21.06.2014

Jako matką samodzielną, czyli wiecznie zajętą praniem, gotowaniem i tego typu czynnościami, zmuszającą tym samym córki (lat dwa i cztery) do samodzielnego organizowania sobie czasu, a konwersację z nimi ograniczającą głównie do opierniczania za wymagające sprzątania lub remontu efekty ich kreatywności w zajmowaniu się sobą, targnął mną dziś wyrzut sumienia i postanowiłam, że będę przynajmniej usta do dzieci otwierać częściej niż tylko do wydawania poleceń i zakazów.
Stoję więc dziś przy garach w kuchni, dzieci siedzą przy stole i jedzą racuchy. Nagle starsza stwierdza, że się najadła i wstaje od stołu.
– Wytrzyj rączki – mówię i pdaję jej wilgotną ściereczkę.
– Czemu? – pyta dziecię automatycznie tak jak zawsze o wszytko od pewnego czasu, prawdopodobnie wcale nie licząc na odpowiedź.
– Bo jadłaś rączkami i masz tłuste paluszki. Nie chcę, żeby tłuste paluszki zostawiły ślady na świeżo pomalowanych ścianach. Rozumiesz? – tłumaczę dumna ze swej błyskawicznej przemiany z matki wyrodnej w anioła.
Dziecię porzuca ściereczkę i biegnie do salonu.
– Czekaj! – wołam. – Chyba jeszcze nie wytarłaś dokładnie?
– Taaak – odpowiada z salonu. – Jeszcze zostawiają ślady.
I po co, cholera, po co się wychylałam?