22.05.2014

Nie wiem, jak sobie państwo wyobrażają w swoim życiu armagedon, dla jednych to byłby remont, dla innych przeprowadzka, a jeszcze innym wystarczyłoby dać na wychowanie dwoje małych dzieci. Cóż, ja byłam chyba bardzo niegrzeczna, bo mam wszystko to naraz.
I tak stoję sobie w zawalonej pudłami kuchni, w moim nowym, świetnie zlokalizowanym i z bardzo dobrym rozkładem pomieszczeń, ale za to wymagającym generalnego remontu domu i piję poranną kawę. Na górze, gdzie koczujemy w jednym pokoju wszytkie trzy, bo reszta domu jest w remoncie, zbudziły się już córki (lat dwa i cztery) i po zdzieleniu się nawzajem przez łeb o to, która pierwsza zrobi siku do toalety, po wywaleniu na podłogę zawartości szuflady w poszukiwaniu odpowiednich na dziś majtek, po zrzuceniu (to akurat niechcący, mogę wybaczyć) mojego laptopa z szafki na gołą posadzkę, bo nie ma jeszcze podłogi, i po wypalcowaniu świeżo pomalowanej ściany wokół włącznika światła w celu włączenia i wyłączenia milion razy nowej lampy z kloszem Peppa Pig, stoją obecnie u szczytu schodów, wiszą na zamknietej bramce i drą się, że są głodne i chcą kakao, którego tym właśnie wrzaskiem nie pozwalają mi zrobić, bo mnie szlag trafia i mają szczęście, że mi się po schodach nie chce iść ich udusić.
Przekręca się kluczyk w drzwiach wejściowych do domu i wchodzi Michał, nasz malarz.
– Cześć dziewczyny – mówi. – O, widzę że Julka nie w sosie dzisiaj – dodaje, po czym natychmniast wsadza głowę do kuchni i z nadzieją w głosie pyta:
– Ale idą do przedszkola dzisiaj, tak?
O co mu chodzi kurde? Przecież ma luz. Przychodzi, pogipsuje, pomaluje i wychodzi. Jakbyśmy się mieli zamienić, jakbym ja malowała, a on by się zajmował moimi dziećmi, to by się dopiero przekonał. Ale musiałabym mu dużo więcej płacić.