24.10.2011

Komunikacja w domu naszym odbywa się wyłącznie po polsku. Pociecha, pomimo, że czuje, iż poza domem rozmawia się jakoś inaczej, nie rozumie jeszcze o co chodzi.
Toteż w stosunku do niej, poza domem używam swojej mowy ojczystej. Są jednak sytuacje, kiedy nie tylko przy dziecku, ale i do dziecka swojego po angielsku zwrócić się muszę.
Tak też było dziś właśnie, kiedy wybrałyśmy się do pobliskiego przedszkola na zajęcia Play Group, gdzie dzieci mogą się pobawić i socjalizować z innymi maluchami.
Moje akurat dziecię socjalizuje się bardzo łatwo, preferując przy tym chłopców, rowerki i hulajnogi. Dziś jednak dla odmiany udało się do zabawkowej kuchni, gdzie postanowiło potłuc się garami, a konkretnie zabawkowym rondelkiem w zabawkowy zlew, czym robiło tyle hałasu, że siedzący obok na podłodze sześciomiesięczny bobas spokojnie dotąd ciumkający plastikowego banana, rozpłakał się ze strachu.
Z powodu braku mamusi bobasa w zasięgu wzroku, uspokoiłam go wymieniając mu plastikowego banana na plastikowe winogrona. Następnie zaczęłam tłumaczyć ucieszonej, że w ogóle ma jakąś publiczność córce, że nie wolno tak stukać.
Ponieważ dziecię moje nie rozumie żadnego zdania zaczynającego się od: „Nie wolno” a bobas był dalej na granicy płaczu, zaopatrzyłam się w truskawkę, arbuza i pomidora, i przystąpiłam do tresowania dziecka mego metodą krótkich komunikatów.
Ja powtarzałam stanowcze: „NIE”, młoda stała bez ruchu przez chwilę i nagle z błyskiem w oku waliła garem po blacie raz a dobrze, natychmiast odwracając się do mnie z miną pod tytułem: „I co mi zrobisz?”. Ja powtarzałam kolejny raz: „NIE” i groziłam palcem, a młoda swoje. Bobas z kolei piał z radości na to przedstawienie zapominając o oślinionych winogronach, czym mi wcale nie pomagał.
Po trzech rundach w pobliżu pojawiła się pani przedszkolanka, i bez słowa, z angielską uprzejmością dała znać obecnością swoją, ze obawia się o stan przedszkolnego wyposażenia. Była to właśnie jedna z sytuacji, kiedy do dziecięcia mego muszę odezwać się po angielsku, aby dać do zrozumienia pani owej, ze nie zachęcam córki do walenia garem w stół, wręcz odwrotnie.
– No! – powiedziałam do córki stanowczo i podniosłam palec wskazujący w geście: „Nie wolno.”
Dziecię moje natychmiast odłożyło garnek, nalało mi niewidzialnej herbatki z plastikowego czajniczka do plastikowej filiżanki i podało z uśmiechem na ustach.
– Oh, its tea time now. Thank you very much, sweetie. It’s delicious – powiedziałam do córki pijąc niewidzialną herbatkę z mikroskopijnej zielonej filiżanki, na co uspokojona pani przedszkolanka oddaliła się po angielsku.
Chwilę później przeniosłyśmy się do przedszkolnej stołówki, gdzie serwuje się dzieciom owoce jako przekąski. Młoda rzuciła się na winogrona, których w domu mamy dużo akurat, toteż próbowałam jej dyskretnie podtykać kiwi i melona dla odmiany. Dziecię jednak odkładało je stanowczym gestem na bok i sięgało po kolejne winogrono.
Po trzeciej lub czwartej mojej próbie wetknięcia jej do buzi kawałka kiwi w końcu się zirytowała.
– Nie, nie, nie – powiedziała z rozmachem kiwając głową na boki. – NOŁ! – dodała w nagłym olśnieniu, groźnie patrząc mi w oczy i podnosząc do góry paluszek.