Życie w cytatach (72)

Julia, lat osiem. Na działce, widząc jak zlana potem i stękająca spulchniam kopaczką grządki pod wysiew warzyw.
– Wiesz mamo, ta działka to jest takie twoje trzecie dziecko.
– Pewnie można tak powiedzieć. A dlaczego tak uważasz?
– Bo ja wiem, że ty bardzo ciężko pracujesz, żeby twoje dzieci miały fajny dzień i fajne życie. I na tej działce też cieżko pracujesz, żeby była ładna. Czyli działka jest jak twoje dziecko.
– Ale ty wiesz, że ja nie cierpię z powodu tej pracy, bo ja bardzo was lubię i staram się o was i o działkę z przyjemnością i ta praca sprawia mi radosć, tak?
– Wiem, wiem, mamo. Bo chodzi o to, że żeby dziecko lub działka byly fajne i dały się lubić, to musisz najpierw nad tym popracować. I ty tak robisz.
Kołcz mi w domu rośnie.

Taka sytuacja (22)

Czy jeśli w podczas trwania pandemii, poddając się kwarantannie domowej, zejdę z tego świata na niewydolność oddechową czekając w kolejce do respiratora, bo będąc pod złym wpływem własnych nieletnich córek, w jeden dzień odrobiłam zaległośći z trzydziestu lat w skakaniu na skakance, to jestem ofiarą COVID-19 czy nie?

Taka sytuacja (21)

Kiedy konferujesz sobie z przyjaciółką drogą telefoniczną o tym i owym, i między innymi zebrało ci się na narzekanie, że obecna kwarantanna kompletnie rozregulowała ci rytm życia, i tak na przykład zupełnie niespodziewanie, już dziś, dwudziestego czwartego marca schowałaś do pawlacza stojące obok schodów w górnym holu pudła z ozdobami choinkowymi.
Po skończonej rozmowie zarządzasz lekki kipisz w pokojach dzieci, bo świetna okazja do generalnych porządków nastała. Pierworodna zaczyna od rozpakowania szkolnego plecaka, rzuconego w kąt dziesięć dni temu. Wyciąga z niego piórnik, dwanaście książek ze szkolnej biblioteki, oraz osiemnaście kopert z kartkami z życzeniami bożonarodzeniowymi od dzieci z klasy.
Moja ci ona. Nie podmienili w szpitalu.

Wyrodna matka atakuje (9)

Zamknięto szkoły i naród przerzucił się z panicznego kupowania jedzenia na paniczne nauczanie dzieci w domach. Sklepy nieco opustoszały, internet za to zalała plaga doradców z linkami do nauki on-line. Wszystkiego.
Tak jak nie poddałaś się panice kupowania niczym na półroczny obóz przetrwania na bezludnej wyspie, tak postanowiłaś nie rzucać się też na nauczanie domowe tak, jakby twoja ośmiolatka miała za tydzień zdawać maturę.
Postanowiłaś, że jak szkoła coś da do zrobienia to zrobisz, ale nie będziesz się na nic więcej spinać. Ważniejsze jest porobić inne rzeczy razem, pogotować, pooglądać filmy.
No, ale szkoła nic nie dała. Wiesz skądinąd, że inne szkoły dały, a twoja nie.
Na wszelki wypadek pytasz sąsiadek, czy może przeoczyłaś fakt, że jakieś materiały są. Sprawdzasz w necie, na stronie szkoły, na grupach dla rodziców, w mailach. No nie ma wzmianki, że jakeiś zestawy do nauki są. Tylko te linki.
No, może się nie przygotowali na czas. Poczekasz tydzień. Przecież dzieciom sie nic nie stanie, jak zaczną później.
Aż pewnego dnia twoje potomne, płci żeńskiej, lat osiem i dziesięć, pytają czy mogą siąść do twojego laptopa, bo im się niewygodnie na komórkach uczy.
Wytrzeszczasz gały.
– Co wam się niewygodnie na komórkach robi??? – pytasz zszokowana.
I tak od słowa do słowa, i okazuje się, że szkoła ma kilka platform, do nauki matematyki, gramatyki, ortografii i science, dzieci mają swoje loginy i hasła, i codziennie, lub też tygodniowo, mają tam uwalniane zadania do zrobienia na swój poziom zgodnie z programem nauczania.
Owszem, wiedziałaś że takie coś jest. Słyszałaś o tym. I byłaś pewna, że twoje dzieci mają to głęboko w dupie i nie masz się nawet co brać za zachęcanie ich do tego, bo i tak są zajęte na codzień, a na szczęscie uczą się dobrze, więc im takie powtórki z zajęć nie są potrzebne.
Tymczasem dowiadujesz się, że twoje dzieci czasem to robią, przeważnie kiedy je gdzieś samochodem wieziesz, ale się nie chwalą, bo to nudne jest. Teraz natomiast szkoła uczy już tylko przez te platformy, więc tych zadań tam jest dużo więcej i potomne potrzebują większego ekranu do niektórych.
Żółta koszulka lidera w konkurencji „wyrodna matka roku” znowu twoja.

Jak żyć? (41)

Kiedy WHO oficjalnie ogłosiło pandemię COVID-19, kiedy lada dzień potwierdzone zostaną już od tygodnia znane nieoficjalnie informacje, że w twoim regionie szkoły zostaną zamknięte na dwa tygodnie przed świętami, i z feriami świątecznymi licząc, będzie miesiąc kwarantanny. Nie ferii, z basenem, parkiem trampolin, kinem i wszystkim innym, tylko miesiąc siedzenia w domu. Miesiąc. Z dziećmi.
I nagle okazuje się, że nie możesz znaleźć, nie ma, zniknął, rozpłynął się, zdematerializował i nie ma, nigdzie nie ma pilota do telewizora.

Ich sprawa

Taka przypowieść krąży po necie od lat, o dwóch matkach na placu zabaw. Jedna zaangażowana mocno, podpiera dziecię, podtrzymuje, asekuruje, podpowiada gdzie nóżkę postawić, dopinguje, żeby wyżej, że dasz radę kochanie, jesteś najlepsza i takie tam. Druga stoi obok drabinek i w dupie ma. Do dziecka się nie odezwie, nie pobawi. To na zegarek spojrzy, to na telefon. No nudzi jej się cholernie i odlicza minuty do pójścia do domu. Zaangażowana zauważa, że dziecko tej drugiej bardzo zwinnie po drabinkach się wspina, zwisa i huśta. W ogóle nie trzeba jej asekurować ani pomagać.
– Co pani robi, że pani córka taka samodzielna jest? – Pyta więc tę drugą.
– Pozwalam jej – odpowiada ona.
No i nie trzeba omnibusem być, żeby przesłanie załapać, więc zapamiętałam sobie.
I dlaczego ja dziś o tym?
Bo dziś rano o siódmej trzydzieści zadzwonił mój budzik jak co dzień. Jak co dzień już nie spałam, tylko dopijałam kawę. Jak co dzień poszłam na górę i zbudziłam dwie sztuki, dziesięcio i ośmioletnią. Jak co dzień powiedziałam, że:
– Lóżko, siku, rączki, zęby i o ósmej dziesięć ubrane i spakowane do szkoły ze szczotkami do czesania na dole was widzę.
Jak co dzień zeszłam na dół i zaczęłam się krzątać po kuchni. Jak co dzień o ósmej miałam zamiar krzyknąć na górę, że jest ósma, o ósmej dziesięć, że jest ósma dziesięć i miały być na dole, o ósmej dwanaście, że natychmiast na dół do jasnej cholery, a o ósmej piętnaście, że kurwa mać na dół tak jak stoicie i gówno mnie obchodzi, że jesteście w samych majtkach, pójdziecie tak do szkoły i najecie się wstydu to się nauczycie! O ósmej siedemnaście zbiegłyby na dół zesrane ze strachu, że matka gotowa dotrzymać słowa z tymi majtkami i obrażone, że się na nie drę z rana. Do szkoły by zdążyły, ale dzień przez te wrzaski już zjebany. Jak co dzień.
Coś mnie więc tknęło dziś, że nie. Nie będę sobie zdzierać gardła. Ileż można, myślę sobie.
Wróciłam na górę, gdzie potomne w piżamach bawiły się klockami Lego w pokoju młodszej i ani myślały łóżka ścielić i zęby myć, i oznajmiłam, że od dziś same mają pilnować czasu. O ósmej dziesięć mają być na dole, a o ósmej trzydzieści pięć mają wyjść do szokły i mają same ten czas kontrolować. Ja w ogóle więcej nie przypomnę która jest godzina. Ja budzę, zaplatam warkocze, robię śniadanie i przygotowuję lunch boxy do szkoły. Nie obchodzi mnie, czy najpierw się bawią, czy najpierw ubierają. Nie obchodzi mnie, czy do szkoły zdążą. Ich sprawa.
To oznajmiwszy zeszłam na dół i popijając drugą kawę układałam w myśalch scenariusze.
Że dzieciny w piżamach zbiegają o ósmej trzydzieści zorientowawszy się, że się zagapiły i pędem chcą lecieć, a ja na to, że bez umycia zębów i śniadania nie puszczę, i że mnie nie obchodzi, że się zagapiły, ich sprawa.
Albo, że jest dziewiąta piętnaście, ze szkoły dzwonią z zapytaniem dlaczgo dzieci nie ma, a ja odpowiadam, że nie mam pojęcia i żeby się ich zapytać i oddaję im słuchawkę, ich sprawa.
Że karę finansową za spóźnienie jaką naliczy szkoła zapłacą same ze swoich pieniędzy, ich sprawa.
I tak sobie snuję w głowie i obstawiam, jakiego wstydu  będą się musiały najeść i jak bardzo wystraszyć, żeby się nauczyć.
Niestety w ogole nie można na nich polegać. Całą zabawę mi zepsuły.
Zeszły równo o ósmej dziesięć. Ubrane, spakowane. Jedna się ustawiła do zaplatania warkocza, druga mieszała owisnkę w rondelku, potem się zmieniły. Zjadły śniadanie, założyły buty, kurtki, plecaki. Wzięły lunch boxy i o ósmej trzydzieści pięć wyszły z domu.
Ich sprawa.

Jak żyć? (40)

Kiedy miejscowy uniwerek jest jednym z najlepszych w kraju i w pierwszej setce na świecie*, i dostaje tyle grantów, że już nie wie co ma z nimi robić, więc co jakiś czas organizuje zajęcia jednodniowe dla dzieci w wieku szkolnym. Zaproszenia rozsyła po kilka lub kilkanaście do miejscowych szkół, a kadra szkolna typuje co zdolniejsze dzieci, które się nadają i jakiś pożytek z tego cyrku dla nich będzie. Zajęcia są dla dzieci w wieku od trzeciej klasy w zwyż.
I tak pierworodna moja w trzeciej klase poszła na literaturę, w czwartej na literaturę i na matematykę się załapała, w piątej obecnie znów na literaturę idzie, bo oznajmiła, że bycie dobrym z matematyki nie oznacza, że się ją lubi, tylko że się ją umie, i ona chce iść tylko na literaturę.
Młodsza moja natomiast, o dwa lata dokładnie młodsza, zazdrościła starszej i doczekać się nie mogła, aż będzie w trzeciej klasie i też „pójdzie na uniwersytet”.
No i nastała trzecia klasa, uniwerek zorganizował, zaproszenia do szkół poszły, starsza na literaturę idzie, a ja trzęsę dupą ze strachu, bo owszem, młodsza bystra jest i wygadana, owszem, uczy się dobrze ze wszystkiego jak leci, ale po równo, i na moje oko, poza tańcem, który uprawia poza szkołą, nie przejawia żadnej pasji, zwłaszcza do przedmiotów akademickich, tak jak jej siostra do literatury, wiec obawiałam się, że zaproszenia nie dostanie i będzie płacz i zgrzytanie zębów po dwóch latach czekania.
Więc kiedy już miałam w zasadzie opracowaną całą strategię postępowania i taktykę złagodzenia dramatu, kiedy już tytuły filmów które razem na pocieszenie obejrzymy pochlipując w pościeli z przytulankami miałam skompletowane, przyniosła skubana list ze szkoły.
Że mianowicie we wtorek mam ją zawieźć na zajęcia.
Nie z literatury. Nie z matematyki.
Z „science”, a konkretnie, z „kryminalistycznych metod wykrywania zbrodni”.
O żesz… Ośmiolatkę?

* Dawno nie sprawdzałam więc nie dam sobie ręki uciąć za tę informację, ale jeśli się pomyliłam, to niewiele.

Chce się żyć (8)

Kiedy co piątek przychodzi nauczyciel gry na pianinie i siada z twoją dziesiącioletnią pierworodną. I mimo, że słyszysz każde ich słowo, to nie masz za cholerę pojęcia o czym oni gadają i czego on ją uczy. Uczucia masz dość mieszane, bo jako ta klasa robotnicza zasuwasz fizycznie w magazynie trzy godziny, żeby opłacić jedną jego lekcję, a nijak nie możesz sprawdzić, na ile on jest skuteczny. I tak co piątek.
Aż pewniego dnia nauczyciel każe ci zamówić dla dziecka kolejną książkę z nutami. Zamiawiasz, kurier przywozi.
Pieroworodna rozpakowuje, siada na sofie, otwiera i czyta jak książkę, strona po stronie.
– Tego nie zagram, mam za małe ręce – mówi przy stronie drugiej. – A to będzie łatwe, bo się dużo powtarza – dodaje przy nstępnej. – O, a to mi się już podoba! – Cieszy się przy kolejnej.
Czyli, że co? Że czyta nuty, tak?