Taka sytuacja (20)

Kiedy dziewięciolatka, którą ze dwa razy w tygoniu uda ci się zagonić do ćwiczenia na pianinie, piłuje od wielu tygodni w kółko ten sam utwór. Ganisz ją, że już go zna dobrze na pamięć bez nut, i żeby ćwiczyła coś nowego, i że nauczyciel na pewno jej coś nowego zadał, a ona się upiera, że nie.
I co tydzień przychodzi nauczyciel, odpytuje ją z tego jednego utworu i co tydzień chwali, że poprawiła tajming, dynamikę, interpretację.
I dociera do ciebie, że oni oboje co tydzień słyszą w tej jej grze różnicę. A ty ani w ząb.

Jak żyć? (36)

Kiedy wydaje ci się, że jesteś przygotowana i wiesz jak będziesz rozmawaić z własnymi dziećmi o seksie, higienie, partnestwie, szacunku, tolerancji, różnorodności, antykoncepcji i co tam jeszcze trzeba będzie. Po pierwsze masz zamiar nie zbywać, tylko odpowiadać na pytania wyczerpująco i zgodnie ze swoją wiedzą. Po drugie nie kłamać o kapuście, tylko zawsze mówić prawdę, ewentualnie zależnie od wieku w jakim zaczną zadawać pytania, podawać nie wszystkie techniczne szczegóły od razu, ale nie kłamać. Po trzecie nie być zawstydzoną, nie mówić szeptem, tylko rozmawiać jak o każdym innym zagadnieniu, jak o układzie słonecznym czy uprawie truskawek. Po czwarte, być kompetentną, co nie będzie trudne, bo od kiedy w wieku kilkunastu lat wypełzłaś spod klosza proboszcza i katechetki i zaczęłaś mieć własne opinie, o życiu seksualnym człowieka dowiedziałś się całkiem sporo z doświadczeń własnych, nie li tylko z książek, więc jesteś bez wątpienia kompetentna w udzielaniu informacji, od zupełnych podstaw do zawiłości planowania płci dziecka włącznie.
I wtedy przychodzi dziewięciolatka i pyta jak to się dzieje, że niektóre jajka kurze są zapłodnione, a niektóre nie.
I nie wiesz.

O tym, jak za drobne oszustwo pokutuję już od czterech lat

Był listopad 2015. Zimno, pochmurno, deszcz, kicha i depresja. Feralnego dnia przemieszczałam się właśnie wraz z koleżanką głównym miejsim deptakiem z poranka dla dzieci w pobliskim kinie w kierunku domu. Dzieci zmarznięte, deszcz pada, odruchowo więc kawałek drogi przeszłyśmy podcieniami przy historycznym miejskim rauszu. A piękny jest, pięćset lat ma jak nic, i patrzymy – otwarty na oścież i ludzie jacyś nas gestem zapraszają do środka. No to bez namysłu wlazłyśmy, bo tam nie pada, ciepło, to się ogrzejemy trochę, i może nawet coś ciekawego się dzieje. Rozglądamy się. Wystawa jakaś. No, może być, przejdziemy się. Ale patrzymy i jakoś tak swojsko dookoła. Po chwili do nas dotarło, że wystawa w dwóch jęyzkach opisana była, angielskim i polskim, i że dotyczyła upamiętnienia 307 Dywizjonu „Lwowskich Puchaczy”, który stacjonował w mieście podczas II Wojny Światowej, a dzień ten, piętnasty listopada, jest Dniem Dywizjonu 307 właśnie.
Ciekawa całkiem była, i w rogu był kącik dla dzieci, gdzie mogły kolorować kredkami szkice samolotów, przymierzać czapki pilotów i chyba gorąca czekolada była, o ile pamiętam. No to zabawiłyśmy tam trochę, dzieci miały frajdę, my w spokoju zwiedziłyśmy wystawę i wszystko by było git, jakby nie podszedł jegomość w garniturze, nie przedstawił się, że jest tej wystawy Organizoatorem, i zapytał, czy wyrażamy zgodę na zrobienie dzieciom zdjęć i zamieszczenie ich w internecie, bo tak uroczo wyglądają i serce rośnie, że kolejne pokolenie Polaków w patriotycznym duchu wychowywane jest.
Cóż było robić? Człowiek się wczuł w klimat, momentalnie zełgał jak z nut i został patriotą, który to przyszedł święto polskie celebrować oraz siebie i potomstwo w temacie wyedukować, bo przecież się nie przyznam, żem tu przypadkiem wlazła jak to ciele, nie? Wymieniliśmy się mailami, żeby mi pan Organizator zdjęcia przysłał i to by było na tyle.
Rok później jakoś, przed kolejnym świętem, przypomniał się, że uroczystość będzie, i żeby przyjść.
Łolaboba!, pomyślałam. Zaś listopad, zaś deszcz, depresja, człowiek na sofie w szlafroku z gorącą herbatą siedzi i na wiosnę czeka, a tu go na takie atrakcje ciągną. Chciałam się wymigać, i odpisałam, że akurat wypada w szkolny dzień, to nie da rady, bo nieobecność nieusprawiedliwiona będzie, a to jak wiadomo w tym kraju problem jest. No to poprosił o dane szkoły i dzieci i już następnego dnia szkoła dostała mailem pismo z biura pani burtmistrz, że oto dwudniowy event międzynarodowy będzie, że uroczyste wciągnięcie plskiej flagi na maszt na ratuszu, że przemówienia burmistrza i polskiego konsula, że prasa, radio, telewizja, że wystawa, wykłady profesorów z uniwerystetu, że nabożeństwo w katedrze, i że zachęca się wszystkich do udziału, prosi o usprawiedliwienie polskim dzieciom, które tego dnia do szkoły nie przyjdą nieobeności, a już w szczególności zaprasza się na obchody dwie uczennice (tu imiona i nazwisko), które co roku są częścią tych znamienitych obchodów i po prsotu zabraknąć ich nie może. Kopia pisma do mnie przyszła i zbladłam na jej widok momentalnie.
Dyrektor szkoły w pas mi się jeszcze tydzień kłaniał, a panie z sekretariatu pytały, czy ja jestem organizatorem obchodów i czy znam osobiście panią burtmistrz. Z tego co pamiętam, jakoś tak odpowiadałam pokrętnie, że nie zaprzeczałam…
No więc skoro nie było już wyjścia, to wziełam dzieci i poszłyśmy. Podczas wciągania flagi polskiej na maszt grany był hymn polski, i odruchowo zaczełam śpiewać. Dzieci me ukochane spojrzały na mnie zaciekawione.
– Znasz tę piosenkę mamo? – zapytały głośno, piękną polszczyzną, wywołując uśmiech zgromadzonych w promieiu półtora metra. Żesz wa mać! Człowiek chce dobrze, a gówniary zawsze znajdą sposób, żeby obciachu narobić.
Po powrocie do domu przez tydzień kazałm im piłować hymn, póki na blachę nie wykuły.
No i tak nam już to weszło w krew, w tradycję rodzinną naszą, że ostatniego października Halloween świętuemy, pierwszego listopada na cmentarz jedziemy zapalić świeczki na grobach polskich lotników, bo innych „swoich” grobów tu nie mamy, a piętnastego z okazi Dnia Dywizjonu 307 chodzimy na uroczyste wciągnięcie flagi na ratusz i otwarcie wystawy.
Z tym, że teraz to już nie musimy, tylko chcemy.

Edit:
Tak, wiem, że po drodze jest jeszcze 11 listopada. Nie wiem dlaczego mi w tej wyliczance uciekło.

Tak to się, mamo, załatwia

Niedzelny poranek, w samochdzie, w drodze na śniadanie do carvery.
– Dziewczynki, tam się trzeba będzie przy kasie na początku szybko zdecydować czy się chce gorące napoje czy gazowane, to możecie się już zastanowić, które wybieracie. Ja wezmę na pewno gorące dla siebie.
– Dlaczego?
– Bo lubię kawę z rana, a po gazowanych są wzdęcia, pierdzi się i beka. Mnie te atrakcje nie interesują. Dzieciom to nie przeszkadza, nawet nie zauważają, albo mają ubaw, zwłaszcza chłopcy jak bekają to jest zabawa, nie? Pewnie w szkole niektórzy tak robią, prawda?
– Robili, ale już przestali – odpowiada szybko pierworodna, lat dziewięć.
– O, to pewnie się mamy zorientowały i ich wychowały – zauważam przytomnie.
– Nie. Ja ich wychowałam – odpowiada ona.
– Słucham? – dziwię się.
– Bekali i się śmiali, zawody robili kto głośniej, zwłaszcza przy stole podczas lunchu, a mi się niedobrze robiło, to im zwracałam uwagę, że to nieładnie. Wtedy mnie chcieli popchnąć, ale się zdziwili, że ja silniejsza jestem i im było głupio, że mi nie dali rady. Więc już ani nie popychaja, ani nie bekają. Tak to się, mamo, załatwia.
Kurtyna.

Wyrodna matka atakuje (6)

Czy ktoś ma pomysł jak przygotować dziewięciolatkę i siedmiolatkę na to, że matka znów finansowo popłynęła, i pod choinką nie będzie Barbie, Lego, ksiażek, farb, kredek, piórników, teleskopów, globusów, gier na xbox, ciuchów, torebek, słodyczy, gotówki, kart przedpłaconych do ulubionych sklepów, punktów do gier czy filmów, tylko będzie koperta, a w niej bilety na zawody Pucharu Świata w skokach narciarkich z Zakopanem?

Gówniara

– Mamo, nie rozumiem – zaczęła dziewiąciolatka wchodząc do kuchni zaaferowana referatem o Układzie Słonecznym, który pisze. – Niektóre źródła podają, że Jupiter ma prędkość wielokrotnie większą niż reszta planet, a tymczasem inne, że Mercury okrąża Słońce w 88 ziemskich dni, a Jupiter w 84. To mi nie pasuje.
Odłożyłam gąbkę do naczyń, spłukałam ręce i wycierając je napawałam się satysfakcją. Uwielbiam się bowiem wymądrzać i robię to często. Jednakże tym razem miałam okazję powymądrzać się na temat czegoś, co wiem, bo zazwyczaj wymądrzam się na tematy kompletne mi obce, a to zupełnie inna jakość.
– Bo kochanie, jeśli obie te planety okrążają Słońce w prawie takim samym czasie, to znaczy, że mają prawie taką samą prędkość kątową. Ale mają różną prędkość liniową – powiedziałam powoli, delektując się każdym sowem. – Przynieś kartkę i długopis, to ci to narysuję – dodałam.
Przyniosła. Usiadłam do stołu w jadalni gramoląc się, poprawiając bluzkę, odchylając włosy. Pełen zestaw objawów mentorstwa absolutnego i niedoścignionego. Narysowałam kropkę.
– To jest Słońce – powiedzialam majestatycznie.
Narysowałam obok drugą.
– To jest Merkury – kontynuowałam napawanie się.
Narysowałam trzecią trochę dalej.
– A to Jowisz – pęczniałam do rozpuku, a w głowie już układał mi się cały schemat obiegu obu planet wokół Słońca z rozrysowaniem na kąty w stopniach i odegłości liniowe, gdzie jednostką czasu będzie dzień ziemski. Normalnie, oczy mi się świeciły na myśl, jak to piękie można rozrysować.
– A teraz patrz. To jest droga, jaką musi pokonać Merkury żeby okrążyć Słońce – ciągnęłam rysując powoluteńku pierwszy orkąg.
– A, już rozumiem. Jowisz jest dalej od Słońca, więc ma dużo dłuższą drogę do pokonania w tym samym czasie co Merkury, więc musi zrobić to szybciej. Wszystko jasne – powiedziałała nagle.
Niewychowana, bezczelna, niewdzęczna gówniara. Taką zabawę mi zepsuła.

Taka sytuacja (19)

– Mamo, czy ty wiesz, że można być małym i mieć dużą siłę? – zapytała rano znad jajecznicy moja pierworodna, lat dziewięć.
– Oczywiście że tak. Wielkość siły zależna jest od stosunku powierzchni przekroju poprzecznego mięśni do masy całego ciała – odezwałam sie głosem córki fizyka, a przed oczami stanęła mi scena sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy to w drodze na Rysy od słowackiej strony ojciec sprzedawał mi teorię wyginięca z tego powodu dinozaurów, że mianowicie żadne tam potopy czy zldowacenia, tylko rosły gady na potęgę wzdłóż aż w końcu nie miały siły i prędkości, żeby jedzenie dogonić i z głodu wyginęły. – Więc można być drobnym, i mieć ten stosunek korzytny, a można być dużym a mięśni wcale i być słabym – zakończyłam matkopolskie wymądrzanie się.
– Nie o to mi chodziło – odpowiedziała.
– A o co? – Zapytałam więc.
– O to, że siła bierze sie z głowy. U nas są w klasie chłopcy, którzy jak się denerwują, to popchają kogo mają pod reką. Mnie nie dają rady przewrócić, i wszyscy się dziwią, że ja jestem taka malutka, a taka silna. I ja im tłumaczę, że ja mam tę siłę w sobie, w głowie. Ja widzę i czuję, kiedy ktoś się denerwuje, i jeśli jestem w pobliżu, to jestem przygotowana. Zapieram sie nogami, pochylam się w jego kierunku lekko, i nawet jakby wbiegł na mnie, to mnie nie przerwóci. Ja wiem, że muszę mieć tę siłę w sobie, w głowie, i że nikt nie ma prawa mnie szturchać i przerwacać, ani ze złości, ani dla żartu, i nie daję się zaskoczyć. Natomiast oni są zawsze zaskoczeni, dlateogo przegrywają. Ale to się bierze z głowy. Jak w pojedynku pomyślisz, że przegrasz, to już przegrałeś. I ja to im tłumacze jak mnie pytają skąd jestem taka silna, ale nie rozumieją co ja do nich mówię, i chciałam wiedzieć czy to tyko w mojej głowie, czy ty mnie rozumiesz.
– Tak, rozumiem… – wydukałam.
Dziewieć lat. Mówi płynnie i czyta w dwóch jezykach. Trzeciego uczy sie sama z youtuba, bo lubi. Sama, w sposób naturalny opanowała szybkie czytanie. Jest jedyna w klasie w nawyższych grupach i z matematyki i z angielskiego. Czyta nuty na poziomie Grade 2. Tydzień temu miała w szkole test, według którego ma czytać książki na poziomie jakimś tam. Szkoła musi je kupić, jeszcze tego poziomu dla nikogo nie ptorzebowali. Ogląda wiadomości. Ma swoje preferencje polityczne i jest wegetarianką z przekonania. Romowy z rówieśnikami szybko ją nudzą i woli poczytać, lub rozmawiać z dorosłymi. Tłumaczy swojej siedmioletniej siostrze: „Jesteś dobra z matmy bo grasz na pianinie. Matematyka to czytanie kodów. Czytanie nut to też czytanie kodów. Jedno pomaga drugiemu. Einstain był skrzypkiem.”
Czasem mam wrażenie, że jestem jej w życiu potrzebna już tyko dlatego, że ona sama nie może jeszcze mieć prawa jazdy i konta w banku.
Dobrze to czy źle, nie wiem.

Wyrodna matka atakuje (5)

Julia, lat siedem.
– Mamo, brzuch mnie boli.
– No i?
– No, może coś mi dasz? Pomożesz?
– Już ci pomogłam. Dwa dni ci mówiłam: „Nie żryj tych cukierków halołinowych wszystkich naraz, bo cię będzie brzuch bolał.” Pomogłam? Pomogłam. Nie ma za co.
– No, ale co teraz?
– Nie wiem. Czekasz, aż przestanie boleć? Zapamiętujesz na przyszłość?