22.06.2012

Jestem wózkomaniczką. Gen tej niewątpliwie przyjemnej dolegliwości odkryłam w sobie już w kilka dni po pojawieniu się mojej pierworodnej w postaci czerwonej kreski na teście ciążowym.
Potrafię długie godziny spędzać na wertowaniu stron sklepów, forów branżowych, filmów instruktażowych i wszystkiego, co związane jest z wózkami dziecięcymi i akcesoriami do nich. Na ulicy bezbłędnie rozpoznaję 98% modeli co do marki i roku produkcji. Po pierwszym rzucie oka na dowolny wózek jestem w stanie wymienić większość jego zalet i wad. Nie przepuszczę żadnemu stacjonarnemu sklepowi z wózkami, a już w sklepach w moim mieście, znają mnie bardzo dobrze. W jednym z nich patrzą nawet na mnie ze strachem, bo zawsze pytam o jakieś nowości, które ja już wygooglowałam, a oni jeszcze nawet katalogu ze wzmianką o tym produkcie nie mają.
Wszystkie moje wózki, czyli pierwszy dla pierwszej córki, i drugi, podwójny dla dwójki dzieci, oraz jeden samolotowo-podróżny, kupiłam po długich roboczogodzinach spędzonych na wgryzaniu się w temat, absolutnie naj the best wymarzone.
Jednak rasowa wózkomaniczka przynajmniej raz w miesiącu jakiś wózek kupuje, jakiś sprzedaje, mając wypróbowane i wyjeżdżone dziesiątki modeli, a na stałe w domu posiada średnio cztery sztuki w przeliczeniu na każdą sztukę potomstwa. I do tego stanu było mi zawsze daleko, toteż dotychczas uważałam się za wózkomaniaczkę jedynie w połowie spełnioną.
Pocieszałam się faktem, że nie było dnia, nie było spaceru, na którym nie zaczepiłby mnie ktoś i nie zachwycił się moim wózkiem. I nie mówię tu o angielskiej grzeczności, nakazującej na placu zabaw zamienić kilka zdań. Mówię o zaczepianiu mnie przez młodą mamę pchającą wózek z jedną pociechą i będącą blisko rozwiązania z drugim dzieciątkiem, która zapisuje sobie nazwę wózka i robi zdjęcie, bo koniecznie właśnie taki musi kupić. Mówię o młodych ludziach otwierających szybę samochodu na światłach i krzyczących przez pół skrzyżowania, żebym się zatrzymała, i powiedziała, co to za wózek, bo oni maja bliźniaki w drodze. Mówię o pani opiekunce z creche przy basenie, która mówi mi, że tydzień temu z córką jadąc samochodem mnie widziała na Cowick Street, i zapamiętały obie ten mój niesamowity wózek. Mówię wreszcie o trzynastoletnich mniej więcej dziewczynkach z mojej ulicy, które pytają czy mogą na chwilę ten wózek poprowadzić, bo taki jest fajny.
Wszystko to było zazwyczaj pocieszajce, ale do pełni szczęścia zawsze jednak czegoś mi brakowało.
I oto dziś w samo południe spłynęła na mnie gloria spełnienia.
Otóż wracając z miasta, mijałam się na moście z grupą studentów. Na to, że byli to studenci wskazywał ich wiek, strój, to, że pochłaniali chipsy i kanapki jakby nie jedli od wczoraj, i pond połowę z nich stanowili Chińczycy, a nie jest tajemnicą, że miejscowy uniwerek jest przez chińską młodzież opanowany.
Most szeroki, ale chodnik wąski, więc obwiałam się, że mnie z wozem moim staranują, toteż przykleiłam się do barierki metalowej i znacznie zwolniłam, dając im możliwość głdkiego ominięcia mnie i nie skopania mi woza ze śpiącymi dziećmi w środku.
I wtedy stało się coś, czego nie spodziewałabym się nawet w snach moich najśmielszych.
Oto przypadkowy dwudziestolatek, z torbą z laptopem, z kolorową fryzurą, w modnych ciasnych spodnich i kolorowych trampkach, u kangurku w kratkę, zajęty żywiołową dyskusją z idącym obok kolegą popijającym napój energetyczny, chłopak, który wedle wszelkich praw natury, nie powinien był w ogóle zarejestrować, ze mijał matkę z dzieckiem na ulicy, stanął przede mną jak wryty, czym wymusił na reszcie grupy zatrzymane się, trącił kolegę w łokieć i na cały głos stwierdził:
– What a cool buggy!

2 thoughts on “22.06.2012

Comments are closed.