Delirium czy analfabetyzm, oto jest pytanie

Normalnie, jak helikopter nam krąży nad dzielnicą, przesuwa się niemrawo w te i we wte, tak „se” wisi po prostu, to bez większego zastanowienia zawsze obstawiam, że kamerą termowizyjną szuka ogrodników amatorów, którzy na poddaszach doskonalą kunszt na siewkach konopii rodem z Indii. Bo to trzeba w żarówki zainwestować i kamera termowizyjna ładnie to łapie. Dla niewtajemniczonych genialny film instruktażowy  „Joint Venture” polecam.
No więc wczoraj latał chwilę, ale jakoś tak obok, trochę nad centrum jakby. A dziś to już proszę wycieczki bezczelnie dokładnie centralnie nad moim domem wisiał. I to tak nisko, że mi prawie chwasty spod okna wypelwiło.
No ja pierdzielę, myślę sobie, w tym naszym ciągu domów szeregowych spółdzielczych to po kosztach cięli jak budowali, i poddasze mamy jedno wspólne dla kilku domów w rzędzie, więc może mi jakiś sąsiad ogródek na moim kwadracie zrobił, bo wie, że ja tam nie zaglądam, bo się myszy boję.
Potem myślę, że może potomne moje uznały, ze kieszonkowe za niskie mają i dorabiają.
Piszę więc szybko do sąsiadki z ulicy obok, gdzie moje dzieci akurat popołdnie sędzają, bo tam jest dwoje innych dzieci, chomik i pies (tymczasowo na ferie tylko, ale jest), i to jest dużo ciekawsze towarzystwo niż własna matka, piszę więc do tej sąsiadki, bo ona zawsze wie co się dzieje w mieście zanim jeszcze gazety napiszą, i pytam dlaczego to ustrojstwo wisi dzis nad moim domem od kwadransa bez ruchu.
No nie wiedziała, jeszcze, ale za to linka mi podesłała do gazety, gdzie pisali dlaczego wczoraj latał.
I czytam ci ja i oczom nie wierzę.
Otóż wczoraj latał, bo łapali czternastolatka, co jeździł na motorynce bez kasku.
Czytam jezcze raz. Łapali czternastolatka, co jeździł na motorynce bez kasku.
I tak sobie myślę, że albo dwa piwa do soboniego obiadu to za dużo jednak, albo ja muszę isć na kurs angielskiego od podstaw.
No, chyba, że… To takie normalne, że helikopterem się łapie dziecko bo jeździ na motorynce bez kasku?

Z poradnika umęczonej matki polki – porada XXXI

Kiedy ci się tak niefortunnie życie ułoży, że ferie zimowe pierwsze do sześciu lat spędzisz nie na nartach, ale w domu, i postanowisz nie posyłać dzieci do żancych klubów na zajęcia, bo nie po to masz durną, słabo płatną pracę na akord, żeby zasuwać w ferie, a dziećmi żeby się opiekowali obcy, i stwierdzisz, że to świetna okazja do ogłoszenia tygodnia domowego pod hasłem „Nakuka gotowania”, bo potomne twoje osiem i dziesięć lat mają i czas najwyższy na poszerzenie umiejętności zalania mlekiem miski płatków i otwarcia matce piwa o jakieś nowe kulinarne kreacje, i kiedy świadoma zagrożeń dla stanu technicznego kuchni po wpuszczzeniu tam dzieci na pełen etat, a co za tym idzie stanu twych nerwów, przezornie zrobisz sobie porządny zapas piwa, olejków z konopii, relanium czy co tam cię na codzień utrzymuje przy życiu, to pamiętaj żeby się tymi specyfikami doprowadzić do stanu apogeum niezmąconej tafli jeziora nirwany i relaksu, nie na moment wejścia do kuchni kiedy dzieci gotować skończą, ale na moment wystąpienia zdania: „Dokładnie mieszając dodawać mąkę po jednej łyżce do uzyskania odpowiednio gęstej konsystencji” podczas dyktowania im przepisu zanim zaczną.

Życie w cytatach (71)

Julia, lat osiem, oraz Anna, lat dziesięć. W samochodzie.

Ja: Dziewczyny, wiecie co? Jutro rano nastawimy rosół w wolnowarze i możemy na cały dzień wyjść z domu. Co wy na to?
Julia: Co, co, co? Co mówiłaś? Rosół? Dzisiaj?
Ja: Jutro. Mówiłam: jutro. Zaczęłam od tego zdanie.
Julia: A, to ty potrafisz używać fronted adverbial. Ja zawsze mam z tym kłopot jak jest takie ćwiczenie w szkole.
Ja: A co to jest?
Julia: To jest jak adverb, czyli ten, co odpodwiada na pytanie „jak?, gdzie?, kiedy?”, jest na początku zdania.
Ja: Rozumiem. Ale Julka, ty potrafisz go używać doskonale. Nałogowo wręcz. Zazwyczaj w zdaniach jednowyrazowych, brzmiących: „Zaraz” i „Potem”.
Julia: Nie rozumiem.
Ja: Bo to sarkazm był. Ania, załapałaś?
Ania:  Tak.
Ja: Możesz wytłumaczyć siostrze?
Ania: Potem.

To się właśnie dzieje

Znowu. Znowu się to stało.
Bo jest taka tradycja, że jak oddajesz dziecko na urodzinowe przyjęcie do kogoś, to zaprowadzasz je z prezentem i kartką, upewniasz się o której masz odebrać, ogarniając wzrokiem nadchodzący armagedon rzucasz do rodzca organizatora kondolencje w stylu: „Jesteś bardzo dzielny, współczuję” albo „Jakoś to będzie, dasz radę” i ewakuujesz sie w te pędy. Po ustalonym czasie wracasz, odbierasz swój egzemplarz, składasz gratulacje rodzicowi, że przertwał, i pocieszasz, że ma teraz rok z głowy.
Raz, albo kilka razy do roku masz szczeście być tym wybrańcem, który armagedon organizuje, i musisz przyznać, że taka na przykład dziesiątka kilkulatków drących się w niebogłosy, kłócących o zabawki, rozwalających wszystko, płaczących, że ktoś inny wygrał w konkursie, zdejmujących z siebie sweterki i rzucających gdzie popadnie, latających do toalety, rozrzucających z podekscytowania jedzenie po stole i podłodze, rozlewających napoje i ogólnie goniących po całej hali na przykład kręgielni, parku trampolin czy innego przybytku, gdzie dla utrudnienia przebywa sporo innych, obcych ludzi, to przeżycia z najwyższej półki.
Tymczasem już rok temu, kiedy, wtedy siedmioletnia, moja potomna z numerem seryjnym drugim, zapragnęła z okazji urodzin przyjąć kilka przyjaciółek na nocówkę do domu, spodziewając sie katastrofy, byłam szczerze zdziwiona jak gładko poszło.
W tym roku ten sam numer seryjny dwa, blond aniał o imieniu Julia postanowił zaprosić koleżanki na godzinną sesję do wrotkarni, a następnie do pobliskiej restauracji Pizza Hut. Napisała odręczne zaproszenie, skserowała, pozwijała w rulony, przewiązała każdy wstążeczką i rozdała ośmiu koleżankom. Od tego momementu powinnam była zacząć lamentować, że co ja narobiłam, w co ja się wpakowałam. Ale jakaś spokojna byłam. No nie chciał mnie ten stres dopaść.
I miał rację.
Rodzice wszystkich dzieci potwierdzili udział w przyjeciu, wszystkie przyszły na czas i dostały wrotki, większość umiała sobie je zapiąć, reszcie pomogłam ja i obsługa obiektu. Prawie wszystkie umiały jeździć i od razu poszły szaleć. Dla jednej to był pierwszy raz, wiec trochę pomagała jej mama, która z nią została, a potem pan instruktor i po pół godzinie już jeździła sama. Wszystkie zmęczone i zadowolone, jeździły do upadłego, do ostaniej minuty. Żadnych wypadków, złamań, stłuczeń. Dziewięć roześmianych twarzyczek, powtarzających że było fantastycznie. W reatauracji każda złożyła zamówienie na małą pizzę, każda jakiś swój jeden dodatek wybrała, więc się poczuły bardzo dorosłe. Jedna zaszalała i zamówiła spagetti, nie pizzę. Na wieść o nielimitowanych drinkach z maszyny oszalały ze szczęścia i oblegały maszynę dobry kwadrans, dywagujac nad różnicami pomiedzy fantą wiśniową a colą waniliową. Nic sie nikomu nie rozlało. Potem cały wianuszek otoczył bar sałatkowy i tam sikały ze szczęścia poraz drugi. Po ich odejściu obsługa musiała przejechać podłogę miotłą w koło baru, i to był jedyny zgrzyt, ale prawdę mówiąc zrobili to tak sprawnie, że widać często mają do czynienia z rozmemocjonowaną bandą dzieci i wiedzą co robić.
Zjadły sałatki, dostały swoje dania, też zjadły, poszły do maszyny z lodami i posypkami do lodów, gdzie oszalały ze szczęścia trzeci raz. Kiedy kończyły lody na stół wjechał tort, który Julia wybrała w cukierni a ja dostarczyłam do reatauracji tego dnia wcześniej. Odśpiewano Happy Birthday, zdmuchnęła świeczki. Angielskim zwyczajem tort pokroiłam na kawałki, zawinęłam w serwetki i włożyłam do party bags, czyli torebeczek z drobnymi upominkami, które rozdaje się gościom w podzięce za przybycie, i Julka rozdała wszystkim taki właśnie zestaw na wynos. Wtedy przyszli rodzice, odebrali dzieci. Wszystkie dziewczynki wyglądałay na zadowolone i wszystkie umówiły się za tydzień na wrotkach. Rachunek dostałam dużo niższy, niż się spodziewałam, więc dodałam do niego porządny napiwek, bo obsługa była szalenie miła i sprawna.
W domu dziecina rozpakowała prezenty i jest bardzo zadowolona.
No i nic. Żadnego armagedonu, płaczów, wypadków, kłotni. Nic.
Jedna dziewczynka wyglądała na chorą przez około kwadrans, markotna i blada była, więc obserwowałam i byłam w kontakcie z rodzicami. Upewniłam sie, że wszyskto w porzadku kiedy poszła do toalety, bo sądziłam, że może wymiotuje. Ale nie. Jak już pojadła i popiła, i poprawiła lodami, to życie w nią wróciło.
No i nic. Żadnego stresu. Nic.
To się dzieje. To się dzieje naprawdę. Tu i teraz.
Dzieci dorastają.

Chce się żyć (7)

Kiedy ósme urodziny dziecięcia wypadają w sobotę i wyraża ono zapotrzebowanie, aby rozpocząć je tak, jak urodziny Lisy z „Dzieci z Bullerbyn”, czyli śniadaniem do łóżka. Kończysz właśnie przygotowywać tacę, zapalasz świeczkę na babeczce i ostrożnie wchodzisz po schodach.
– Czekaj mamo – mówi nagle pierworodna, dziesięcioletnia, ktora idzie z tobą.
Biegnie do siebie i wraca z dużą kartką urodzinową własneręcznie przez siebie przygotowaną. Z jednej strony rysunek przedstawiający dwie siostry, z drugiej życzenia. Długie, osobiste. Zakończone:
„You go girl!
Don’t Forget
to be yourself!
You’re epic!
Never fall Sissy!”
I zaś ryczysz.

Jak żyć? (39)

Osiemnaście godzin w podróży od wyjścia z domu do zameldowania się w hotelu, cztery godziny snu, ekspresowy spacer po ekstremalnie zatłoczonych Krupówkach, szybki zakup akcesoriów kibica, jak szaliki i namalowanie polskich flag na policzkach, pierogi z bryndzą gdzieś w jakiejś znalezionej cudem reatauracji z wolnym jakimś stolikiem gdzieś w kącie, cztery godziny skakania, tańczenia, klaskania, śpiewania, trąbienia, krzyczenia i szaleństwa w pierwszym rzędzie sektora C, do którego organizator imprezy sprzedaje trzy razy więcej biletów niż trybuny są w stanie bezpiecznie pomieścić, bo nad nim właśnie lata kamera, a taki gęsty tłum dobrze wygląda w telewizji, kiedy Stoch i Kubacki stają na podium w konkursie Pucharu Świata w skokach narciarskich na Wielkiej Krokwii w Zakopanem, kiedy wrzawa pełni szczęscia na chwilę cichnie i cały naród wstaje, zdejmuje czapki i śpiewa Mazurka Dąbrowskiego, łzy wzruszenia leją się ciurkiem, twoje dzieci, płci żeńskiej lat osiem i dziesięć, w których żyłach polska krew płynie, ale serca i mental w stu procentach brytyjsie mają, więc tym bardziej napawa cię dumą, że je czytać i pisać po polsku uczysz, że hymn polski znają i właśnie pełną piersią śpiewają.
Wtedy one nagle odwracają się do ciebie po pierwszej zwrotce i refrenie i patrzą na ciebie z wyrokiem śmierci wypisanym na facjatach. Masz u nich przesrane po całości za to, że one drugiej zwrotki nie znają.
Znowu coś zjebałaś.