25.02.2014

Julia, dwa lata i jedenaście dni.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni nauczya się sama załatwiać na nocniku (o co nikt jej wcale nie prosił), spać bez smoczka (o co prosiła się sama, bo wszystkie zgubiła), jeździć na hulajnodze, zakładać spodnie lub spódnicę (lub jedno i drugie naraz), zdejmować kurtkę, smarkać nos. Posiłki je sama widelcem (znaczy do zupy daję jej łyżkę, żeby nie było) już od dawna. Dziś pierwszy raz poszła odprowadzić siostrę do przedszkola bez wózka i całą drogę w obie strony szła bez marudzenia.
Przed chwilą wygrzebała kozę z nosa, przyniosła mi ją, powiedziała: „Mamo, kozia” i poszła na sofę, gdzie usiadłszy włączyła przygotowany wcześniej (trzy dni temu to wciąż „przygotowany wcześniej”, a nie „nie schowany po poprzednim użyciu”, tak?) inhalator i przyłożyła sobie sama maskę do nosa. Inhalowała się chwilę po czym zawołała siostrę: „Ania, jo tejn.”
To co, na jutro jej kupię gazetę do poczytania, nie?