23 listopada

Podobno dzieciom do drugiego roku życia nie daje się do jedzenia orzechów, bo podobno uczulają. Cóż, po drugim roku życia też się zdarza, o czym przekonała się kilka lat temu moja pierworodna, kiedy po pierwszej w życiu przygodzie z orzechem włoskim spuchła, łzy leciały jej z oczu a czerwona chodziła cały następny dzień. Nie było problemów z oddychaniem, więc bez paniki zgłosiłam to przy najbliższej okazji do naszej pani doktor rodzinnej. Ta zaś usiadła do komputera i zreferowała naszą sprawę do szpitala. Po kilku tygodniach dostałyśmy zaproszenie do szpitala na testy alergiczne. Poszłyśmy. Testy wykazały uczulenie na dwa z około ośmiu badanych rodzajów orzechów. Dostałam ulotki informacyjne na temat diety dziecka i postępowania w nagłych przypadkach, oraz informację, że za cztery lata testy zostaną powtórzone, bo dzieci często z uczuleń wyrastają.
Dla ułatwienia sobie sprawy całej rodzinie nie podawałam orzechów ani produktów je zawierających. W każdej placówce, do której dziecko uczęszczało zgłaszałam alergię na orzechy, każdemu opiekunowi, koleżance, sąsiadce, komukolwiek, komu zostawiałam dziecko pod opieką choćby na godzinę, zawsze zaznaczałam, żeby nie podawać jej nic, co zawiera orzechy. Na każde urodziny na jakie była zapraszana, odstawiałam zaznaczając, że jeśli tort zawiera orzechy, to mojej pierworodnej nie wolno go podawać. Trudno, zniesie to, przyzwyczajona jest, nie robi histerii, takie życie i już.
Minęły lata, mniej więcej cztery, i ze szpitala przyszło zaproszenie na powtórzenie testów. Poszłysmy. Testy skórne wszystkie wyszły negatywne. Skierowano nas na test z krwi. Te również dały wyniki negatywne. W tej sytuacji przysłano nam kolejne zaproszenie do szpitala, tym razem na „food challenge”. Pojechałyśmy wczoraj.
Sala z jednej strony wyposażona w trzy szpitalne łóżka, z drugiej spory kącik zabaw dla dzieci. Dwie przemiłe panie doktor i kilka pielegniarek w kolorowych kitlach. Córka została poddana testom skórnym poraz kolejny. Wyszły negatywne. Podano jej więc małą dawkę pierwszego orzecha. Nie było reakcji alergicznej, więc w odstępach czasu podano jeszcze dwie zwiększone dawki. Nie zareagowała. Poza tym, że jej nie smakowało i robiło się jej niedobrze jak jadła, więc poprosiła, żeby jej to wymieszać z jogurtem. Następnie powtórzono próbę z drugim orzechem. Również zero reakcji. Wszystko trwało kilka godzin.
Doceniłyśmy poraz kolejny, że los traktuje nas bardzo ulgowo. Oprócz nas bowiem było tego dnia jeszcze dwoje pacjentów. Ośmioletni chłopczyk, którym po dwóch kęsach pizzy z serem targały okrutne wymioty, i niespełna roczny maluch, który po testach skórnych, nie wiem na co, spuchł prawie cały i ciężko oddychał. A my nic. Spokojnie oglądałyśmy teleziwję i się nudziłyśmy, bo zapomniayśmy książek do czytania.
Wczesnym popołudniem wypuszczono nas do domu z ulotkami na temat dalszego postępowania. Przez pierwsze czterdzieści osiem godzin nie wolno jeszcze podawać orzechów, żeby sprawdzić czy nie wystąpi reakcja opóźniona. Potem należy rozszerzać dietę o orzechy zgodnie z wytycznymi w ulotkach.
Wyszłyśmy ze szpitala w ciszy. Trzymając pierworodną za rekę udałam się na parking, a moje myśli biegały wokół zakupów spożywczych, które mogę nareszcie, po latach zapomnienia, zrobić. Moje dzieci nigdy nie jadły naleśnika z nutellą. Tosta z masłem orzechowym. Makaronu z pesto. Tortu orzechowego. Rany! Plany kulinarne same uładały mi się  w głowie na najbliższe miesiące.
– Mamo, czterdzieści osiem godzin, to są dwa dni. Dziś jest środa, więc to będzie w piątek, tak? – pierworodna wyrwała mnie z głębokiego rozmarzenia.
– Tak kochanie – odpowiedziałam.
– To w piątek możemy iść do sklepu i kupć Snickersa! Mamo, całe życie na to czekałam! – podskoczyła z podekscytowania i obie miałyśmy łzy w oczach.
Ogłaszamy 23 listopada Dniem Snickersa.