24.06.2014

Dziewiąta rano. Drepczemy do przedszkola. Nagle zauważamy, że po prawej, na samym środku jezdni leży matrwa mewa.
– Mamo, – pyta czteroletnia Ania – co stało ptaszku?
Cholera. Milion razy myślałam co powiem dziecku o śmierci i nigdy nie wymyśliłam. A tu masz.
– Kochanie, ptaszek upadł i nie żyje – zaczynam. – Wiesz co to znaczy nie żyje? – gram na zwłokę.
– Nie. Co znaczy?
– To znaczy, że zasnął bardzo mocno i już się nie zbudzi.
– Nigdy?
– Nigdy.
– I co z nim teraz stanie?
– Przyjdzie ktoś, kto opiekuje się ptaszkami, ułoży go w pudełku, żeby było mu wygodnie i zakopie go na łące pod drzewem. Tak się robi jak ktoś umrze, wiesz? – opowiadam z gulem w gardle, bo w głowie przewijają mi się wszystkie sceny z filmów, w kórych dziecko traciło kogoś bliskiego, a na prowadzenie wysuwała się oczywiście wyimaginowana scena, w której moje dzieci tracą mamę lub tatę i trzeba im to wytłumaczyć.
– I ptaszka nie boli? – pyta dalej.
– Nie, już go nic nie boli – wpadam w patetyczny ton i zdziwiona swoją własną reakcją nie mogę powstrzymać łez.
– Mamo, nie martw się. Jest dużo innych ptaszków jeszcze – pociesza mnie moja czterolatka.
Może i ona jest beksa. Ale z niej silna i mądra babka wyrośnie. Ja to wiem.