21.09.2011

Goszcząc niedawno z kilkudniową wizytą u Wodzostwa, którzy osiedlili się właśnie w prześlicznej dzielnicy całkiem ładnego miasta, położonego o rzut beretem od Londynu, przechadzałam się z Żoną Wodza po centrum miasta rzeczonego.
Przemieszczając się deptakiem, wiedziona instynktem niezawodnym, weszłam do charity shop, gdzie z miejsca zainwestowałam £7,99 w prześlicznej urody zestaw instrumentów muzycznych przeznaczonych dla dzieci, składający się z cymbałków o czterech dzwiękach, z czego aż dwa, czerwony i żółty, całkiem czyste, tamburyna i dwóch grzechotek. Zestaw upiększony kwiatkami i motylkami w cudnych kolorach wołał mnie z półki, przywodząc mi na myśl wspomnienia dzieciństwa, kiedy to jako niezwykle muzykalna osóbka zadręczałam rodzinę melodyjkami wygrywanymi na cymbałkach właśnie, tudzież w wieku dojrzewania na gitarze, opanowawszy cztery akordy pozwalające zagrać większość popularnych piosenek.
Żona Wodza spojrzała na zakup pobłażliwie i potakując głową na me pełne pasji zapewnienie, iż dziecię moje lada dzień bez wątpienia zaskoczy nas wybitnym talentem muzycznym odziedziczonym po swej prababci Helenie, słynnej pianistce przedwojennego Lwowa, przeczekała mój wywód i zaproponowała wizytę w parku.
Rozsiadłszy się wygodnie na trawie, niezwłocznie przystąpiłam do wpajania dziecięciu muzycznych tradycji rodzinnych. Jednakże pierworodna moja nie współpracowała. Z całego zestawu muzycznego zainteresowanie jej wzbudzała jedynie szeleszcząca folia opakowania. Po minucie pierworodna poderwała się i popędziła co tchu na sam szczyt pobliskiej górki, z której nie potrafiła samodzielnie zejść, wobec czego zmuszona byłam biec za nią. Sprowadzając za rączkę zachęcałam do siedzenia spokojnie na kocyku i bawienia się instrumentami, lub choćby folią. Dziecię wytrzymywało minutę, po czym podrywało się i biegło na górkę.
Po około siedemnastu rundach Żona Wodza zaproponowała nieśmiało, abym przełożyła odkrywanie drzemiącego talentu muzycznego dziecięcia na później, i udałyśmy się na dalsze zwiedzanie.
Kilka dni później, przybywszy do domu, rozpakowałam walizkę, i pozostawiwszy pociechę w salonie z tatusiem oraz nowo nabytą zabawką, nie chcąc słuchać tradycyjnej wiązanki na temat wydawania przeze mnie pieniędzy, udałam się do kuchni pod pretekstem odgruzowania pomieszczenia tegoż, pozostającego przez kilka dni pod panowaniem mężusia.
Po pół godzinie, kiedy kuchnia zaczynała odzyskiwać dawny blask, zaniepokojona brakiem złośliwych komentarzy, wiedziona ciekawością i skłonna nawet poświęcić spokojny wieczór, zajrzałam do salonu.
– Pooolska gooola! – Skandował mężuś wybijając głośno charakterystyczny rytm na tamburynie i pilnie śledząc mecz w telewizji. Dziecię nasze stało obok i potrząsając grzechotkami w uniesionych wysoko dłoniach podrygiwało radośnie.