Taka sytuacja (12)

– O kurwa, ależ jetem inteligentna – poinformowałam samą siebie z zadowoleniem.
Na słowa te dziecię me pierowrodne, lat dziewięć, ostentacyjnie przeniosło wzrok z ekranu telewizora na mnie, i nie przestawając żuć zapiekanki umiejscowionej w otworze gębowym, znaczącym wzrokiem zażądała uzasadnienia mej wypowiedzi.
– „Inteligentni ludzie są bałaganiarzami, późno chodzą spać i więcej przeklinają” – przeczytałam na głos tytuł artykułu w internecie.
– A, to ja też jestem – poinformowała zatem.
– A to ty też klniesz? Nie słyszałam nigdy – zdziwiłam się.
– Bo dzieciom nie wolno, to klnę jak nikt nie słyszy.

Wyrodna matka atakuje (1)

Niedziela, około południa. Matka nawiozła sobie roboty z pracy na weeeknd i jest zajęta. Dzieci, lat dziewięć i siedem, muszą się same sobą zająć.
– Mamo, nudzi nam się.
– Idźcie na podwórko.
– E…
– To poczytajcie.
– E…
Kurwa. Pokoje pełne zabawek i książek. Pogoda idealna. Rowery w szopce. Plac zabaw za rogiem. A im się nudzi i nic im nie pasuje. Noż ja pierdzielę.
– Do mnie obie, z kartkami papieru i długopisami! Natychmiast!
Przyszły.
– Uwaga dyktuję. Lista rzeczy do zrobienia, drukropek. Jeden. Poskładać pranie z wieszaków. Dwa. Spelling i tabliczka mnożenia – powtórzyć swoje i przepytać siostrę. Trzy. Wyprać mundurki szkolne. Cztery. Poczytać po polsku. Macie? Czy taki plan wam pasuje?
– E…
– Dobrze. Dyktuję dalej. Pięć. Wyszorować kibel. Sześć. Obrać ziemniaki. Teraz lepiej?
– Dobra, dobra. Załapałam. Pasuje.

Kartka z kalendarza (27)

Trzynasty września anno domini 2019.
Nie czytam wiadomości ostatnio, nagłówki tylko, więc co we świecie słychać to dokładnie nie wiem, ale zdaje się, że ojczyzny moje obie są na ostatniej prostej przed rewolucją październikową.
Każda pod wodzą niekwestionowanego wizjonera. Jeden idzie w narodowo-katolicką dyktaturę, gdzie bez świadectwa chrztu nic nie załatwisz, drugi w powrót wielkeigo imperium, czyli cale, stopy, jadry, oraz szylingi i denary.
A że panowie nie mają na rynku żadnej kompleksowej i spójnej konkurencji, to na październik trzeba będzie podwójny popkorn przygotować.
Na niwie rodzinnej dziś natomiast kamień milowy, przełom, no zwrot akcji taki, że ja cię proszę.
Dziecię moje młodsze, siedmioletnie, dziś zaliczyło pierwszy w życiu swym krótkim acz aktywnym, cały pełny tydzień chodzenia do szkoły w tej samej bluzie, i nie ma na tej bluzie błota, farb, spagetti, czekolady, flamastwów, kleju. Nic nie ma. Tylko szkolne logo.
I co ja z zapasowymi bluzami pocznę teraz?

Początek roku szkolnego

Rok szkolny dzieci moje rozpoczęły z przytupem. Pierworodna, lat dziewięć już pierwszego dnia wrócila z opatrunkiem na nodze i z formularzem informującym o incydencie fiknięcia na drabinkach za bardzo. Dwa około dni później dla odmiany „role model” dyplom przyniosła, czyli taki w nagrodę, za bycie miłą i pomocną dla kolegów tym razem. Młodsza za to, siedmioletnia, wiadomosć przyniosła, że od początku tego roku przeczytała już dwanaście tysięcy słów ze szkolnej biblioteki, czyli jakieś trzy książki, czyli dużo. Nie wiem kiedy ona to czyta, chyba w nocy z latarką pod kołdrą, bo ja osobiście zmuszam ją do czytania po polsku na głos, a szkolnych książek nawet nie oglądam. W każdym razie widać, że się dzieciny za szkołą stęskniły i się nią cieszą.
Mnie się natomiast ten rok szkolny jakoś nie mógł zacząć. Rodzice pod szkołą albo jeszcze podekscytowani, albo już zmęczeni, a ja taka jakaś zawieszona, dalej jakby myślami na wakacjach byłam, roku szkolnego nie czułam.
Do dziś.
Bo dziś budzik zadzwonił o piątej. Wstałam, kawkę zrobiłam, przykleiłam siedemset zestawów szminek z koralikami i branzoletką do siedniuset gazetek, popakowałam po dwadzieścia osiem szuk do pudełek, pozaklejałam, zapakowałąm pudełka do samochodu, posprzatałam po robocie w kuchni, i w sam raz była siódma trzydzieści i poszłam zbudzić dzieci.
Zeszły na dół ubrane, zaplotłam warkocze, dałam śniadanie, zapakowałam lunch boxy, zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam, wsiadłam w samochód, pojechałam do pracy. rozładowałam pudła na paletę, wzięłam nowe zlecenie, część rozłożyłam sobie na biurku do zrobienia na miejscu, część spkowałam do samochodu.
O drugiej wyjechałam z pracy, podjechałam pod dom, rozładowałam towar z samochodu, zjadłam kanapkę.
Podjechałam pod szkołę przed trzecią. Skoczyłam do pobliskiej pizzerii i zakupiłam trzy małe „personal” pizze. Margeritę, hawajską i hawajską z oliwkami. Poszłam pod szkołę. Odebrałam swoje dwie szuki potomstwa oraz jedną dodatkową o imieniu G., której rodzicie prosili mnie o zajęcie sie nią na kilka godzin, bo coś mają do załatwienia. Rozdałam dziewczynkom ich pizze według zamówienia i zostawiłam je na szkolnym korytarzu w pobliżu klasy młodszej córki, gdzie miałam „meet the teacher”, czyli coś w rodzaju wywiadówki. Po pół gdzinie wyszłam, wyrzuciłam pudełka po pizzy do kosza i zabrałam dzieciarnię do samochodu.
Zawiozłam do szkoły baletowej, gdzie moje miały mieć trzy półgodzinne lekcje, G. zaś tylko dwie. Przebrały się i moje weszły na salę, a ja siedziałam trzydziesci minut z G., która w tym czasie czytała książkę. Po pół godzinie G. dołączyła do grupy a ja miałam godzinę dla siebie, czyli na szybkie zakupy spożywcze i zatankowanie samochodu.
O szóstej trzydzieści odebrałam swoje dzieci, a G. odebrali jej rodzice.
Wsiadłyśmy do auta. Przypomniałam dzieciom, że dziś jest dzień otwarty w szkole średniej, do której pierworodna chciałaby iść za dwa lata, i dziś, i tylko dziś jest okazja tam wejść i się rozejrzeć, następna będzie za rok, więc niech zdecydują, czy mają jeszcze na to siłę.
Miały. Zdychałam tam ze zmęczenia, ledwie nogami powłóczyłam, a one zaliczyły wszystkie sale, wszystkie klasy, jakieś eksperymenty z ogniem robiły, jakieś zagadki historyczne, jakąś mapę wygrały nie wiem za co bo nie miałam siły słuchać, na próbie kółka teatralnego były, na sali gimnastycznej jakieś gole strzelały, orkiestry dętej słuchały, cuda na kiju. Obie zachwycone szkołą, koniecznie chcą do niej chodzić. Wyszłyśmy stamtąd o ósmej. Bo zamykali. Na szczęście.
W domu szybka kolacja, prysznic i spać.
Jest dziesiąta. Budzik na piątą nastawiam, bo gazetki nawiozłam do zrobienia przecież.
Także tak, dziś czuję, że i dla mnie rok szkolny się rozpoczął.

Taka sytuacja (11)

Przytargałyśmy z działki plony w postaci ostatnich ogórków i cukiń, zielonych pomidorów, dyni i kilku kilogramów jabłek. Wzięłam się szybko za jabłka, bo to opadówki były potłuczone, kilka robaczywych, więc odkrajałam, czyściłam i kroiłam na kawałki, nie mając jeszcze pojęcia, co z nich zrobię. Przyszła pierworodna, lat dziewięć i uznała, że zrobi apple crumble. Wyciągnęła składniki i zaczęła robić kruszonkę. Przyszła na to młodsza, siedmioletnia. Rozejrzała się po kuchni.
– A ja co mam robić? – zapytała.
– A ty nam coś poczytaj po polsku – powiedziałam, co było żartem oczywiście, bo ona po polsku duka, trzeba przy niej siedzieć i poprawiać, jest to frustrujące i dla niej i dla mnie, dlatego ona tego unika jak może i traktuje jak karę, a ja żeby jej nie zniechęcać, nie nalegam, więc od wielu tygodni tego nie robiłyśmy. Zresztą wakacje były i w ogóle.
Ale dziecina nie złapała żartu zupełnie. Wyszła więc z kuchni, wróciła po chwili z książką, usiadła, otwarła gdzieś w środku i całkiem płynnie, bez większych pomyłek przeczytała całe opowiadanie*.

* „Złota Księga Bajek”, Masza i Niedźwiedź, Hokus-pokus

Jak żyć? (33)

Kiedy w ostatni dzień wakacji przed pójściem dzieci do szkoły bierzesz wolne z pracy i spędzasz z nimi dzień. Sprawdzacie stan i ilość mundurków, wyrzucacie za małe, robicie listę, co dokupić, kompletujecie zawartość piórników i strój na WF i takie tam inne przyjemne wspólne przygotowania.
Następnie wsiadacie w samochód, jedziecie do supermarketu odzieżowego i kupujecie wszystko z listy, w sklepie z telefonami załatwiacie też jedną pilną sprawę, i wtedy na widok pobliskiego McDonalds mówisz:
– A pamiętacie dziewczyny, że dwa lata temu i rok temu w ostatni dzień wakacji tak się składało, że wylądowałyśmy na obiad w McDonalds, i śmiałyśmy się, że to będzie taka nasza tradycja na pożegnanie wakacji? To może chodźmy dziś, bo i tak nie mam nic na obiad przygotowane i musimy zjeść na mieście.
I w odpowiedzi dostajesz od dziewięcio i siedmiolatki wykład o niehumanitarnym uboju zwierząt, ilości cukru w coli, i wreszcie śmieciach po takim jedzeniu, w którch nasza planeta tonie.
I musisz ty, rodzic, prosić dzieci, żeby dały się zabrać do McDonalds i obiecać, że to jest naprawdę ostatni raz.
Co za czasy…