paszport nieważny, ale wszystko sprawdzone i OK. Odprawiła też dzieci i wydała im karty pokładowe, ponieważ mają mniej niż jedenaście lat i nie mogłam ich odprawić on line samych. Powinna mnie była skasować za tę przyjemność po 55 funtów od każdej z nas, ale nie skasowała, bo według niej wina za zameiszanie nie leżała po mojej stronie, bo sobie nie dopilnowałam dokumentów, tylko po stronie ich systemu, że mnie nie chciał odprawić on line. Nie protestowałam.
Lot normalnie, zgodnie z planem.
Kontrola paszportowa w Polsce podobnie. Piętnaście minut przy okienku. Zabrali nieważny paszport, spisali protokół, pouczyli, że mam sobie wyrobić nowy i puścili. Żadnej kontroli osobistej, przesłuchania. Nic. Nuda.
Sędzam tydzień nad rosołkiem u mamusi, objeżdżam okoliczne stoki narciarskie z dziećmi, zaliczam codziennie wieczorem lodowisko i wszelkie możliwe spektakle teatralne jakie mnie zainteresowały.
I obiecuję sobie, że jak wrócę, to podanie o paszport brytyjski naprawdę, naprawdę, obiecuję, złożę.

Jak żyć? (22)

Kiedy wchodzisz do muzeum, a tam jako eksponaty stoją przedmioty, które dla ciebie były przedmiotami codziennego użytku przez ponad połowę twojego życia.
Muzeum Fiata 126p.

Przyjęcie urodzinowe

W tym roku ramach cięcia kosztów, wspięłam się na szczyt umiejętności persfazji, i wmówiłam córce młodszej, że przyjęcie z okazji siódmych urodzin na kręglach, na basenie, w parku trampolin, w klubie wspinaczkowym czy innym, czyli takie, jak robią wszyscy, jest oklepane i my zrobimy coś absolutnie wyjątkowego, czego jeszcze nikt nie wymyślił. Otóż zaprosimy najbliższe przyjaciółeczki na sleepover*.
Ucieszyła się jak nie wiem co, bo tego faktycznie jeszcze nikt nie robił. Wybrała pięć dziewczynek. Zapytałam ich mam co one na to, i wszystkie stwiedziły, że córki są podekscytowane pomysłem, więc one je chętnie wyślą do mnie, ale żebym była gotowa na płacze wieczorne i dzwonienie do rodziców po odbiór, bo z całej piątki tylko jedna na takie nocowanie już chodziła, zresztą do nas właśnie, a dla reszty to będzie pierwszy raz. No to czym prędzej ustaliłam termin, dziecko wypisało i rozdało zaproszenia i klamka zapadła.
Dwa tygodnie spędzilam na użalaniu się w duchu, w co ja się wpakowałam.
Oczami wyobraźni widziałam stado słoni goniące mi po schodach, rozpiżdżone wszystkie zabawki wszędzie, muzykę na full i wrzaski siedmiu dziewczynek, bo nikt nic nie słyszy, jadalnię upieprzoną ketchupem i czekoladą, łazienkę uwaloną pastą do zębów, kłótnie o toaletę, kłótnie o śpiwory i poduszki, płacze, że ktoś zapomniał swojego miśka, kłótnie o to, kto koło kogo śpi, wojnę na poduszki i spadające ze ścian obrazki, wieczorne płacze za mamą, nocne budzenie się i płacze za mamą od nowa, woda do picia w nocy, ciepłe mleko, z cukrem, bez, chodzenie do toalety, kłotnie jaką bajkę oglądać, zasikany materac, jakby któraś z wrażenia nie zdążyła. A jak nie daj Boże któraś akurat złapała wszy w szkole i rozprowadzi na moim przyjęciu reszcie… Rany boskie! Co ja najlepszego narobiłam! Dlaczego nie naciągnęłam jakiegoś limitu na jakiejś karcie kredytowej i nie wysłałam ich gdziekolwiek. Do McDonald’s choćby.
Tymczasem…
O siedemnastej zjawiły się wszystkie. Poszły do salonu, włączyły światła disco, odpaliły swoją playlistę i zajęly się sobą na godzinę. Nakryłam do stołu, zawołałam. Usiadły i zjadły. Nic się nie rozłało, nie spadło, nie poplamiło. Odśpiewały „Happy Birthday” i „Sto lat”, zjadły tort. Poszły się przebrać w piżamy i umyć zęby. Kiedy zeszły na dole przed telewizorem mialy przygotowane materace. Podzieliły się śpiworami i poduszkami bez kłótni, ułożyły się bez kłótni, wybrały dvd do oglądania bez kłótni, włączyły, obejrzały. Przyszły się napić, wróciły, pogadały, poszeptały i zasnęły zaraz po dziesiątej. Jedna przyszła do mnie do kuchni, żeby zadzwonić do mamy, bo chce powiedzieć „dobranoc”. Usłyszawszy głos mamy stwierdziła, że chce wracać do domu. Nie płakała. Przytuliłam, pomogłam się spakować, wydałam mamie. Wyszła zadowolona, komunikując rodzicielce, że najlepsze przyjęcie na świecie.
Zbudziły się przed ósmą, zjadły płatki z mlekiem, umyły zęby, przebrały się, spakowały. Pomogły Julce rozpakować prezenty. Cieszyły się razem z nią, bo fajne rzeczy dostała. Przez cały czas trajkotały jak najęte, zadowolne i szczęśliwe. Naprawdę, nie nudziły się, miały udany wieczór i poranek.
Rodzice odbierali je między dziewiątą a jedenastą.
Zabawki poskładane, naczynia pozmywane. Było tak luźno, że wieczorem jak zasnęły to spokojnie obejrzałam film.
Nie ma to jak odpowiednie nastawienie.

* nocowanie

Końskie zaloty

– Mamo, a wiesz, że A., mój przyjaciel, ten, z którym zawsze dużo rozmawiamy o książkach i pomagamy sobie w matematyce, ostatnio bardzo się zmienił. Ciągle mi powtarza, że jestem nieznośna, że mnie nie lubi, i dużo mi dokucza i chyba mam już tego dość, wiesz mamo? – oświadczyła niedawno przy obiedzie moja pierworodna, lat prawie dziewięć.
Przełknęłam zupę. Świat się nagle zatrzymał. To był ten moment. Spodziewałam sie go, wiedziałam jaki jest ważny, czekałam i przygotowałam się, wiedziałam co dziecku powiem.
Byłam dokładnie w jej wieku, kiedy pierwszy raz w szkole jakiś chłopak pociągnął mnie za kucyki. Bolało. Inni chlopcy stali obok i się śmiali. Czułam się upokorzona. Dziewczynki uśmiechały się z uznaniem, zazdrością nawet. Nie rozumiałam.
– Lubi cię. To są końskie zaloty – oświadczyli moi rodzice, kiedy poskarżyłam się im w domu.
– Ale ja nie jestem koniem – odpowiedziałam zdziwiona, czym wywołałam salwę ich śmiechu.
– Chłopcy tak mają. Potem z tego wyrastają – poinformowali mnie i temat został zamknięty.
Nie uzyskawszy wsparcia, poradziłam sobie sama. Miałam akurat to szczęście, że biegałam prawie najszybciej w klasie, więc przy następnej okazji delikwenta dogoniłam, podstawiłam nogę, i kiedy leżał u mych stóp na soczyście zielonym trawniku skąpanym w porannym słońcu, skopałam mu dupsko na oczach kolegów i odeszłam bez słowa. I miałam spokój.
Dziś uważam, że było ogromnym błędęm tamtych czasów, że uczono chłopców od małego, że mają przyzwolenie na przemoc i poniżanie, a dziewczynki hodowano na tej przemocy ofiary. Bo ani chłopcy, ani dziewczynki z tego nie wyrastali. Uważam, że skrzywdzono jednych i drugich. Chłopców też. Wielu płaci dziś wysoką cenę za tamte czasy, tkwiąc w toksycznych związkach lub zalegając na kozetkach w gabinetach terapeutów.
Obecnie czasy się zmieniły i na szczęście dzieci się uczula, zarówno dziewczynki jak i chłopców, że przemoc to przemoc, „nie” znaczy „nie”. Nastolatki uczy się, podobno, bo jeszcze w ten etap nie weszłam, że jeśli chłopak podszczypuje, należy ścisnąć mu czułe miejsce, i patrząc w oczy powiedzieć: „Robię to, bo mi się podobasz, przyjemnie?”. Osobiście wolałabym nigdy do tego etapu edukacji z moimi potomnymi nie dojść, zapobiec mu lata wcześniej, ale co bedzie, czas pokaże.
Zebrałam myśli, wzięłam wdech.
– To są końskie zaloty Aniu. Tak się to określa. Przychodzi taki wiek, kiedy chłopcom zaczynają się podobać dziewczynki, ale wstydzą się tego przed kolegami, więc udają, że tych dziewczynek nie lubią. I zdarza się, że z tym udawaniem przesadzają. Musisz to traktować jak każdy inny bullying. Powiedz stanowczo, że sprawia ci to przykrość i sobie tego nie życzysz. Jak nie pomoże, poszukaj pomocy u nauczyciela. Nauczyciel ma obowiazek porozmawiać z nim, a potem z jego rodzicami. Czyli normalna procedura. To, że powodem jego zachowania jest fakt, że mu się podobasz, nie daje mu pozwolenia na nękanie cię. Nic nie daje pozwolenia na nękanie. A jeśli cię lubi, ma być miły dla ciebie. Zgadzasz się? – rozpoczęłam indoktrynację.
– Tak i nie, mamo – odpowiedziała natychmiast.
– Tak? – zdziwiłam się.
– Bo teraz jest inaczej niż ci się wydaje. Teraz chłopcy się wcale nie wstydzą, i jak kogoś kochają to zaraz o tym mówią i wcale nie są niemili. A A. to akurat zwyczajnie nie znosi mojej najlepszej przyjaciółki i chce, żebym ja też jej nie lubiła. Ale już mu powiedziałam, że to jest mój wybór, nie jego, z kim ja się przyjaźnię. I powiedziałam też Julce, bo Julka mówi, że mam nie chodzić z A. za zumbę, skoro A. mi dokucza na zumbie, że ja chodzę na zumbę bo lubię, i nie będę z tego rezygnować, bo ktoś mi tam dokucza. To jest jakbym się poddała. A ja się nie poddam. Nie z takiego powodu – wyjaśniła swoje stanowisko, wprawiając mnie w osłupienie.
– A końskie zaloty to ja mam – wtrąciła się młodsza, siedmioletnia. – N. mi takie zaloty robi, ale ja go ignoruję, i rozmawiam z nim tylko jak jest miły, i on już powoli się nauczył, że jak coś chce, to musi grzecznie – dobiła mnie.
I pozamiatane.

Jak żyć? (21)

Kiedy „Jesteś najlepszą mamą na świecie! Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego prezentu na urodziny!” słyszysz od siedmiolatki, kiedy wręczasz jej nie lalkę, sukienkę, grę na xbox’a czy kartę przedpłaconą do jakiegoś sklepu, tylko bilet na Wembley na mecz Anglia – Czechy w przyszłym miesiącu.

Jak żyć? (20)

Kiedy w sobotnie popołudnie nie mając żadnego pomysłu na obiad i same resztki w lodówce postanawiasz zrobić pizzę na obiad. Bardzo dobrze, myślisz sobie, będzie domowa, zdrowa, bez ulepszaczy, konserwantów, całej tej chemii. Wyciagasz mąkę i drożdże i zagniatasz ciasto. Rozwałkowujesz, kladziesz na blaszce. Robisz domowy, zrowy sos z pomidorów z puszki i oregano, bez niezdrowych dodatków. Roprowadzasz na cieście, posypujesz startym serem. Kroisz cebulę, parykę, kilka pieczarek, otwierasz puszkę kukurydzy. Do kuchni wchodzą dzieci i proszą, żeby im pozwolić skończyć. Słyszysz, że dostałaś wiadomość, więc wychodzisz do pokoju i przez kwadrans zajmujesz sie komórką. Wracasz do kuchni. Na twojej zdrowej, domowej, hand made pizzy leżą pokrojone w plasterki parówki.