Historie zaległe (1)

(Są takie historie, których nigdy sobie na blogu nie opisałam, bo albo za dużo zdradzały prywatności, albo czasu nie miałam czy natchnienia, a siedzą we mnie, i bardzo chcę je tu mieć, bo dzieci zaczynają ten blog czytać i dla nich to ma tutaj zostć na zawsze. Będę je więc pisać, kiedy mi się przypomną, i kiedy najdzie mnie na ich napisanie ochota. Dziś pierwsza.)

„Byle do piątku” powtarzałyśmy sobie ze śmiechem z koleżanką siedząc w szatni w szkole baletowej, czekając na dzieci. Wtedy przypomniałam sobie, że ja w ten piątek do późnego wieczora na wysokich obrotach będę, bo dzieci mają wycieczkę do Crealy z drużyną zuchów, przywiozę je dopiero o dziewiątej. I wtedy zeszłyśmy na temat parków rozwyrki, i tego, jak bardzo ich nie znosimy, ale dzieci uwielbiają, więc trzeba jakoś wyważyć.
– Ale dla mnie Crealy jest wyjątkiem, mam do niego osobisty senstyment – powiedziałam, i zaczełam swoją opowieść.
Samodzielną matką zostałam w lecie, w momencie kiedy dzieci miały nieco powyżej dwóch lat starsza, i pięć miesięcy młodsza. Na placach zabaw radziłam sobie wyśmienicie, bo zajmowałam się starszą, a młodsza albo spała w wózku, albo nas obserwowała i się cieszyła. Szło świetnie, póki młodsza nie zaczęła pełzać a potem chodzić, i już w wózku siedzieć nie chciała. A latanie po placu zabaw w dwie różne strony i asekurowanie po dwóch jego końcach jakoś mi nie wychodziło.
I wtedy odkryłam Crealy. Znałam je wcześniej, ale o nim zapomniałam, więc odkryłam je na nowo. Ogromny park rozrywki, kwadrans za miastem, koło przystanku autobusowego. Dużo atrakcji dla starszych dzieci, ale również mnóstwo dla maluszków. Większość na świeżym powietrzu, ale oprócz tego dwa duże hangary z kilkoma konstrukcjami i „kulkami”. Dla najmłodszych, dla dwu-trzylatków, dla starszych. Romieszczone po brzegach hangaru, a na środku stoliki dla rodziców, spokojnie obserwjących pociechy. Deszcz mógł sobie padać a i tak można było siedzieć cały dzień, i dzieciom się nie nudziło. Niecierpiałam tego miejsca, za tłum, hałas, komercję i wszystko, ale zarazem uwielbiałam, bo siedziałam przy stoliku, młodsza pluskała się w kulkach, starsza wspinała na zjeżdżalnie, a ja nie musiałam za nimi gonić. Były też karuzele, staw, gdzie karmiłyśmy kaczki, pikniki na trawie. Wykupiłam roczny karnet i byłyśmy tam co najmniej raz w tygodniu przez wiele miesięcy. Dzieci uwielbiały.
Aż przyszedł taki dzień, że sielankę przerwał nam mój stan zdrowia i konieczność skupienia się na planie leczenia, który zaproponował mi szpital. Plan obejmował cały full wypas pakiet zabiegów i terapii jakie są dostępne na rynku, rozpoczynał sie w październiku, kończył w maju. Podeszłam do tego zadaniowo, jakby to było szkolenie jakieś, które trzeba odwalić i już. Szłam jak przecinak przez pierwsze tygodnie, ale potem opadałam z sił. Do Creay jeździłyśmy coraz rzadziej, na place zabaw i huśtawki też, jadłyśmy coraz gorzej, głównie gotowce. Coraz częściej moje przyjaciólki wpadały rano, zabierały dzieci i oddawały wieczorem, bo wiedziały, że nie mam siły pieluch zmieniać i karmić. Coraz częściej przynosiły mi gotowe obiady. Albo rozliczały moje podatki.
W najgorszym okresie budziłam się rano, dzieci sadzałam na łóżku z kromką suchego chleba albo ciastkami, włączałam im bajki na laptopie i leżałam koło nich przysypiając co chwila, lub biegając do toalety. I tak całymi dnaimi. Obiecywałam sobie, że kiedy to się skończy, wrócę do sił, będziemy zdrowo jeść, będziemy podróżować i robić ciekawe rzeczy i nadrobimy ten zmarnowany czas. A tymczasem leżałam całymi dniami półżywa.
Do Crealy przestałyśmy jeździć. Dziewczynki pytały, prosiły, a ja mówiłam, że jestem chora, nie mam siły, że będę chora jeszcze jakiś czas i jak skończę leczenie i wyzdrowieję, to pojedziemy. W końcu przestały pytać. Zrezygnowały. A mi serce pękało.
I jeszcze ta przeprowadzka. Finanse mi podupadły, bo zawiesiłam mój internetowy biznesik i przeszłam na długotrwałe chorobowe, przez co nie byłam w stnie utrzymać dużego domu i zminiłam na mniejszy. Przeprowadzka poszła gładko, bo mnie po prostu przyjaciółka przeprowadziła. Przyjechała na kilka dni, spakowała mnie, przeprowadziła, wysprzątła nowa chałupę. I pojechała. Zostałam na nowym miejscu, z pudłami, domem do remontu, dwójką dzieci, długami i kompletnie bez sił na cokolwiek. Zmieniałam pieluchy, robilam kanapki i frytki mrożone z paluszkami rybnymi. I padałam wykończona. Tyle.
Trzeciego jakoś dnia usiadłam na środku salonu, rozejrzałam się. Wszystko w pudłach, workach, reklamówkach. „Mój Boże, kiedy ja to rozpoakuję” – pomyślałam beznadziejnie. Może zrobię plan, że po jednym pudle dziennie…
Przytuliłam mocno dzieci. Miały wtedy dwa i cztery lata.
– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam. – Od teraz wszystko będzie już dobrze. Wczoraj miałam ostatni zabieg. Skończyłam całe leczenie i jestem już zdrowa – zakomunikowalam.
– Jej! To możemy teraz pojechać do Crealy, tak? – ucieszyły sie natychmiast, a ja momentlanie zalałam się łzami. Moje maleńkie dziewczynki pamiętły i czekały cierpliwie cały ten czas, tyle miesięcy.
„Pieprzyć pudła” – pomyślałam.
Następnego dnia wstałyśmy rano i pojechałyśmy do Crealy. Pierwszy raz byłyśmy bez wózka. Tego dnia była przepiękna pogoda. Chodziłyśmy za ręce od karuzeli do piaskownicy, od stawu do zjeżdżalni. Nieśpiesznie. Spokojnie. Dziewczynki szczęśliwe gadały jak najęte. Cieszyły się wszystkim. Ja czułam się jakbym wróciła do domu z dalekiej i ciężkiej podróży.
To był najlepszy dzień w moim życiu.

Taka sytuacja (14)

– Julka, ty masz coś z dykcją. Nie, że seplenisz, ale ci te szeleszczące sylaby ciężko jakoś idą, wiesz? – powiedziałam wczoraj z nienacka do młodszej córki mej, siedmioletniej. – Zwalam to na zęby, a raczej ich brak, ale już ci wyrosły, a ty dalej. Nie, żeby mi się chciało do logopedy z tobą latać, bo aż tak nie kaleczysz, ale może jakieś ćwiczenia na dykcję sobie w internecie znajdziemy, co?
– O, ja wiem, ja wiem! – Wtrąciła się starsza, dziewięcioletnia. – Kiedyś jak byłam u B, to on miał przez internet sesję z logopodą z Polski i ćwiczył tak, że miał mówić jakieś wyrazy mając takie plastkowe małe coś w buzi i trzymał to zębami – poinformowała.
– A tak, jak byłam dzieckiem to faktycznie tak ćwiczyliśmy dykcję w szkole, pamiętam. Mieliśmy do tego takie korki od wina, żeby zębów nie zniszczyć – przypomniało mi się. – No cóż, trzeba będzie raz jeden nie wziąć wina z najniższej półki, tylko takie średnie, żeby korek miało, a nie zakrętkę. A wszystko dla was dziewczynki moje. Jak mus to mus. Się poświęcę.

Chce się żyć (5)

Kiedy noc była cieżka, bo spałaś tylko dwie godziny. Kiedy dzień w pracy był ciężki, bo byłaś niewyspana. Kiedy po pracy jakieś szybkie zakupy i biegiem pod szkołę, skąd zabrałaś dzieci (lat siedem i dziewięć) prosto na pływalnię, gdzie było dużo emocji, trochę ekscytacji pomieszanej ze strachem, bo dzieci po około dwóch latach u jednej ulubionej instruktorki przeszły na kolejny poziom, do nowej grupy z nowym nauczycielem, więc trochę żal, że rozstanie i kartka na podziękowanie za naukę, trochę ciekawość co dalej, jaki jest nowy nauczyciel. Koniec końców poszło świetnie, ale przeżycia wypaliły cię z resztek energii.
W domu obiad,  potem jedna się kąpie, druga ćwiczy grę na pianinie, potem zmiana. Ty się krzątasz, ogarnaisz kuchnię, jakieś rachunki płacisz bo przyszły, sprawdzasz pogodę na jutro i cieszysz się, że ma padać, bo posadziłaś prawie sto truskawek na działce i nie musisz jutro lecieć ich podlewać, sprawdzasz godziny otwarcia hurtowni mundurów harcerskich, bo starszej się miejsce na szarfie na odznaki skończyło, i trzeba nową dokupić, do systemu szkoły się logujesz, przelew na wycieczkę robisz, terminy zebrań rodziców sprawdzasz, menu na szkolny lunch na jutro, potwierdzasz sms’em jednej mamie, ze młodsza weźmie udział w przyjęciu urodzinowym w sklepie Lego, szukasz na ebay pakietu dziesieciu różnych kartek urodzinowych dla dzieci, bo sie skończyły, a sezon na przyjecia urodzinowe się zaczął.
Potem prysznic. Zmęczona schodzisz na dół w piżamie, myśląc, że wreszcie, nareszcie sobie dziś usiądziesz.
Wchodzisz do salonu. Sofa rozłożona, pościelona. Jedna leży na brzuchu i macha nogami w górze, druga ma głowę na jej plecach, nogi podkurczone. Obie zaczytane w swoich grubych tomiskach przytarganych ze szkoły. Leżą, czekają na ciebie, i czytają sobie. Tak po prostu.
I chce się żyć.

Jak żyć? (34)

Kiedy od trzech tygodni od powrotu z wakacji i rozpoczęcia nowego roku szkolnego z trudem próbujesz się wdrożyć w tygodniową rutynę, w pracę, działkę, szkołę, balet, basen i pierdylion jednorazowych akcji, które radośnie wszyscy wymyślają, żeby ci uprzykrzyć życie, jak zebrania rodziców, dni otwarte w szkołach średnich, kontrole u dentysty i okulisty, a ty ledwie już zipiesz i resztkami ostatnimi sił stajesz raz dziennie przy garach, żeby jedzenie było domowe, zdrowe, zbilansowane, dużo warzyw i ryb, niedużo mięsa, mało smażone, urozmaicone, nisko przetworzone, żeby świeżutka surówka, błonnik, bez dodatku cukru, mało soli, ładnie na talerzu, woda w szklaneczce, serwetka…
I kiedy w piątkowy wieczór, kiedy już naprawdę nie masz siły powłóczyć nogami, kiedy marzysz o pościeli, kiedy jest ci tak wszystko jedno, że nie masz nawet ochoty otworzyć wina na „piąteczek piątunio”, ostatkiem sił rzucasz na talerz po kawałku chleba pita, bo tylko taki masz w domu, walisz na to podgrzaną fasolkę w sosie pomodorowym z puszki i posypujesz startym żołtym serem. Wygląda jak sraczka, smakuje jak sraczka. Ale trudno, zjedzą to gówno, albo idą spać głodne. Ty się dziś poddajesz.
Wołasz w eter, czyli do dzieci, które właśnie kończą się przebierać w piżamy po prysznicu, że kolacja na stole.
Przybiega młodsza, spogląda na talerz. Skacze z radości i podekscytowana wraca na schody. Biegnie na górę wołając:
– Anna! Come down! It looks amazing!*

Ania! Schodź na dół! Wygląda fantastycznie!

Taka sytuacja (13)

– Dziewczyny, Sajmon* dzwonił, że mu lekcja wypadła i będzie dziś wcześniej, OK?
– Tak – zgodziła się łaskawie pierworodna, lat dziewięć. – To o której będzie?
– Za godzinę – poinformowałam.
– Ojej! Nie zdążę! – krzyknęła i pobiegła, jak mi się wydawało, usiąść do pianina i poćwiczyć.
Ale nie. Pobiegła piec szarlotkę.

* nauczyciel gry na pianinie

Taka sytuacja (12)

– O kurwa, ależ jetem inteligentna – poinformowałam samą siebie z zadowoleniem.
Na słowa te dziecię me pierowrodne, lat dziewięć, ostentacyjnie przeniosło wzrok z ekranu telewizora na mnie, i nie przestawając żuć zapiekanki umiejscowionej w otworze gębowym, znaczącym wzrokiem zażądała uzasadnienia mej wypowiedzi.
– „Inteligentni ludzie są bałaganiarzami, późno chodzą spać i więcej przeklinają” – przeczytałam na głos tytuł artykułu w internecie.
– A, to ja też jestem – poinformowała zatem.
– A to ty też klniesz? Nie słyszałam nigdy – zdziwiłam się.
– Bo dzieciom nie wolno, to klnę jak nikt nie słyszy.

Wyrodna matka atakuje (1)

Niedziela, około południa. Matka nawiozła sobie roboty z pracy na weeeknd i jest zajęta. Dzieci, lat dziewięć i siedem, muszą się same sobą zająć.
– Mamo, nudzi nam się.
– Idźcie na podwórko.
– E…
– To poczytajcie.
– E…
Kurwa. Pokoje pełne zabawek i książek. Pogoda idealna. Rowery w szopce. Plac zabaw za rogiem. A im się nudzi i nic im nie pasuje. Noż ja pierdzielę.
– Do mnie obie, z kartkami papieru i długopisami! Natychmiast!
Przyszły.
– Uwaga dyktuję. Lista rzeczy do zrobienia, drukropek. Jeden. Poskładać pranie z wieszaków. Dwa. Spelling i tabliczka mnożenia – powtórzyć swoje i przepytać siostrę. Trzy. Wyprać mundurki szkolne. Cztery. Poczytać po polsku. Macie? Czy taki plan wam pasuje?
– E…
– Dobrze. Dyktuję dalej. Pięć. Wyszorować kibel. Sześć. Obrać ziemniaki. Teraz lepiej?
– Dobra, dobra. Załapałam. Pasuje.

Kartka z kalendarza (27)

Trzynasty września anno domini 2019.
Nie czytam wiadomości ostatnio, nagłówki tylko, więc co we świecie słychać to dokładnie nie wiem, ale zdaje się, że ojczyzny moje obie są na ostatniej prostej przed rewolucją październikową.
Każda pod wodzą niekwestionowanego wizjonera. Jeden idzie w narodowo-katolicką dyktaturę, gdzie bez świadectwa chrztu nic nie załatwisz, drugi w powrót wielkeigo imperium, czyli cale, stopy, jadry, oraz szylingi i denary.
A że panowie nie mają na rynku żadnej kompleksowej i spójnej konkurencji, to na październik trzeba będzie podwójny popkorn przygotować.
Na niwie rodzinnej dziś natomiast kamień milowy, przełom, no zwrot akcji taki, że ja cię proszę.
Dziecię moje młodsze, siedmioletnie, dziś zaliczyło pierwszy w życiu swym krótkim acz aktywnym, cały pełny tydzień chodzenia do szkoły w tej samej bluzie, i nie ma na tej bluzie błota, farb, spagetti, czekolady, flamastwów, kleju. Nic nie ma. Tylko szkolne logo.
I co ja z zapasowymi bluzami pocznę teraz?

Początek roku szkolnego

Rok szkolny dzieci moje rozpoczęły z przytupem. Pierworodna, lat dziewięć już pierwszego dnia wrócila z opatrunkiem na nodze i z formularzem informującym o incydencie fiknięcia na drabinkach za bardzo. Dwa około dni później dla odmiany „role model” dyplom przyniosła, czyli taki w nagrodę, za bycie miłą i pomocną dla kolegów tym razem. Młodsza za to, siedmioletnia, wiadomosć przyniosła, że od początku tego roku przeczytała już dwanaście tysięcy słów ze szkolnej biblioteki, czyli jakieś trzy książki, czyli dużo. Nie wiem kiedy ona to czyta, chyba w nocy z latarką pod kołdrą, bo ja osobiście zmuszam ją do czytania po polsku na głos, a szkolnych książek nawet nie oglądam. W każdym razie widać, że się dzieciny za szkołą stęskniły i się nią cieszą.
Mnie się natomiast ten rok szkolny jakoś nie mógł zacząć. Rodzice pod szkołą albo jeszcze podekscytowani, albo już zmęczeni, a ja taka jakaś zawieszona, dalej jakby myślami na wakacjach byłam, roku szkolnego nie czułam.
Do dziś.
Bo dziś budzik zadzwonił o piątej. Wstałam, kawkę zrobiłam, przykleiłam siedemset zestawów szminek z koralikami i branzoletką do siedniuset gazetek, popakowałam po dwadzieścia osiem szuk do pudełek, pozaklejałam, zapakowałąm pudełka do samochodu, posprzatałam po robocie w kuchni, i w sam raz była siódma trzydzieści i poszłam zbudzić dzieci.
Zeszły na dół ubrane, zaplotłam warkocze, dałam śniadanie, zapakowałam lunch boxy, zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam, wsiadłam w samochód, pojechałam do pracy. rozładowałam pudła na paletę, wzięłam nowe zlecenie, część rozłożyłam sobie na biurku do zrobienia na miejscu, część spkowałam do samochodu.
O drugiej wyjechałam z pracy, podjechałam pod dom, rozładowałam towar z samochodu, zjadłam kanapkę.
Podjechałam pod szkołę przed trzecią. Skoczyłam do pobliskiej pizzerii i zakupiłam trzy małe „personal” pizze. Margeritę, hawajską i hawajską z oliwkami. Poszłam pod szkołę. Odebrałam swoje dwie szuki potomstwa oraz jedną dodatkową o imieniu G., której rodzicie prosili mnie o zajęcie sie nią na kilka godzin, bo coś mają do załatwienia. Rozdałam dziewczynkom ich pizze według zamówienia i zostawiłam je na szkolnym korytarzu w pobliżu klasy młodszej córki, gdzie miałam „meet the teacher”, czyli coś w rodzaju wywiadówki. Po pół gdzinie wyszłam, wyrzuciłam pudełka po pizzy do kosza i zabrałam dzieciarnię do samochodu.
Zawiozłam do szkoły baletowej, gdzie moje miały mieć trzy półgodzinne lekcje, G. zaś tylko dwie. Przebrały się i moje weszły na salę, a ja siedziałam trzydziesci minut z G., która w tym czasie czytała książkę. Po pół godzinie G. dołączyła do grupy a ja miałam godzinę dla siebie, czyli na szybkie zakupy spożywcze i zatankowanie samochodu.
O szóstej trzydzieści odebrałam swoje dzieci, a G. odebrali jej rodzice.
Wsiadłyśmy do auta. Przypomniałam dzieciom, że dziś jest dzień otwarty w szkole średniej, do której pierworodna chciałaby iść za dwa lata, i dziś, i tylko dziś jest okazja tam wejść i się rozejrzeć, następna będzie za rok, więc niech zdecydują, czy mają jeszcze na to siłę.
Miały. Zdychałam tam ze zmęczenia, ledwie nogami powłóczyłam, a one zaliczyły wszystkie sale, wszystkie klasy, jakieś eksperymenty z ogniem robiły, jakieś zagadki historyczne, jakąś mapę wygrały nie wiem za co bo nie miałam siły słuchać, na próbie kółka teatralnego były, na sali gimnastycznej jakieś gole strzelały, orkiestry dętej słuchały, cuda na kiju. Obie zachwycone szkołą, koniecznie chcą do niej chodzić. Wyszłyśmy stamtąd o ósmej. Bo zamykali. Na szczęście.
W domu szybka kolacja, prysznic i spać.
Jest dziesiąta. Budzik na piątą nastawiam, bo gazetki nawiozłam do zrobienia przecież.
Także tak, dziś czuję, że i dla mnie rok szkolny się rozpoczął.

Taka sytuacja (11)

Przytargałyśmy z działki plony w postaci ostatnich ogórków i cukiń, zielonych pomidorów, dyni i kilku kilogramów jabłek. Wzięłam się szybko za jabłka, bo to opadówki były potłuczone, kilka robaczywych, więc odkrajałam, czyściłam i kroiłam na kawałki, nie mając jeszcze pojęcia, co z nich zrobię. Przyszła pierworodna, lat dziewięć i uznała, że zrobi apple crumble. Wyciągnęła składniki i zaczęła robić kruszonkę. Przyszła na to młodsza, siedmioletnia. Rozejrzała się po kuchni.
– A ja co mam robić? – zapytała.
– A ty nam coś poczytaj po polsku – powiedziałam, co było żartem oczywiście, bo ona po polsku duka, trzeba przy niej siedzieć i poprawiać, jest to frustrujące i dla niej i dla mnie, dlatego ona tego unika jak może i traktuje jak karę, a ja żeby jej nie zniechęcać, nie nalegam, więc od wielu tygodni tego nie robiłyśmy. Zresztą wakacje były i w ogóle.
Ale dziecina nie złapała żartu zupełnie. Wyszła więc z kuchni, wróciła po chwili z książką, usiadła, otwarła gdzieś w środku i całkiem płynnie, bez większych pomyłek przeczytała całe opowiadanie*.

* „Złota Księga Bajek”, Masza i Niedźwiedź, Hokus-pokus