Kartka z kalendarza (27)

Trzynasty września anno domini 2019.
Nie czytam wiadomości ostatnio, nagłówki tylko, więc co we świecie słychać to dokładnie nie wiem, ale zdaje się, że ojczyzny moje obie są na ostatniej prostej przed rewolucją październikową.
Każda pod wodzą niekwestionowanego wizjonera. Jeden idzie w narodowo-katolicką dyktaturę, gdzie bez świadectwa chrztu nic nie załatwisz, drugi w powrót wielkeigo imperium, czyli cale, stopy, jadry, oraz szylingi i denary.
A że panowie nie mają na rynku żadnej kompleksowej i spójnej konkurencji, to na październik trzeba będzie podwójny popkorn przygotować.
Na niwie rodzinnej dziś natomiast kamień milowy, przełom, no zwrot akcji taki, że ja cię proszę.
Dziecię moje młodsze, siedmioletnie, dziś zaliczyło pierwszy w życiu swym krótkim acz aktywnym, cały pełny tydzień chodzenia do szkoły w tej samej bluzie, i nie ma na tej bluzie błota, farb, spagetti, czekolady, flamastwów, kleju. Nic nie ma. Tylko szkolne logo.
I co ja z zapasowymi bluzami pocznę teraz?

Początek roku szkolnego

Rok szkolny dzieci moje rozpoczęły z przytupem. Pierworodna, lat dziewięć już pierwszego dnia wrócila z opatrunkiem na nodze i z formularzem informującym o incydencie fiknięcia na drabinkach za bardzo. Dwa około dni później dla odmiany „role model” dyplom przyniosła, czyli taki w nagrodę, za bycie miłą i pomocną dla kolegów tym razem. Młodsza za to, siedmioletnia, wiadomosć przyniosła, że od początku tego roku przeczytała już dwanaście tysięcy słów ze szkolnej biblioteki, czyli jakieś trzy książki, czyli dużo. Nie wiem kiedy ona to czyta, chyba w nocy z latarką pod kołdrą, bo ja osobiście zmuszam ją do czytania po polsku na głos, a szkolnych książek nawet nie oglądam. W każdym razie widać, że się dzieciny za szkołą stęskniły i się nią cieszą.
Mnie się natomiast ten rok szkolny jakoś nie mógł zacząć. Rodzice pod szkołą albo jeszcze podekscytowani, albo już zmęczeni, a ja taka jakaś zawieszona, dalej jakby myślami na wakacjach byłam, roku szkolnego nie czułam.
Do dziś.
Bo dziś budzik zadzwonił o piątej. Wstałam, kawkę zrobiłam, przykleiłam siedemset zestawów szminek z koralikami i branzoletką do siedniuset gazetek, popakowałam po dwadzieścia osiem szuk do pudełek, pozaklejałam, zapakowałąm pudełka do samochodu, posprzatałam po robocie w kuchni, i w sam raz była siódma trzydzieści i poszłam zbudzić dzieci.
Zeszły na dół ubrane, zaplotłam warkocze, dałam śniadanie, zapakowałam lunch boxy, zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam, wsiadłam w samochód, pojechałam do pracy. rozładowałam pudła na paletę, wzięłam nowe zlecenie, część rozłożyłam sobie na biurku do zrobienia na miejscu, część spkowałam do samochodu.
O drugiej wyjechałam z pracy, podjechałam pod dom, rozładowałam towar z samochodu, zjadłam kanapkę.
Podjechałam pod szkołę przed trzecią. Skoczyłam do pobliskiej pizzerii i zakupiłam trzy małe „personal” pizze. Margeritę, hawajską i hawajską z oliwkami. Poszłam pod szkołę. Odebrałam swoje dwie szuki potomstwa oraz jedną dodatkową o imieniu G., której rodzicie prosili mnie o zajęcie sie nią na kilka godzin, bo coś mają do załatwienia. Rozdałam dziewczynkom ich pizze według zamówienia i zostawiłam je na szkolnym korytarzu w pobliżu klasy młodszej córki, gdzie miałam „meet the teacher”, czyli coś w rodzaju wywiadówki. Po pół gdzinie wyszłam, wyrzuciłam pudełka po pizzy do kosza i zabrałam dzieciarnię do samochodu.
Zawiozłam do szkoły baletowej, gdzie moje miały mieć trzy półgodzinne lekcje, G. zaś tylko dwie. Przebrały się i moje weszły na salę, a ja siedziałam trzydziesci minut z G., która w tym czasie czytała książkę. Po pół godzinie G. dołączyła do grupy a ja miałam godzinę dla siebie, czyli na szybkie zakupy spożywcze i zatankowanie samochodu.
O szóstej trzydzieści odebrałam swoje dzieci, a G. odebrali jej rodzice.
Wsiadłyśmy do auta. Przypomniałam dzieciom, że dziś jest dzień otwarty w szkole średniej, do której pierworodna chciałaby iść za dwa lata, i dziś, i tylko dziś jest okazja tam wejść i się rozejrzeć, następna będzie za rok, więc niech zdecydują, czy mają jeszcze na to siłę.
Miały. Zdychałam tam ze zmęczenia, ledwie nogami powłóczyłam, a one zaliczyły wszystkie sale, wszystkie klasy, jakieś eksperymenty z ogniem robiły, jakieś zagadki historyczne, jakąś mapę wygrały nie wiem za co bo nie miałam siły słuchać, na próbie kółka teatralnego były, na sali gimnastycznej jakieś gole strzelały, orkiestry dętej słuchały, cuda na kiju. Obie zachwycone szkołą, koniecznie chcą do niej chodzić. Wyszłyśmy stamtąd o ósmej. Bo zamykali. Na szczęście.
W domu szybka kolacja, prysznic i spać.
Jest dziesiąta. Budzik na piątą nastawiam, bo gazetki nawiozłam do zrobienia przecież.
Także tak, dziś czuję, że i dla mnie rok szkolny się rozpoczął.

Taka sytuacja (11)

Przytargałyśmy z działki plony w postaci ostatnich ogórków i cukiń, zielonych pomidorów, dyni i kilku kilogramów jabłek. Wzięłam się szybko za jabłka, bo to opadówki były potłuczone, kilka robaczywych, więc odkrajałam, czyściłam i kroiłam na kawałki, nie mając jeszcze pojęcia, co z nich zrobię. Przyszła pierworodna, lat dziewięć i uznała, że zrobi apple crumble. Wyciągnęła składniki i zaczęła robić kruszonkę. Przyszła na to młodsza, siedmioletnia. Rozejrzała się po kuchni.
– A ja co mam robić? – zapytała.
– A ty nam coś poczytaj po polsku – powiedziałam, co było żartem oczywiście, bo ona po polsku duka, trzeba przy niej siedzieć i poprawiać, jest to frustrujące i dla niej i dla mnie, dlatego ona tego unika jak może i traktuje jak karę, a ja żeby jej nie zniechęcać, nie nalegam, więc od wielu tygodni tego nie robiłyśmy. Zresztą wakacje były i w ogóle.
Ale dziecina nie złapała żartu zupełnie. Wyszła więc z kuchni, wróciła po chwili z książką, usiadła, otwarła gdzieś w środku i całkiem płynnie, bez większych pomyłek przeczytała całe opowiadanie*.

* „Złota Księga Bajek”, Masza i Niedźwiedź, Hokus-pokus

Jak żyć? (33)

Kiedy w ostatni dzień wakacji przed pójściem dzieci do szkoły bierzesz wolne z pracy i spędzasz z nimi dzień. Sprawdzacie stan i ilość mundurków, wyrzucacie za małe, robicie listę, co dokupić, kompletujecie zawartość piórników i strój na WF i takie tam inne przyjemne wspólne przygotowania.
Następnie wsiadacie w samochód, jedziecie do supermarketu odzieżowego i kupujecie wszystko z listy, w sklepie z telefonami załatwiacie też jedną pilną sprawę, i wtedy na widok pobliskiego McDonalds mówisz:
– A pamiętacie dziewczyny, że dwa lata temu i rok temu w ostatni dzień wakacji tak się składało, że wylądowałyśmy na obiad w McDonalds, i śmiałyśmy się, że to będzie taka nasza tradycja na pożegnanie wakacji? To może chodźmy dziś, bo i tak nie mam nic na obiad przygotowane i musimy zjeść na mieście.
I w odpowiedzi dostajesz od dziewięcio i siedmiolatki wykład o niehumanitarnym uboju zwierząt, ilości cukru w coli, i wreszcie śmieciach po takim jedzeniu, w którch nasza planeta tonie.
I musisz ty, rodzic, prosić dzieci, żeby dały się zabrać do McDonalds i obiecać, że to jest naprawdę ostatni raz.
Co za czasy…

Komunikacja

Jak większość dzisiejszych czterdziestolatków, o cholera, powinnam już pisać czterdziestopięciolatków, no więc jak większość z nas, którzy czujemy drugą młodość, świeży powiew wiatru w żaglach, mamy nowe plany i tyle podróży przed nami, podczas gdy nasze dzieci odbierają nas jako stojących nad grobem zgredów, ale zaraz, nie o tym miało być, no więc jak większość z mojego pokolenia wychowanego w Polsce z dzieciństwem przypadającym na stan wojenny, każdy niedzielny poranek spędzałam w kościele. Co tam z ambony gadali nie rozumiałam, grunt, że wiedziałam, kiedy klękać i nie robiłam siary.
Ale raz się księdzu nie udało, albo może udało właśnie, zależy od punktu siedzenia, i zrozumiałam wycinek jego opowieści. O tym był, że sędziwa żona, jak co rano od sześćdziesięciu lat, kroiła na pół bułkę na śniadanie i połowę smarowała masłem dla siebie, a połowę dla męża. I tego dnia, w sześćdziesiątą rocznicę ślubu, pomyślała sobie, ze całe życie oddawała mu tę lepszą połówkę bułki, tę górną, a sama jada tę gorszą, dolną, i dziś, w tę rocznicę, zrobi coś dla siebie i sobie tę lepszą weźmie, a mężowi tę gorsza da, bo jest święto i jej się za te lata poświęceń i kompromisów po prostu należy. Mąż na to ożywia się, promienieje.
„A więc pamiętała. Za te lata poświęceń i kompromisów dziś dała mi tę lepszą połowę, którą lubię, a sama zje gorszą” – myśli sobie, nie odzywając się.
Wtedy myślałam, że zrozumiełam przesłanie. Że dialog, rozmowa, komunikacja.
I co? Trzy dekady z okładem minęły. Wstaję ja dziś rano. Wakacje, wolny dzień. Do pracy nie idę. Cztery tygodnie byłyśmy z dziećmi w podróżach, połowę razem, połowę osobno, i ten ostatni tydzień wakacji mamy domowy, leniwy, bez ekscesów i planów. Takie oswajanie domu na nowo. Snuję się w piżamie do kuchni, otwieram lodówkę, zamrażarkę i szafki w poszukiwaniu natchnienia na śniadanie. Znajduję sześć ostatnich, zamrożonych hashbrowns*. Ale bym je sobie zjadła, o rany, jak mi slinka cieknie. Ale dzieci też je lubią, to wypada po dwa na głowę, to się nie najemy, trzeba całe angielskie śniadanie zrobić. A to robota na całego. Zbieram się więc leniwie. Grzebię w czeluściah i wyciagam składniki. Kiełbaski, fasolka, jajka, bekon, chleb tostowy, pomidor…
– Co robisz? – Pyta młodsza, siedmioletnia, snując się z nudów po domu i szukajac punktu zaczepienia do robienia czegokolwiek.
– English breakfast** na śniadanie robię – odpowiadam.
– Ja wolę owsiankę – informuje krótko i zwięźle. – Ania też – dodaje w imieniu starszej siosty.
Mial rację skurczybyk. Komunikacja. Placki wszystkie moje.

* trójkątne placki z ziemniaków, składowa tradycyjnego angielskiego śniadania, do polskich placków ziemniaczanych zupełnie niepodobne
** tradycyjne angielskie śniadanie

Jak żyć (32)

Kiedy chodzenie po górach masz we krwi od dzieciństwa i młodości, kiedy mieszkając od lat w UK i spędzając tam pierwsze lata na odchowaniu dzieci, co (wiem, nie każdemu, ale tobie tak) uniemożliwoło górskie wędrówki na kilka lat, kiedy masz w głowie sceny z serialu BBC* sprzed paru lat, który był kręcony w Snowdonii i widoki cię zachwycały, i kiedy jako samodzielna matka dwóch dziewczynek, nareszcie doczekałaś się czasu, kiedy mogą one z tobą po górach sprawnie chodzić, i możesz wreszcie planować wycieczki, więc znalazłaś noclegi dla sześciu osób w Snowdonii na najbliższe ferie, koleżanka, również samodzielna matka właśnie załatwia ulop na ten termin i w zasadzie wszystko jest gotowe i klepnięte, a ty oczami wybraźni widzisz się już, jak oprócz zdobycia Snowdon i innych „must see”, jedziesz do owej wioski gdzie kręcili, chodzisz po ich uliczce, fotografujesz ich dom, spacerujesz po ścieżkach, po których biegali… Więc siadasz do netu i włączasz sobie ów serial, żeby sobie przypomnieć.
I okazuje się, że kęcili w Lake District.

* The A Word

Jak wybrać się na wakacje życia – instrukcja przydługa i chaotyczna, ale lepszej nie będzie

1. Po pierwsze, trzeba mieć przyjaciółkę, która rzuca faceta i stwierdza, że teraz będzie robiła wszystko, czego przez ostatnie lata jej się nie udało zrobić, bo jakoś jemu ciagle nie pasowało i się nie dało. „A ty będziesz to wszystko robiła ze mną” – rzuca do ciebie i w ten sposób dowiadujesz się, że jedziesz na wakacje do Szkocji, które tobie samej nigdy w życiu nie przyszłyby do głowy.
(Potem okazuje się, że rzuciła faceta nieskutecznie, więc całe wakacje do siebie wydzwaniają, ale plan pozostaje bez zmian, i jedziecie we dwójkę.)

2. Zaczynacie od Edynburga, bo tam jest ten zamek, który w ogóle was nie interesuje, ale trzeba go zaliczyć, bo wszyscy tak mówią, więc miejmy to od razu z głowy. Zamek okazuje się zajebisty, jesteście oczarowane, łaziecie po nim ponad trzy godziny i robicie pierdylion zdjęć, bo pogoda o dziwo dopisuje. Z zamku idziecie na Royal Mile, czyli taki deptak dla turystów, z dziesiątkami kafejek, sklepów z pamiątkami, i zatrzęsieniem ulicznych performerów i grajków, bo w sierpniu w Edynbudru jest ich festiwal. Zauważacie, że w starym mieście, które się zwiedza, nie ma współczesnego życia bieżącego, bo ono odbywa się gdzie indziej, i bardzo wam sie podoba fakt, że nikt się tu nie śpieszy, nie jest zestresowany, zabiegany, wszyscy są na wakacjach i wyluzowani.
Wstępujecie też na seans Edinburgh Dungeon, bo miałyście darmowe bilety z gazety, i macie mieszane uczucia; to znaczy dzieci byście tam nie zabrały, same drugi raz też nie poszły, ale w sumie, warto było taką atrakcję raz zaliczyć.
Zjadacie swojskie lokalne szkockie danie w pubie i wracacie na swój kemping w Linwater.

3. W nocy pada rzęsisty deszcz, więc o szóstej rano budzi cię boksowanie kół zaparkowanej obok pachnącej nowością rocznej VW Californii, która zapadła się w błocie, a dwie podróżujące nią Holenderki muszą ją oddać do pobliskiej wypożyczalni i za trzy godziny mają samolot. Godzinę trwa zaczepianie zbudzonych już w pobliskich namiotach i kamperach turystów, i proszenie ich o pomoc. Kiedy jest was już około sześcioro, koła w błocie do połowy felgi, wszyscy znawcy już wypróbowali podłożyć kamienie, wycieraczki i dywaniki, samochód ani drgnie a dziewczyny coraz bardziej nerwowe, pojawia się ktoś z terenówką, że niby wyciągnie Californię na holu. Po ogólym „hura!, hura!” następuje półodzinne szukanie metodą wzrokową i macaniem ręcznym, gdzie California ma hak. Nie ma. Dziewczyny wydzwaniają do wypożyczalni, żeby się dowiedzieć, ale jeszcze nieczynna. Szukają w google i na youtubie, ale w nerwach nic nie znajdują. Wtedy na scenę wkracza Asiulka, twoja towarzyszka podróży. Wkracza cała na biało, w piżamie i klapkach, z włosem rozczochranym, gębą skrzywioną, wściekła, że o świcie taki hałas koło namiotu. Od niechcenia rzuca, że California ma w zderzaku zaślepkę, się ją ściąga, i wkręca się hak, który musi być w schowku z tyłu. Następnie ziewając udaje się do toalety.

4. California szczęśliwie odjeżdża, a wy udajecie się na drugi dzień wycieczki po Edynburgu. Zaliczacie Arthur’s Seat, czyli niewielką górkę która znajduje się na obrzeżach miasta. Idzie się na nią jakieś pół godziny, szlakiem górskim po kamieniach. Ze szczytu ogląda się panoramę miasta. No ładna, ale szału nie ma, bo my podróże lubimy, sporo widziałyśmy i doszłyśmy już do punktu w życiu, że nie wszystko nas zachwyca, i w dupie mamy, że nie wypada się nie zachwycać. Zadowolne jesteśmy, że nie pada, tylko wieje, bo w Szkocji to fart. Na szczycie Asiulka rzuca ni w pięć ni w dziesięć, że poszłaby chętnie do sauny się wygrzać, bo dawno nie była. Czyli jakieś cztery dni w jej przypadku.
Schodzicie ze szczytu i parę kroków macie do Pałacu Holyrood, czyli Szkockiej siedziby królowej. Macie tam zamiar rzucić okiem na to, czego brakowało wam w zamku wczoraj, czyli pokoje użytkowe z meblami. Kolejka do biletów na kwadrans. Kolejka z biletami do wejścia na dwa następne. No nie chce wam się. Rozglądacie się za kiblem, bo to jakby chwilowo bardziej istotne jest. Dokładnie za wami, po drugiej stronie ulicy stoi budynek, który tobie podoba się architektonicznie, bo jest nowoczeną konstrukcją ze szkła, betonu i drewna. Przyglądasz się i ze zdziwieniem stwierdzasz, że to budynek szkockiego parlamentu, i że można go sobie wejść pozwiedzać, posiedzieć na galerii dla widzów, a ciebie takie atrakcje jarają na całego. Dodatkowo Asiulka, która ma większą wadę wzroku niż ty i musi zakłądać soczewki codziennie, w efekcie czego widzi lepiej niż ty, bo tobie ciągle się jeszcze wydaje, ze widzisz dobrze i dasz rade bez szkieł, no więc Asiulka wypatruje, że w budynku parlamentu aktalnie jest wystawa World Press Photo.
„Pieprzyć meble królowej” – stwierdzacie i idziecie na wystawę i zwiedanie parlamentu.
Po południu wsiadacie w auto i udajecie się w kierunku Loch Ness, które jest waszym punktem numer dwa na trasie.
O siódmej, kiedy już macie dość jazdy, znajdujecie pierwszy lepszy kemping w Inverness, gdzie oczywiście nie ma już miejsc, jak na poprzednim zresztą, ale jak się dobrze uśmiechniecie do chopaka z obsługi, to gdzieś was wciśnie na jedną noc na jakiś trawnik obok pryszniców. Rozkładając namiot zauważacie, że za płotem z dużego budynku wystają kolorowe rury, takie jak zjeżdżalnie… W parku wodnym! Ze spa! Wieczór spędzacie grzejąc tyłki w saunie i mocząc je w jacuzzi.

5. Rano zbieracie się i jedziecie nad Loch Ness do Drumnadrochit. Kupujecie bilet na rejs po jeziorze na małym, kamaralnym stateczku na kilkanaście osób. Słuchacie opowieści o jeziorze, jego głębokości, kubaturze, badaniach prowadzonych, żeby je zbadać, o ruinach zameczku, który mijacie, o potworze, który jest oczywiście mistyfikacją, ale niegroźną, więc skoro nabija kasę, to niech sobie żyje swoim zyciem. Widoki w porządku, wszystko fajnie, ale jakoś macie wrażenie, że znowu szału nie ma, że przereklamowane to jak Stonehenge conajmniej. „Zaliczyło się raz i wystarczy” – stwierdzacie i wsiadacie w samochód, żeby udać się w kierunku wyspy Skye.

6. Droga na Skye wiedzie przez doliny Great Glen i Glen Shiel.
Jest to najpiękniejsze miejsce na ziemii jakie dotąd widzałyśmy. Amen.
Nie mamy stamtąd zdjęć. Nie było sensu robić. Nie da się. Nie da się oddać nawet pięciu procent tego co ma się w głowie i w sercu jak się tam jest.

7. Wjeżdżacie na Skye mostem, który jest prosty i piękny i znajdujecie pierwszy lepszy kemping, czyli akurat Sligachan. Widoki są zachwycające, co już was w ogóle nie dziwi.

8. W nocy jest burza. Szkocka burza. Doświadczenie, które potwierdza, że nie trzeba było wydawać majątku na porządny namiot, bo twój z Lidla za 24,99 poszedł w srzępy tylko pół godziny wcześniej niż pozostałe na polu namiotowym.
Przy odrobinie sprytu i nie mając chwilowo innego wyjścia, dochodzisz do wniosku, że osobowy samochód jest bardzo wygodnym kamperem dla dwóch osób.
Zainteresowanych zapraszam na autorskie szkolenie z zakresu: Jak w Peugeocie 307 rozłożyć na płasko dwie pełnowymiarowe samopompujące karimaty.

9. Rano suszycie się i zwiedzacie wyspę. Skye to takie miejsce na ziemii, gdzie ludzie wiedzą, że jest XXI wiek, internet, gps, i inne takie, i mają to głęboko w dupie. Żyje sie tam nieśpiesznie i spokojnie. Wsie składają się z kilku domów oddalonych o kilkaset metrów. Młoda kobieta obsługująca cię na kempingu poza sezonem pracuje w szkole. Uczy pierwszą, druga i trzecią klasę. Razem siedmioro dzieci. Jej koleżanka z pracy uczy ósemkę dzieci, czyli klasę czwartą, piątą i szóstą. I to by było na tyle. Cała szkoła. Masz wrażenie, że znalazłaś się w rzeczywistości „Dzieci z Bullerbyn”. Zajebiście.
Zaliczyłyśmy po kolei:
– The Storr, czyli skały sterczące z trawy, jak każda inna skała na wyspie, ale te się zwiedza szczególnie, to zwiedziłyśmy,
– Lealt Falls, czyli wodospad, taki jak dziesiatki innych co kikaset metrów, ale te są jakieś widać insze, znaczy, ze parkimg do zwiedzania mają,
– Kilt Rock, pukt widokowy, jakich tam wiele, oczywiście widoki piękne,
– Slipway Beach w Staffin Bay, czyli zatoczka której nie ma w przedodnikach, ale tam się nam podobało, to wpadłyśmy,
– ruiny zamku Duntulum, których nie ma, bo ich nie znalazłyśmy, pewnie się całkiem rozpadły, ale 0rpzewodniki jeszcze o tym nie wiedzą,
– skansen jakiś przy drodze przypadkowo spotkany, ale nieczynny,
– Uig, brzydka portowa wieś.
Nocleg na przypadkowm jak zwykle kempingu. Kinloch Campsite w Dunvegan.

10. Kolejny dzień:
– Zamek w Dunvegan, do którego nie weszłyśmy, bo nie. Nie spodobało sie nam, że trzeba kupić bilet w bramie która szczelnie zasłania widok i nie widać co się będzie zwiedzało. Miałyśmy też chyba dość zamków po prostu,
– Droga z Dunvegan do Coral Beach – cudna, jak z bajki,
– Coral Beach, czyli plaża, która wygląda jak piaszczysta, ale to jest drobno zmielony przez naturę koralowiec,
– Olałyśmy latarnię i kolejny punkt widokowy, bo deszcz już padał i ogólnie miałyśmy dość chyba.
Zjechałyśmy z wyspy tym samym mostem, którym wjechalyśmy i przez Glen Shiel, tym razem w deszczu, udałyśmy się do Fort William i znalazłyśmy kemping. Tym razem Lochy Holiday Park.

11. W Fort William spędziłyśmy dwa dni. Pierwszego udałyśmy się pod Ben Nevis, gdzie zaczyna się szlak na najwyższy szczyt Szkocji i całej Wielkiej Brytanii i dolina u jego podnża, Glen Nevis. Szczytu nie miałyśmy zamiaru zdobywać, bo ani butów, ani kondycji jakoś ze zobą nie zabrałyśmy, a z doliny wygoniła nas kolejna potworna ulewa.
Udałyśmy się więc na dworzec kolejowy i zakupiłysmy bilet do Malaig, ta i z powrotem, żeby rpzejechać się po wiadukcie w Glenfiniann. Przejechałyśmy się, wróciłysmy i pojechałysmy spać.

12. Na kempingu poznałysmy urocza starszą panią, która podróżowała sama z psem. Wcześniej rpzez ponad czterdzieści lat podróżowała z mężem i sżóstką dzieci. Teraz ma wnuki i prawnuki, mąż opiekuje się nią z góry, a ona podróżuje dalej. Była spokojną, dostojną, przyjazną skarbnicą wiedzy, która wdziała w nas siebie sprzed czterdziestu lat. Wypytywałyśmy ją, gdzie jechać z dziećmi, gdzie bez dzieci, gdzie jaka pogoda, jaki stopień trudności na szlakach. Było w tym wieczorze coś magicznego.

13. Następny poranek w Fort William spędziłysmy na sformułowaniu i udowodnieniu tezy, że liczba okrążeń ronda samochodem przez kierowcę jest wprost proporcjonalna do liczby urządzeń nawigacyjnych, którymi dysponuje pilot, oraz odwrotnie proporcjonalna do średnicy ronda.

14. Kiedy już zrealizowałyśmy się naukowo, udałyśmy się do Glenfiniann, żeby wiadukt, po którym wczoraj jechałyśmy, zobaczyć z dołu. Nie było miejsc na parkingu, więc zaparkowałyśmy dalej, pod małym kościółkiem.
Kiedy wróciłyśmy z oglądania wiaduktu, za wycieraczką zanalazłyśmy świstek papieru. Myśląc, że to mandat, rzuciłyśmy sie na niego, ale okazało się, że ulotka informacyjna kościółka, który po zwiedzaniu wiaduktu zaprasza wszystkich do chwili refleksji w swych murach.
Poszłyśmy. Nic tam szczególnego nie było do zwiedzenia. Wszsytko takie zwykłe. A w dodatku ja z tych trzymających się od kosciołów z daleka i nie modlących się, ale coś nas tam trzymało, i tak sobie siedziałysmy tam z niewytłumaczalnej przyczyny około kwadrans.
– Jest równo pierwsza. Zrobiłyśmy plan na dziś, kierujemy się na południe w stronę domu i jedziemy ile ujedziemy a potem szukamy noclegu, ok? – zapytała, a raczej oświadczyła Asiulka, kiedy wróciłyśmy do samochodu.
Przytaknęłąm i ruszyłyśmy.
Dwieście metrów dalej stanęłyśmy w korku. Nie przesuwał się. Stał. Chwilę później nadjechała grupa harleyowców i informowała wszystkich, że droga jest zamknięta na kilka godzin. Zawróciłyśmy, objechałyśmy jezioro, przedostałyśmy się do Fort William promem i pognałyśmy na południe.
Tego dnia późnym wieczorem sprawdziłyśmy w necie, że w Glenfinian koło wiaduktu miał miejsce wypadek z udziałem pięciu samochdów, w tym jeden kamper. Pięć osób rannych, jedna ofiara śmiertelna. Trzy samochody straży pożarnej, kilka karetek, dwa helikoptery. Wypadek wydarzył sie o 12.45.

15. Dolina Glencoe po drodze. Trzy Siostry. Piękne, niesamowite. Ale pierwszego wrażenia po Great Glen i Glen Shiel nie zmazały.
Potem jeszcze punkt widokowy Rannoch Moor.

16. Prując na południe Asiulka oświadczyła, że wszystko na tych wakacjach było npawde super i jedyne czego jej brakuje, to że z lokalnych potraw nie spróbowała zupy rybnej, bo wszystkiego innego owszem tak, oraz że nie miałyśmy okazji posiedzieć i poimprezować do nocy w jakimś szkockim pubie tradycyjnym, bo zawse musialysmy jechać gdzieś na jakiś kemping żeby zanocować.
Godzinę później, przy tasie, zatrzymałysmy się przypadkowo zupełnie, przy fajnym, bo starym kamiennym budynaku. Miał trzysta lat, był drugim najstarszym pubem w kraju, serwował lokalne dania, folkową muzyką na żywo i miał wolny jeden ostatni pokój na piętrze.
Lepszego zakończenia tej podróży nie mogłyśmy sobie wymarzyć.

Uwagi końcowe, przypisy i takie tam:
– Nazwy kempingów zapisuję wyłącznie, żeby pamiętać, gdzie spałam i gdzie MI się podobało a gdzie mniej. Niczego nie polecam, niczego nie odradzam. Kwestia wymagań co do komfortu noclegów w podróży jest indywidualna dla każdego.
– Pozostałe wymienione miejsca, nazwy geograficzne i obiekty, które zwiedzałyśmy mają swoją historię, którą trochę poznałyśmy od przewodników albo z netu, ale nie przytaczam jej celowo, żeby nie przynudzać. Jak kogoś interesuje, ma google.

Wsiąść do pociągu byle jakiego

Jak człowiek był piękny i młody, czyli tak w  wieku okołomaturalnym, a życie było proste, proste były też wakacje. Pakowało się plecak, skrzykiwało w kilka osób i wsiadało do pociągu byle jakiego. Zawsze, co roku pierwszym i stałym punktem programu było udanie się na Mazury, wynajęcie jakiejś starej krypy i pływanie tydzień czy dwa, a potem już w podgruapach, to znaczy w parach, świat należał do nas. Pociągiem, stopem, z namiotem rozbijanym gdzie bądź.
W Malborku nie mieliśmy na nocleg i pan, który pobierał opłaty w toalecie na dworcu poradził nam, żebyśmy wsiedli w pociąg i wysiedli na pierwszej czy drugiej stacji. Tam jest jeziorko i polanka i nie ma żywej duszy. A do Malborka parę(naście) kilometrów. Po zwiedzaniu zamku uciekł nam ostatni pociąg i szliśmy tymi torami nocą do namiotu w absolutnej ciemności. Do dziś pamiętam.
Ha Hel jechałam pociągiem, który z powodu upałów wypadł z torów i zatrzymał się, bez przewrotki na szczęście, stojąc obok torów, przed samym wiaduktem nad dwupasmówką. Nikomu nic sie nie stało, a piędziesiąt metrów dalej cały pociąg by spadł.
Albo gdzieś na Mazurach na wypadzie rowerowym z namiotami, pochodząca z gór i zafascynowana faktem, że po Mazurach się jedzie i jedzie, i cały dzień jest płasko, nigdy pod górę, pierwszy raz w żcyiu zrobiłam ponad sto kilometrów jednego dnia.
Albo jak kilkuosobową grupą wynajęliśmy jacht we Włoszech, popłynęliśmy na Elbę, zwiedziliśmy, wróciliśmy, oddaliśmy jacht i został nam tydzień czasu do autokaru powrotnego, a byliśmy bez pieniędzy na hotel. Ale człowiek był kreatywny wtedy. Ostatecznie spaliśmy tydzień na podłodze w jakimś klasztorze na obrzeżach Rzymu i zwiedziliśmy w tydzięń wszystko co było do zwiedzenia od Watykanu i Koloseum po ogrody Tivoli i zakamarki ulic.
Albo jak dzień przed finałem Pucharu Świata w skokach narciarskich w Planicy zachciało nam się na ten finał pojechać. W jedną dobę ogarnęliśmy bilety, teoretycznie niemożliwe do zdobycia i transport. Noclegu szukaliśmy na miejscu. Dało się.
Oj było tego, było. Zmieniał się skład grupy, w parach tez przetasowania były, ale człowiek zawsze był wolny.
A potem pokończyło się studia, przyszedł czas korporacji, karier, wesel, kredytów, remontów, dzieci, przedszkoli, zaklepywania urlopów z rocznym wyprzedzeniem, pieczołowitego planowania każdej godziny wakacji pod pieluchy, butelki, drzemki, alergie, pakowania zestawu leków dla niemowlat na wszelki wypadek na wszystko, rezygnowania z połowy wyjazdowych atrakcji, bo z dziećmi nie da się rady, i człowiek Bogu dziękuje, że ma te wspomnienia z czasów „wolności”, sam w nie nie dowierzając.
Aż tu nagle…
Moje dzieci wyjechały dziś na dwa tygodnie ze swoim tatą do Turcji. Dzieci mojej przyjaciółki ze swoim tatą do Tunezji. A my dwie wrzucamy do bagażnika namiot i dwa śpiwory, i jedziemy do Szkocji.
Bez planu.
Aż nie mogę w to uwierzyć.