Taka sytuacja (1)

Dzień wolny, niewyjazdowy, zaplanowany na domowy. Rano. Dziewczyny na tarasie narysowały kredą dużą grę planszową i skaczą po niej jako pionki. Ja krzątam się po kuchni.
Wychodzę do nich, siadam na ławeczce.
– Mamo, co ci się stało – pyta starsza, dziewięcioletnia, przyglądając mi się uważnie. Marszczy czoło i przechyla głowę lekko w bok, usiłując zrozumieć, co widzi.
– Nic, cebulę kroiłam, wyszłam przewietrzyć oczy.
– Więc to są łzy?
– Tak. Co w tym dziwnego?
– To, że nigdy w życiu nie widziałam cię, jak płaczesz.
Dobrze to, czy źle. Nie wiem.

Same chciały, czyli matkopolska manipulacja level master

– Dziewczyny, chodźcie tu do mojego komputera. Patrzcie. To jest Royal Albert Hall, słynna sala koncertowa w Londynie. Tak wygląda w środku.
– Mamo, to tam gdzie Mr. Tumble był na świątecznym show, które powtarzają w telewizji co roku.
– Tak. A tutaj patrzcie, tak wygląda z zewnątrz.
– O! To tam była Mary Poppins! To tam! Pojedziemy tam? Mamo, pojedźmy tam!
– No właśnie tam można pojechać zwiedzać, a można pójść na jakiś koncert.
– Jaki?
– Na przykład na balet? O Kopciuszku? Właśnie znalazłam bilety. Co wy na to?
– Pewnie! Kupuj. Hura! Mamo, jesteś najlepsza.

Jak żyć? (28)

Kiedy piszesz do przyjaciółki, że właśnie pochałniasz murzynka, którego upiekła twoja młodsza córka. I dodajesz, że tydzień temu starsza upiekła apple crumble, a ona rozumie z tego, że właśnie jesz ciasto sprzed tygodnia i krzyczy: „Nie jedz!”
Niby najlepsza przyjaciółka, a tak słabo cię zna. Myśli, że u ciebie ciasto przetrwa dużej niż godzinę.

Jak się nie napić kawy z rana – szkolenie

Zacznij od tego, że cię przerasta pilnowanie, żeby zawsze na piątek mieć drobne w portfelu w wysokości kwoty kieszonkowego wypłacanego pociechom, i ciągle jest zgrzyt bo lecisz do bankomatu, albo wypłacasz z opóźnieniem, co obniża morale. Ponadto, czasem potomne chcą sobie coś kupić w necie, to znaczy ty musisz to kupić i zapłacić, a one przynoszą ci worek drobniaków, i noś to potem w tym portfelu. A jak przyjdzie następny piątek, to akurat wydasz i na kieszonkowe nie masz. I tak w kółko.
Bierzesz więc pewnego dnia potomne do banku i zakładasz im konta. Że małe są, to de facto zakładasz im subkonta do swojego konta. Musisz się zalogować do swojego banku na swoje konto i masz wtedy dostęp do ich kont. Nie można z nich płacić on line, nie ma do nich kart płatniczych, ale można na nie wpłacać i wypłacać przelewem dowolną kwotę w każdej chwili. I to załatwia sprawę. Kieszonkowe co piątek przed śniadaniem przelewasz im na konta. Jak chcą coś kupić to przelewasz sobie z ich konta na swoje tyle, ile rzecz kosztuje i nie nosisz tych drobniaków w portfelu. A już one dwie, żeby zawsze mieć w swoich portfelach drobne to akurat potrafią przypilnować, więc wszysko hula. Git.
Pewnego dnia pierworodna, lat dziewięć, przychodzi i daje ci trzy funty.
– Przelej sobie jeszcze dwa z mojego konta na swoje i proszę cię kup mi coś za pięć funtów – mówi.
Chowasz drobne do kieszeni, przelewasz jak prosiła i pytasz, co masz kupić. Okazuje się, że nic na e-bay czy Amazon, ale punkty w grze na Roblox. Najłatiwej ci więc wziąć do ręki jej telefon, gdzie jest zalogowana i zapłacić swoim Paypalem. System zadaje ci kilka podchwytliwych pytań i wysyła ci sms z kodem, trochę to wszystko trwa, klikasz, klikasz, a tu ci film w tv leci i nie chcesz stracić wątku, więc na koniec zostawiasz tego Paypala podpiętego do jej konta na stałe, żeby nie powtarzać procedury następnym razem, bo wiesz, że mądra jest i nic bez pytania nie kupi.
Mija czas jakiś i nastaje piątek. Budzisz się, robisz kawę, siadasz na tarasie z laptopem i sprawdzasz co we świecie słychać. Logujesz się też do banku, żeby sprawdzić wypłatę i przelać dzieciom kieszonkowe.
Brakuje tak około osiemdziesięciu funtów. Cóż, mogłaś zgubić osiem, ale nie osiamdziesiąt. Czasy, kiedy nie pamiętałaś na co wydałaś osiem dych skończyły się dokładnie w dniu narodzin pieworodnej. Bezpowrotnie raczej. Sprawdzasz więc historię transakcji i widzisz, że kupiłaś coś na google za osiem dych. No nie przypomina ci się , co to może być, więc sprawdzasz w googlach. Według googli nic nie kupiłaś ostantio. Bierzesz więc do ręki dziecka komórkę i sprawdzasz jej konto.
Jest! Kupiła sobie gówniara aplikację jakąś, a dokładnie subskrybcję na rok, samoodnawialną.
Zaraz, zaraz, myslisz sobie. To bystra dziewczyna jest. Dziewięć lat ją hodujesz i jesteś absolutnie pewna, że nigdy cię nie oszukała. To znaczy, że robi to bardzo inteligentnie i nigdy się o tym nie dowiesz. A to znaczy, że nie kupiłaby sobie apki za sto dolców za twoją kasę myśląc, że nie zauważysz. Musiała to przypadkowo naklikać bidula.
Grzebiesz w koncie i patrzysz, że to kupione dokładnie w tej samej minucie, co nieszczęsne punkty do gry. Czyli sama se to musiałaś jednak naklikać. No żesz kurwa mać! No jak? Dorosła jesteś, nie?
Czterdziesći minut zajmuje ci dogrzebanie się do opcji anulowania transakcji, ale na szczęście potem idzie gładko i jeszcze przed śnaidaniem kasa wraca na twoje konto.
Kawa nie jest ci już potrzebna.

Poszła

– Pa mamusiu, kocham cię! – krzyknęła moja pozbawiona dwóch górnych jedynek siedmioletnia szczerbatka, zamknęła drzwi samochodu i poszła. Szła sprężystym, pewnym krokiem, w stroju na balet, długiej lejącej się spódnicy z koła, stukając obcasami butów do stepowania. Z torbą na ramieniu. Szła wzdłóż budynku szkoły baletowej, a ja patrzyłam, żeby sprawdzić, że weszła do budynku bezpiecznie zanim odjadę.
Trzydzieści sekund.
Przed oczami miałam ją, dwuletnią, kiedy wraz ze mną odprowadzała straszą o dwa lata siostrę na te same zajęcia. I kiedy jej siostra znikała za drzwiami sali treningowej, ona stała pod nimi zapłakana, waląca w nie maleńką rączką i lamentująca: „Ja kce tańcyć!”. Przed oczmi mialam dyrektorkę szkoły, która mówiła, że owszem, dziecko jest już do zajęć gotowe, ale nie przyjmie jej póki nie skończy 2,5 lat, bo nie ma na młodsze dzieci ubezpieczenia. Musi poczekać.
Przypomniało mi się, jak przez dwa lata wstawałam o świcie, obrabiałam się z butelkami i pieluchami, śniadaniem i ubieraniem dzieci, jak na za piętnaście dziewiąta odprowdzałam czterolatkę do zerówki, a potem dwulatkę ciągnęłam dalej do jej przedszkola na dziewiątą piętnaście. Jak szłam na szybkie zakupy, wrzucałam je do domu i na dwunastą leciałam do przedszkola odebrać dwulatkę. Brałam ją do domu, pieszo, pochylając się nad każdym kamyczkiem, patyczkiem, kwiatkiem. Odpowiadając na milion absurdanych wtedy pytań i słuchając jeszcze bardziej absurdalnych wtedy opowieści. Jak w domu jadłyśmy coś na lunch, przygotowywałam obiad i na trzecią piętnaście leciałyśmy pod szkołę, odebrać czterolatkę. Dwa lata między ósmą a szesnastą nie robiłam nic innego, jak zaprowadzałam i przyprowadzałam dwoje dzieci z ich placówek. Tam i z powrotem. Dzień w dzień. Pamiętam, że dostawałam obłędu, że chciałam wstać rano i pójść do jakiejś normalnej pracy. Jakiejkolwiek. Do ludzi. Ale uparłam się, że dzieci mają pamiętać na całe życie, że to mama je odprowadzała i całowała przed wejściem życząc miłego dnia, mama na nie czekała, kiedy wychodziły, mama miała czas po lekcjach dla nich, mama podawała obiad. Nie opiekunki, sąsiadki, zmieniające się jak w kalejdoskopie.
Więc dziękowałam losowi, że żyję w kraju, w którym rząd uważa, że to co robię, czyli odchowanie dziecka do czwartych urodzin i wysłania go do szkoły to jest praca, i płaci mi za to, małe, ale wystarczające na życie pieniądze i ciągnęłam ten kierat w przekonaniu, że te wposmnienia, to poczucie zaopiekowania, pewność, że mama zawsze była, jest im potrzebne.
Dziś nawet nie wysiadam z auta tylko odprowadzam ją wzrokiem, kiedy ona sama idzie ulicą, dzwoni domofonem, otwiera drzwi, wita się z koleżanką i wchodzą na zajęcia.
Nie wiem doprawdy, której z nas te wspomnienia były bardziej potrzebne.

Pogoda

Kraj ten piękny, w którym się byłam osiedliłam, ojczyzna Shakespeare’a, Churhill’a i brexitu, słynie jednakowoż we świecie ze swej pogody. Błędnie się jednak powszechnie uważa, że problem nieprzyjazności brytyjskiej pogody dla użytkownika polega na tym, że tu ciągle pada. Nic bardziej mylnego. Problem w tym, że czasem padać przestaje.
I wczoraj właśnie miałam okazję być tej niedogodności ofiarą.
Zaplanowane miałam wraz z przyjaciółką i jej dziećmi, że pojedziemy do pobliskiego parku narodowego i zdobędziemy lokalny szczyt.
I tak, jeśli pada deszcz, wiadomo, że należy zabrać zapasowy komplet ciuchów, bo zaparkujemy, ruszymy na szlak, i zależnie od tego jak szybko i w jakiej obfitości złapie nas deszcz, zdobędziemy szczyt lub nie, wrócimy do samochodów, przebierzemy się i pojedziemy do domów.
Jeśli natomiast nie będzie padać, sprawa dalece się komplikuje. Bowiem po zdobyciu szczytu schodzi się nad rzekę, wyciąga się z bagażnika krzesełka, stół, grill’a i lodówkę i rozpoczyna majówkę. Dzieciaki przebierają się w krótkie spodenki i kalosze. Które trzeba było ze sobą zabrać. Grill się rozpala, dzieciaki przylatują z wodą w kaloszach, bo rzeczka głębsza niż do kolan jednak, i zmieniają kalosze na sandały. Które trzeba było ze sobą zabrać. Kiełbaski się rumienią na grillu, jak dzieciaki przylatują mokre do ud i pochlapane po swetrach, a do tego zmarzięte, więc zakładają skarperki, długie spodnie, buty górskie i suche swetry. Które trzeba było ze sobą zabrać. Siadamy do stolika, zjadamy. Dzieci zakładają kurtki, bo już dosyć chłodno i lecą jeszcze pograć w piłkę.
– Tylko trzymajcie się daleko od wody – dostają na odchodne instrukcję i znikają, dzięki czemu możemy się spokojnie oddać licytacji, która z nas miała ostatnio bardziej nieudaną randkę.
Tymczasem dzieciarnia dochodzi do wniosku, że polecenie trzymania się daleko od wody nie precyzowało po której stronie rzeki należy je stosować, i postanawia się przeprawić po kamieniach i głazach na drugą stronę.
Tak więc po chwili z konwesrsacji wyrywa nas potworny wrzask. Odwracamy się w stonę źródła dźwięku i widzimy postaci naszych pociech nadbiegających w liczbie trzech. Czyli jednej brak. Mojej akurat, więc się rzucam jak szalona, zwłaszcza, że identyfikuję pojedyńcze informacje składowe tego wrzasku:
I’m freezing! I’m stuck!*
Biję rekord świata na setkę i widzę moje młodsze dziecię w samym środku rzeki, opierające sie o głaz troszkę od niej wyższy, z którego się najprawdopodobniej zsunęła. Stoi w wodzie co prawda po kolana, ale mokrzuteńka po szyję, łącznie z warkoczem. Szczęście w nieszczęściu, że woda była tak lodowata, że ją sparaliżowało i nie próbowała walczyć z nurtem ani wspinać się na głaz, co w połączeniu z jej paniką mogło się skończyć różnie, ale stała stabilnie i bezpiecznie, dzięki czemu nie musiałam się do tej wody rzucać jak stałam, tylko spokojnie pląsałam sobie w jej kierunku po kamieniach. Kiedy już byłam w jej pobliżu usłyszałam, że pozostała trójka jeden przez drugiego trajkocze, że „Nie powinnaś była Julka do wody wchodzić, przecież mama mówiła, żeby się trzymać z daleka”, zapominając najwyraźniej, że żeby udawać teraz niewiniątka i udzielać porad, stoją jakby nie po tej stronie rzeki co trzeba. To że mieli więcej szczęścia i im się udało, nie znaczy, że ich zakaz nie dotyczył.
Dotarłam do Julki. Uznałam, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, w przeciwieństwie do pozostałej trójki na brzegu, do której za dziesięć sekund dotrę i rozszarpię.
– NA MOST! NATYCHMIAST! NA MOST MÓWIĘ! SPIERDALAĆ! – Rozdarłam się całą przeponą wskazując ręką kierunek w górę rzeki, tak donośnie, że cała trójka niezwłocznie zabrała się za wykonanie polecenia. Wraz z nimi prawdopodobnie wszelkie leśne stworzenia posiadające zmysł słuchu w promieniu kilometra. Z tymi, które jeszcze się ze snu zimowego nie obudziły włącznie.
Kiedy więc trójka znalazła się w bezpiecznej odległości, wciągnęłam niedoszłą topielicę z wody i bezpiecznie dotarłyśmy do brzegu, po czym lekkim truchcikiem dla rozgrzewki udałyśmy się w kierunku mostu.
Kwadrans później dziecina siedziała na moich kolanach, wtulona w moje ramiona. Owinięta kocem i przebrana w suche ciuchy. Które trzeba było ze sobą zabrać.
– Już nigdy nie podejdę do rzadnej rzeki – łkała po cichutku.
I tak sobie myślę. Pogoda zdradliwa, szafę ciuchów trzeba wozić w bagażniku, pląsać po kamieniach w rzece i ryzykować przemoczeniem, gadrło zdzierać. Ale możliwość ględzenia teraz i trucia im dupy przez co najmniej dwa tygodnie o konsekwencjach nieposłuszeństwa i zaletach słuchania poleceń matki – bezcenna.

* Zamarzam! Utknęłam!

Życie w cytatach (64)

– Dziewczyny, chciałabym, żebyście przed dzisiejszą wycieczką w góry poćwiczyły parę minut czytanie po polsku. Dawno tego nie robiłyśmy. Ok?
– Nie… Mamo… Nie dziś…
– Dobra, nie będę was zmuszać. To pakujemy się, tak?
– Taaak!
– To proszę przyjść do mnie z kartkami papieru i czymś do pisania. Zrobimy listę. Już, macie? Proszę pisać. Dyktuję.
„Rzeczy do plecaka (rzeczy przez er zet, cz polskie, cy zy, nie angielskie cy h): woda w butelce, jabłko (bł, kochanie, jabłko, nie japko), banan (tak, bez a na końcu, to jest polski banan, a nie angielski banana, nie nie ma niemego a na końcu polskeigo banana, polski banan kończy się na en, nie na a), przekąska (er zet, czemu? bo po pe nie pisze się es zet tylko er zet, tak, zawsze, jest tylko kilka wyjątków, pszenica, Pszczyna, takie miasto i coś tam jeszcze, nie pamiętam), kurtka przeciwdeszczowa (er zet, przecież właśnie tłukłam, że po pe zawsze er zet, tak razem, to jest jeden wyraz, szy czy polskie proszę pisać, es zet, nie es ha, tak potem ce zet, nie ce ha), czapka, chusteczki higieniczne (chusteczki ce ha, nie, nie czyta się czusteczki, to jest nieme ce, czyta sie jakby go nie było, jakby było samo ha, przecież mówię). Rzeczy do bagażnika (weź no dziecko zobacz jak pisałaś „rzeczy” parę wersów wyżej i sobie poradź): skarpetki na zmianę (no e z ogonkiem, nie żartuj, przecież znasz ę doskonale), sandały, kalosze, krótkie spodenki (dobrze, super, tylko krótkie przez ó z kreską, nie, nie kreska nad otwartym u, kreska nad zamkniętym u, zamknięte u to jest o, nie wiem dlaczego tak sie nazywa, nie brnijmy w to teraz), dodatkowy sweter (sweter kochanie tak jak po angielsku, tylko bez a w środku).”
Już, macie? To bardzo proszę iść zrealizować listę.
– I od razu jedziemy? Nie musimy ćwiczyć polskiego? Ale fajnie!

Chce się żyć (4)

Kiedy we wtorek o szóstej trzydzieści rano siadasz opatulona w szlafrok na tarasie, z kawą i laptopem. Ptaszki ćwierkają, bez pachnie. A tu mail od dyrektora szkoły, który z właściwą sobie angielską uprzejmością, zwraca się do rodziców klas drugich z informacją, że oto jak wiecie wasze pociechy będą zdawały kilkuetapowy, ogólnokrajowy egzamin z angielskiego i matematyki, który szkoła ma obowiązek zrealizować w miesiącu maju wedle własnego uznania, to znaczy niektóre dzieci będą zdawały go w grupach, niektóre w odosobnieiu, niektóre rano, niektóre po południu. O tym bedą decydować nauczyciele, bo znają wasze dzieci i wiedzą, kto jakich warunków potrzebuje żeby się skoncentrować a zarazem nie zestresować. Także uprasza się o nie denerwowanie się, jeśli znajome dzieci mówią, że już napisały, a wasze jeszcze nie. A po drugie, najważniejsze, wielu z rodziców przeżywa ten egzanim poraz pierwszy i bardzo się stresuje, wielu z was drodzy rodzice, pyta nas czy macie z waszymi dziecmi coś przećwiczyć, uczyć je czegoś i je przygotowywać. Otóż chciałbym wam wszystkim grupowo odpowiedzieć na to pytanie. Możecie pomóc swoim dzieciom, nawet powinniście i bardzo was o to prosimy. Możecie je bardzo dobrze do tego egzaminu przygotować, poprzez pilnowanie, żeby każdego dnia poszły spać wcześnie i zjadły rano porządne śniadanie.
A naszą robotę zostawcie nam.

Pół etatu

Świąt Wielkanocnych od wielu lat nie obchdzę. Dzieci wyjeżdżają na tydzień ze swoim ojcem na wczasy, najczęściej na Majorkę, a ja kładę się do szpitala, który uparcie co roku coś mi usuwa, albo wstawia. Ale w tym roku dali mi wolne, toteż wymyśliłam, że pierwszy tydzień ferii spędzamy z dziećmi na działce, a drugi, kiedy dzieci będą się wczasować, spędzę w robocie. Wezmę wszystkie możliwe nadgodziny jakie dadzą, i podgonię trochę minusy na kartach kredytowych, bo wakacje idą, i trzeba znowu z tych kart będzie korzystać.
Tak więc zasuwałam codziennie po dwanaście godzin jak mały zajączek, wolne miałam tylko w niedzielę wielkanocną. Owszem, byłam zmęczona, bo nie jestem do póltora etatu przyzwyczajona, tylko do pół, ale dałam radę bez większego problemu. Współczucie znajomych, jakie to mnie straszne święta spotkały i jak cierpię, i że jeszcze tylko kilka dni, żebym sie trzymała i jakoś wytrzymam, trochę mnie irytowało, bo sama sobie tak zaplanowałam i nikt mnie nie zmuszał, nic mi się nie stało, i w ogóle o co chodzi? Do kościoła i tak bym nie poszła, żurku nie jadła, bo i tak tych świąt nie obchodzę nigdy, więc bardzo byłam zadowolona, że porządnie wykorzystałam ten czas. To teatru poszłam na „Grease” i to mi do szczęścia wystarczyło.
We wtorek wieczorem wróciły dziewczyny, i wróciła normalna nasza rutyna.
W środę rano budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści. Wstałam, zrobiłam kawę, kanapkę, sprawdziłam pocztę i pogodę, podlałam kwiatki w ogórdku za domem. O siódmej trzydzieści zbudzialm dziewczyny. Ubrały się, umyły zęby, zeszły na dół. Zaplotłam warkocze. Zrobiłam śniadanie, podałam, posprzątałam stół. Zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam do domu, przebrałam się w robocze ciuchy, wisiadłam do samochodu i pojechałam do pracy. Dostałam szybkie zlecenie na dwie godziny, zrobiłam do dwunastej. Wziełam następne zlecenie, zrobiłam do drugiej trzydzieści. Skończyłam, posprzątałam po sobie kartony i śmieci, pojechałam do domu.
Przebrałam się w normalne ciuchy. Poszłam pod szkołę. Odebralam dzieci. Wróciłysmy do domu, nastawiłam makaron. Pozmywałam naczynia z rana, instruując dzieci zdalnie do puszczenia prania. Posortowały kolorami, wybrały co trzeba, wsadziły do pralki, wlączyły. Zjadłyśmy makaron z pesto. Wyniosłam śmieci. Poleciałyśmy na działkę, gdzie szparagi nam rosną jak opętane i trzeba je zbierać codziennie. Zebralyśmy, wróciłysmy do domu. Dzieci wzięly swoje torby ze strojami baletowymi. Wsiadłyśmy do samochodu. Starszą wysadziłam dwie ulice dalej w pobliżu placu zabaw, młodszą pod szkołą baletową.
Pojechałam do ogrodniczego, kupiłam sadzonki pomidorów i drzewko wiśni. Do spożywczego, po bieżące zakupy. Na stację benzynową, żeby zatankować.
Do szkoly baletowej, gdzie młodsza własnie kończyła swoje lekcje, a starsza już po wyhuśtaniu się na placu zabaw, przebierała się w swój strój. Wzięłam młodszą do samochodu.
Pojechałyśmy do domu, rozpakowałyśmy zakupy. Wziełyśmy ze sobą wkrętarkę, której niestety nie naładowałam dzień wcześniej, i pudełko ze śrubokrętami i poszłysmy do sąsiadki, która kupiła wczoraj łóżko w Ikea i boi się otworzyć instrukcję, a znamy sie od dawna i wie, że mnie instrukcje z Ikea relaksują a skęcanie mebli mnie odpręża niczym dobra sesja w spa.
Łóżko wcale nie było skomplikowane, ale żmudne, bo z czterema szufladami. A że wkrętarka rozładowała się po dwóch pierwszych wkrętach, to cackałam się z tym do późnego wieczoru. W połowie roboty jeszcze wskoczyłam do samochodu i przywiozłam starsze dziecię z jej lekcji baletu.
Przy okazji tej robty przekonałam się, że moja młodsza potomna, lat siedem, róznież ma talent do instrukcji. Dokłanie przyjrzała się pierwzej stronie z wykazem śrubek, podkładek i tych innych wszystkich zatrzasków, i podawała mi na zawołanie odpowienie z nich i w odpowiedniej ilości. Nie pomyliła się ani razu. Przysięgam, że nie miałam jeszcze nigdy lepszej asystentki. Otworzę biznes. Będę ją wynajmowac do tej roboty. Wyceniam ją na piętnaście funtów za godzinę.
Po dziewiątej wieczorem wpadłyśmy do domu, dziewczyny zjadły po kanapce, wzięły ekstresowy prysznic, poszły spać. Ja powiesiłam pranie. Ucieszyłam się, że trochę padało, i nie musiałam już lecieć na działkę podlewać sadzonek. Wzięłam prysznic, weszłam do pościeli z laptopem. Odpowiedziałm na pocztę. Zapłaciłam za balet i pianino na nowy semestr. Sprawdziłam pogodę na jutro, bo trzeba pomidory posadzić. Trzeba też iść do miasta kupić młodszej mundurek na Zuchy, oraz do szewca, bo starszej się sprzączka w szkolnych butach zepsuła, a tam nie ma gdzie parkować, więc trzeba się wstrzelić w pogodny dzień, żeby pójść pieszo. Zrbiłam listę zakupów na jutro, żeby zrobić obiad na pięcioro dzieci na piątek, wegetariański tym razem, bo jedna z zaproszonych nie je mięsa.
Zasypiając dobrze po północy pomyslałam sobie, że bardzo chciałabym nie mieć jutro nic do zrobienia i pójść sobie na dwanaście godzin do pracy, żeby odpocząć.

Chce się żyć (3)

Kiedy w piątek po południu, kiedy każdy normalny człowiek wraca z roboty, otwiera wino i ma piąteczek, piątunio, ty jak ten pojeb przyprowadzasz sobie ze szkoły pięć sztuk poniżej dziesiątego roku żcyia, które mówią do ciebie naraz w czterech (chyba, w każdym razie przynajmniej trzech to na pewno) językach, z czego rozumeisz tylko dwa, karmisz je siedmioma rodzajami naleśników i poisz czterema rodzajami napojów, a następnie pozwalasz iść na górę i robić co chcą, i nie ingerujesz dopóki nie leje się krew i nie sypie tynk, i spoglądając żałośnie na wino w lodówce myślisz sobie: „Co mi kurwa znowu odpindroliło?”.
A potem przychodzą naraz rodzice, żeby odebrać te sztuki, które nie są twoje, i wszystkie one zgodnie wołają: „Nie chcę iść, chcę zostać, tu jest fajnie, najlepsza zabawa na świecie!”