30.01.2012

Życie Matki Polki na brytyjskiej emigracji podszyte bywa rozdarciem w kwestiach wychowania potomstwa.
Z jednej strony, pochodzenie moje matkopolskie i kontrolne telefony z ojczyzny karzą mi sadzać dziecko na nocniku zanim jeszcze siedzieć dobrze potrafi, wpajac mu alfabet przed drugim rokiem życia, myć rączki co chwila i zaplatać ciasne warkoczyki, z drugiej zaś, anglosaskie wyluzowanie nakazuje założyć dziecku pampersa, puścić do ogródka, niech je jeżyny prosto z krzaka, niech jest upaprane i ma zdarte kolana, a czytać nauczy się w szkole.
Jako, że podejście angielskie „makes my life much easier”, oczywiście takie właśnie stosuję.
Aby więc uspokoić sumienie moje matkopolskie, wygooglowałam sobie wszelkie dostępne w dziedzinie nocnikowania najnowsze teorie naukowe.
Okazuje się otóż, że:
– Dziecko powinno nauczyć się załatwiać na nocnik po pierwsze chętnie, po drugie – w tydzień. Jeśli zajmuje mu to więcej czasu, lub jest związane ze stresem i płaczem, znaczy to, że nie jest jeszcze gotowe. Gotowość taka nie następuje zazwyczaj przed ukończeniem drugiego roku życia.
– Odpieluchowanie należy przeprowadzić sprawnie i konsekwentnie. Należy na spacer nie zakładać pieluchy, ale zabierać ze sobą nocniczek i jeśli dziecko zasygnalizuje podczas zabawy w parku chęć sikania, należy na ten nocniczek wysadzić. Trzeba mieć ze sobą również ubranie do przebrania, w razie drobnego wypadku, który zawsze może się zdarzyć. Toteż nie trudno wydedukować, że zima nie jest do tego najszczęśliwszą porą roku. Najlepsze byłoby lato, podczas wakacji, na plaży.
– Dziecię ledwie nauczone używania nocniczka, które los nagle obdarzy młodszym rodzeństwem, zaczyna od nowa robić w gacie z zazdrości, bo chce, aby je też pielęgnować i poświęcać mu czas. Na wszelki wypadek nie ma wiec co uczyć dziecka, jak drugie jest w drodze.
– Trzydzieści lat temu, w dobie pieluch tetrowych może łatwiej było gonić z nocnikiem po domu za roczniakiem i wysadzać go w kółko, licząc na to, że za którymś razem się uda, ale nie było to ze strony dziecka świadome, a dla opiekuna męczące, więc dziś, w dobie wygodnych pampersów, nie ma zupełnie sensu dręczyć dziecka.
W takie oto argumenty uzbrojona, wewnętrznie uspokojona, z czystym sumieniem odroczyłam nocnikowanie Aneczki do osiągnięcia przez nią wieku 2,5 lat i planując proces ten na lato 2012, poczęłam cieszyć się w tej kwestii świętym spokojem.
Życie zweryfikowało jednakże me plany w sposób niezwykle okrutny.
Otóż w dniu dzisiejszym rano, w samym środku zimy, na tydzień przed porodem drugiej sztuki potomstwa, kiedy ja ledwie zipię, dziecię moje pierworodne (miesięcy dwadzieścia jeden i pół) obudziło mnie o godzinie siódmej pięć przybiegając do mojej sypialni.
– Mama, siku! – zawołało i wybiegło z pokoju.
Tknęło mnie przeczucie, więc zamiast obrócić się na drugi bok, zwlekłam się z łóżka i poszłam za nią. Dziecię udało się do łazienki, stanęło nad swoim nie używanym nigdy (znaczy nie używanym zgodnie z przeznaczeniem, bo jako nakrycie głowy lub staw z wodą do topienia gumowych kaczek używanym często) nocniczkiem, i poczęło zdejmować z siebie piżamkę, powtarzając: „Siku, siku.”
Ja się więc grzecznie zapytuję, KTO JEJ TO DO CHOLERY POKAZAŁ?!