Życie w cytatach (70)

Halloween, przy śniadaniu. Anna (9) i Julia (7).
– Mamo, a dynia jest warzywem czy owocem, jak myślisz?
– Wydaje mi się, że warzywem, ale pewności nie mam.
– To nie uczyłaś się o tym w szkole?
– Kochanie, jak ja chodziłam do szkoły, to pomidor był jeszcze warzywem, a Pluton był planetą.
– Ale Ziemia już się kręciła wokół Słońca?

Taka sytuacja (18)

Kiedy samochód stoi u mechanika, więc musisz odprowadzić swoje córki, lat siedem i dziewięć, pieszo na zbiórkę zuchów. Możecie pójść jak ludzie, komfortowo i spokojnie, ulicami osiedlowymi między domami, co zajmie wam 12-15 minut, albo przez park, w którym nie wiedzieć dlaczego nie ma żadnej latarni, więc jest tam o tej porze ciemno jak na środku Bałtyku o drugej w nocy, co pozwoli wam zaoszczędzić nie wiecej niż dwie minuty, czyli w zasadzie nic.
Że równo pod sufitem nie miałaś nigdy, a kryzys wieku średniego to tylko wzmógł, to wygrzebałaś z pudła z rzeczami kempingowymi trzy czołówki i poszłyście przez ten park, bo to przecież kurwa taka zajebista przygoda, nie?
Dzieci bawiły się świetnie i czuły zupełnie bezpiecznie, bo przecież są z mamą, podczas kiedy ty zesrana ze strachu w tym parku myslałaś czy to już pora na konsultację z psychoterapeutą, czy jeszcze dasz radę sama te debilne pomysły poskromić.

Taka sytuacja (17)

Kiedy zwracasz się do swoich potomnych, płci żeńskiej lat siedem i dziewięć, że wpadłaś na pomysł, żeby w ramach cięcia kosztów i oszczędności w nadchodzącym tygodniu upiec całą blachę mufinek i pakować je po dwie do lunch box’ów do szkoły, i do tego po jabłku z działki, bo przecież i tak w szkole na lunch są takie zajęte gadaniem z koleżankami, że przynoszą wszystko ledwie nadgryzione i ląduje to w kompoście, na co w odpowiedzi słyszysz:
– Mamo, super! Nareszcie będziemy mieć w lunch boxach to, co wszyscy. Wszsycy mają ciastka albo czipsy i jakiś owoc. Tylko my zawsze te pudełeczka z kanapkami i drugie z pokrojonmi papryczkami, pomidorkami, ogóreczkami, i te jogurciki z łyżeczką… Wszyscy się z nas śmieją. Nareszcie bedziemy mieć normalne lunch boxy. Hura!

Wyrodna matka atakuje (4)

– Dziewczyny, bilety na „Dziadka do orzechów” w Royal Albert Hall kupiłam na godzinę czternastą. To znaczy, że przed płudniem będziemy mieć tak dwie, trzy godziny żeby na spokojnie bez biegania jeszcze coś zaliczyć. Ale wedlug mnie to za mało czasu na muzea, więc kupiłam bilety na…
– London Eye?! London Eye!!! Przejedziemy się wreszcie London Eye! Obiecałaś kiedyś!
– No nie. Będziemy zwiedzać parlament. Obie izby. Z przewodnikiem.

Jak żyć? (35)

Kiedy w procesie szantażu i przekupstwa rodzicielskiego zwanego potocznie negocjacjacjami z siedmiolatką, która nie chce zrobić czegoś tam, największą, najważniejszą, decydującą i zwycięską katrą przetargową jest obiecanie jej, że będzie mogła za to potem pozmywać naczynia.

Historie zaległe (2)

Dziecię me młodsze, o imieniu Julia spędziło swe pierwsze dwa lata życia, poza snem i przetwarzaniem paszy na obornik, na wędrowaniu w wózku całymi dniami tam, gdzie podążałam akurat ja. A ja przemieszczałam się zazwyczaj między sklepem z paszą, sklepem z pieluchami, lekarzami, urzędami i przedszkolem, do którego odprowadzałam pierworodną mą pociechę. I o ile pierwsze cztery pozycje z listy młodsza miała w dupie i albo spała albo gapiła się na otoczenie bez protestów, o tyle przedszkole dzień w dzień, kiedy już tak około dwa lata miała, okupione było codziennie od nowa dramatem. Żeby bowiem starszą, czteroletnią, odprowadzić, trzeba było wejść do sali i ją tam zostawić, następnie wyjść przez taras, plac zabaw betonowy i trawnik z drugim, jeszcze większym placem zabaw z dwoma zadrzewionymi mini parkami po dwóch stronach tegoż placu. Kto próbował kiedykolwiek wykonać taką czynność z dwulatką za rękę, albo na rękach, ten wie. Dwulatka była tak zdesperowana żeby tam z tymi wszystkimi dziećmi i zabawkami zostać, takie dramaty urządzała, tak spierdzielałą do tego parku w te drzewa, że można było zwariować. Znała tam z widzenia wszystkie dzieci, wszystkich nauczycieli, znała każdy kąt, bo bywały dni otwarte i wspólne festyny z rodzeństwem i rodzicami, więc była tam jak u siebie i nie mogła pojąć za cholerę, dlaczego jej siostra tam zostaje a ona musi wyjść. I tak dzień w dzień.
I pamiętam, że jak skończyła dwa lata to miała prawo już zacząć do teog przedszkla chodzić. Pamiętam, że zaprowadziłam ją pierwszego dnia, wytłumaczywszy, że zostaje i tłumaczywszy jej to wielokrotnie od kilku dni, żeby ją przygotować. Pamiętam też, że się cieszyła, że nie mogla się doczekać, więc przewidywałam, że od pwierszego dnia zstawianie tam jej pójdzie gładko, bo pamiętam, że nie miałam tego komfortu co z pierwszą dwa lata wcześniej, że jak wszystkie inne mamy mogę zostać w pierwsze dni z nią na chwilę czy na godzinę, jeśli według nauczycieli zachodzi taka potrzeba, bo bylam wtedy w ostatnim tygodniu ostatniej transzy leczenia i musiałam codziennie o dziesiątej stawić się w szpitalu na krótki, trwajacy minutę zabieg, ale nie mogłam żadnego opuścić, żeby cała czterotygodniowa seria miała sens. Wiec od poczatku byłam z dziewczynek wychowawcą umówiona, że zostawiam obie, daję całusa i znikam, cokolwiek by się działo.
Niestety, działo się. Zostawiłam obie, pomachałam i poszłam. Młodsza rzuciła się do drzwi tarasowych, za którymi zniknęłam. Wychowawca ją złapał i wziął na ręce. Ona w płacz. On ją pociesza i uspokaja. Ona dramat i ręce wyciągnięte do drzwi tarasowych. Łzy jak grochy, szloch rozpaczliwy, i wyrywa się na ten taras. Wychowawca ją czymś zagaduje. Trwa to kilka minut, znim dziecina sie zmęczy, pogodzi z sytuacją i przestanie. Pięć minut, w które stałam z boku budynku, ukryta za szybą, zza której mnie nie widzieli i targał mną szloch jeszcze wiekszy niż dziecięciem. Jak mogłam tak bardzo zawieźć tę niewinną istotkę. Jak mogłam tak zniknąć, kiedy mnie potrzebuje, kiedy inne matki w takich sytuacjach zostają z dzieckiem, żeby się oswoiło z sytuacją. Nie ten jej płacz był najgorszy, ale ten moement, kiedy rezygnowała. Kiedy rozumiała, że nie ma co płakać, bo matka ją zostawiła i nie wróci.
Na przystanek autobusowy szłam zalana łzami, aż się ludzie oglądali i pytali czy wszysko w porządku. W szpitalu, na tę mimutę zabiegu kiedy musiałam leżeć bez ruchu ledwie się powstrzymywałam, żeby nie wpasć  w szoch i nie zepsuć wszytkiego.
Trzy dni to trwało. Trzy koszmarne dni.
Czwartego ktoś wychowawcę zawołał do biura dyrektorki, więc postawił płaczącą dziecinę moją na dywanie, żeby się nią asystentki zajęły i poszedł. Dziecina w ułamku sekundy rzucła się do drzwi tarasowych, wybiegła, dorwała rowerek i z wyrazem największego szczęścia i satysfakcji na twarzy wsiadła na niego.
O rowerek kurna chodziło, nie o mnie.
Tyle łez niepotrzebnie przez gówniarę wylałam.

Wyrodna matka atakuje (3)

Ferie. Anna, dziewięć i Julia, siedem.
Julia:
– Mamo, nudzi nam się.
– Świetnie, to mam dla was zadanie. Proszę iść do ogródków działkowych, do sklepiku, i dowiedzieć się jak się sadzi bób – co ile centymetrów fasolkę w rzędzie i jakie odległości między rzędami. Następnie proszę przeliczyć ile potrzebujemy nasion na dwa rzędy, jeśli rząd ma pięć metrów. Potem proszę dowiedzieć się, ile będzie taka liczba nasion kosztować. Następnie wszystkiego tego samego proszę się dowiedzieć dla jednego rzędu czosnku. Kierownik tam jest starej daty i będzie wam podawał w calach, ale to nie problem, prawda?
Anna, do siostry:
– Mówiłam ci, nie mów przy mamie, że ci się nudzi…

Wyrodna matka atakuje (2)

– Dziewczyny, na lunch robimy domową pizzę. Z czym chcecie?
– Ja z ananasem, oliwkami i kukurydzą.
– A ja z cebulą, papryką czerwoną i kukurydzą.
– Dobrze. Ja natomiast chcę z cebulą, pieczarkami i salami.
– To co mamo? Każda z nas zrobi sobie swoją, tak?
– Nie, ja zrobiłam spody, wy robicie sos, ser i dodatki.
– O, super mamo!
– Ale jest jeden szkopuł.
– Tak?
– Spody są dwa. Macie zrobić dla każdej z nas po równo i się nie pokłócić.
– O kurcze…

Taka sytuacja (16)

Kiedy ferie październikowe przez ostatnie trzy lata spędzałaś z dziećmi na najzwyklejszych tanich wczasach all inclusive gdzieś pod Barceloną. Przez tydzień przecierałyście ścieżki między stołówką, basenami, plażą i straganami i o to chodziło. W zeszłym roku dzieci były na tyle duże, że zdecydowałaś sie je zabrać na całodniowe zwiedzanie Barcelony. Zniosły to świetnie, bardzo im się podobało i chciały więcej. Toteż zaplanowałaś, że w tym roku nie jedziecie pod Barcelonę, ale do samego centrum, wynajmujecie apartament, czy tam jakieś inne lokum i zwiedzacie miasto dokładnie i powoli, jecie w knajpkach, wieczorami wychodzicie. Bo  już wreszcie, nareszcie przyszedł na to czas.
Ale w sierpniu poszalałaś na wakacjach za wszystkie czasy grubo powyżej budżetu, więc październikowe ferie jednak przesiedzisz w domu, bo trzeba wakacje spłacić najpierw.
Siedzisz więc w domu i czytasz wiadomości, że oto w Barcelonie zamieszki i demonstracje na głównych ulicach, tysiące demonstrantów, starcia z policją, dziesiątki rannych, ogólnie niebezpiecznie i całe szczęście, że was tam nie ma w tej chwili.

Chce się żyć (6)

Kiedy na cotygodniowych zajęciach na płwalni twoje dzieci, lat siedem i dziewięć, od wielu, wielku miesięcy kiblowały w grupie na poziomie czwartym, pomimo, że ewidentnie było widać, że kraulem, żabką i na plecach szło im świetnie i mogłyby od dawna pójść wyżej, to blokował je motylek. Nie potrafily motylkiem całej pełnej długości przepłynąć, w połowie brakowało im pary, musiały odpoczywać. I tak od wielu, wielu tygodni. W końcu któregoś dnia na początku września się udało, jednej i drugiej tego samego dnia, więc je instruktorka puściła wyżej.
Przepisałaś dzieci do nowej grupy, i spodziewałaś się następnego co najmniej pół roku, a maksymalnie całego roku na tym poziomie, bo tyle to średnio dzieciom zajmuje.
Po czwartej lekcji na poziomie piątym podchodzi do ciebie instruktor i mówi, że obie są za dobre do tej grupy i on je widzi poziom wyżej, i masz w sekretariacie zgłosić, żeby je przenieśli w systemie.
Poszłyśmy do sekretariatu. Dziewczyny dostały nowe czepki w kolorze fioletowym, oraz odznaki i dyplomy ukończenia poziomu piątego. Pęczniały z dumy jak nie wiem co.
A mamusia jeszcze bardziej.