Jak wybrać się na wakacje życia – instrukcja przydługa i chaotyczna, ale lepszej nie będzie

1. Po pierwsze, trzeba mieć przyjaciółkę, która rzuca faceta i stwierdza, że teraz będzie robiła wszystko, czego przez ostatnie lata jej się nie udało zrobić, bo jakoś jemu ciagle nie pasowało i się nie dało. „A ty będziesz to wszystko robiła ze mną” – rzuca do ciebie i w ten sposób dowiadujesz się, że jedziesz na wakacje do Szkocji, które tobie samej nigdy w życiu nie przyszłyby do głowy.
(Potem okazuje się, że rzuciła faceta nieskutecznie, więc całe wakacje do siebie wydzwaniają, ale plan pozostaje bez zmian, i jedziecie we dwójkę.)

2. Zaczynacie od Edynburga, bo tam jest ten zamek, który w ogóle was nie interesuje, ale trzeba go zaliczyć, bo wszyscy tak mówią, więc miejmy to od razu z głowy. Zamek okazuje się zajebisty, jesteście oczarowane, łaziecie po nim ponad trzy godziny i robicie pierdylion zdjęć, bo pogoda o dziwo dopisuje. Z zamku idziecie na Royal Mile, czyli taki deptak dla turystów, z dziesiątkami kafejek, sklepów z pamiątkami, i zatrzęsieniem ulicznych performerów i grajków, bo w sierpniu w Edynbudru jest ich festiwal. Zauważacie, że w starym mieście, które się zwiedza, nie ma współczesnego życia bieżącego, bo ono odbywa się gdzie indziej, i bardzo wam sie podoba fakt, że nikt się tu nie śpieszy, nie jest zestresowany, zabiegany, wszyscy są na wakacjach i wyluzowani.
Wstępujecie też na seans Edinburgh Dungeon, bo miałyście darmowe bilety z gazety, i macie mieszane uczucia; to znaczy dzieci byście tam nie zabrały, same drugi raz też nie poszły, ale w sumie, warto było taką atrakcję raz zaliczyć.
Zjadacie swojskie lokalne szkockie danie w pubie i wracacie na swój kemping w Linwater.

3. W nocy pada rzęsisty deszcz, więc o szóstej rano budzi cię boksowanie kół zaparkowanej obok pachnącej nowością rocznej VW Californii, która zapadła się w błocie, a dwie podróżujące nią Holenderki muszą ją oddać do pobliskiej wypożyczalni i za trzy godziny mają samolot. Godzinę trwa zaczepianie zbudzonych już w pobliskich namiotach i kamperach turystów, i proszenie ich o pomoc. Kiedy jest was już około sześcioro, koła w błocie do połowy felgi, wszyscy znawcy już wypróbowali podłożyć kamienie, wycieraczki i dywaniki, samochód ani drgnie a dziewczyny coraz bardziej nerwowe, pojawia się ktoś z terenówką, że niby wyciągnie Californię na holu. Po ogólym „hura!, hura!” następuje półodzinne szukanie metodą wzrokową i macaniem ręcznym, gdzie California ma hak. Nie ma. Dziewczyny wydzwaniają do wypożyczalni, żeby się dowiedzieć, ale jeszcze nieczynna. Szukają w google i na youtubie, ale w nerwach nic nie znajdują. Wtedy na scenę wkracza Asiulka, twoja towarzyszka podróży. Wkracza cała na biało, w piżamie i klapkach, z włosem rozczochranym, gębą skrzywioną, wściekła, że o świcie taki hałas koło namiotu. Od niechcenia rzuca, że California ma w zderzaku zaślepkę, się ją ściąga, i wkręca się hak, który musi być w schowku z tyłu. Następnie ziewając udaje się do toalety.

4. California szczęśliwie odjeżdża, a wy udajecie się na drugi dzień wycieczki po Edynburgu. Zaliczacie Arthur’s Seat, czyli niewielką górkę która znajduje się na obrzeżach miasta. Idzie się na nią jakieś pół godziny, szlakiem górskim po kamieniach. Ze szczytu ogląda się panoramę miasta. No ładna, ale szału nie ma, bo my podróże lubimy, sporo widziałyśmy i doszłyśmy już do punktu w życiu, że nie wszystko nas zachwyca, i w dupie mamy, że nie wypada się nie zachwycać. Zadowolne jesteśmy, że nie pada, tylko wieje, bo w Szkocji to fart. Na szczycie Asiulka rzuca ni w pięć ni w dziesięć, że poszłaby chętnie do sauny się wygrzać, bo dawno nie była. Czyli jakieś cztery dni w jej przypadku.
Schodzicie ze szczytu i parę kroków macie do Pałacu Holyrood, czyli Szkockiej siedziby królowej. Macie tam zamiar rzucić okiem na to, czego brakowało wam w zamku wczoraj, czyli pokoje użytkowe z meblami. Kolejka do biletów na kwadrans. Kolejka z biletami do wejścia na dwa następne. No nie chce wam się. Rozglądacie się za kiblem, bo to jakby chwilowo bardziej istotne jest. Dokładnie za wami, po drugiej stronie ulicy stoi budynek, który tobie podoba się architektonicznie, bo jest nowoczeną konstrukcją ze szkła, betonu i drewna. Przyglądasz się i ze zdziwieniem stwierdzasz, że to budynek szkockiego parlamentu, i że można go sobie wejść pozwiedzać, posiedzieć na galerii dla widzów, a ciebie takie atrakcje jarają na całego. Dodatkowo Asiulka, która ma większą wadę wzroku niż ty i musi zakłądać soczewki codziennie, w efekcie czego widzi lepiej niż ty, bo tobie ciągle się jeszcze wydaje, ze widzisz dobrze i dasz rade bez szkieł, no więc Asiulka wypatruje, że w budynku parlamentu aktalnie jest wystawa World Press Photo.
„Pieprzyć meble królowej” – stwierdzacie i idziecie na wystawę i zwiedanie parlamentu.
Po południu wsiadacie w auto i udajecie się w kierunku Loch Ness, które jest waszym punktem numer dwa na trasie.
O siódmej, kiedy już macie dość jazdy, znajdujecie pierwszy lepszy kemping w Inverness, gdzie oczywiście nie ma już miejsc, jak na poprzednim zresztą, ale jak się dobrze uśmiechniecie do chopaka z obsługi, to gdzieś was wciśnie na jedną noc na jakiś trawnik obok pryszniców. Rozkładając namiot zauważacie, że za płotem z dużego budynku wystają kolorowe rury, takie jak zjeżdżalnie… W parku wodnym! Ze spa! Wieczór spędzacie grzejąc tyłki w saunie i mocząc je w jacuzzi.

5. Rano zbieracie się i jedziecie nad Loch Ness do Drumnadrochit. Kupujecie bilet na rejs po jeziorze na małym, kamaralnym stateczku na kilkanaście osób. Słuchacie opowieści o jeziorze, jego głębokości, kubaturze, badaniach prowadzonych, żeby je zbadać, o ruinach zameczku, który mijacie, o potworze, który jest oczywiście mistyfikacją, ale niegroźną, więc skoro nabija kasę, to niech sobie żyje swoim zyciem. Widoki w porządku, wszystko fajnie, ale jakoś macie wrażenie, że znowu szału nie ma, że przereklamowane to jak Stonehenge conajmniej. „Zaliczyło się raz i wystarczy” – stwierdzacie i wsiadacie w samochód, żeby udać się w kierunku wyspy Skye.

6. Droga na Skye wiedzie przez doliny Great Glen i Glen Shiel.
Jest to najpiękniejsze miejsce na ziemii jakie dotąd widzałyśmy. Amen.
Nie mamy stamtąd zdjęć. Nie było sensu robić. Nie da się. Nie da się oddać nawet pięciu procent tego co ma się w głowie i w sercu jak się tam jest.

7. Wjeżdżacie na Skye mostem, który jest prosty i piękny i znajdujecie pierwszy lepszy kemping, czyli akurat Sligachan. Widoki są zachwycające, co już was w ogóle nie dziwi.

8. W nocy jest burza. Szkocka burza. Doświadczenie, które potwierdza, że nie trzeba było wydawać majątku na porządny namiot, bo twój z Lidla za 24,99 poszedł w srzępy tylko pół godziny wcześniej niż pozostałe na polu namiotowym.
Przy odrobinie sprytu i nie mając chwilowo innego wyjścia, dochodzisz do wniosku, że osobowy samochód jest bardzo wygodnym kamperem dla dwóch osób.
Zainteresowanych zapraszam na autorskie szkolenie z zakresu: Jak w Peugeocie 307 rozłożyć na płasko dwie pełnowymiarowe samopompujące karimaty.

9. Rano suszycie się i zwiedzacie wyspę. Skye to takie miejsce na ziemii, gdzie ludzie wiedzą, że jest XXI wiek, internet, gps, i inne takie, i mają to głęboko w dupie. Żyje sie tam nieśpiesznie i spokojnie. Wsie składają się z kilku domów oddalonych o kilkaset metrów. Młoda kobieta obsługująca cię na kempingu poza sezonem pracuje w szkole. Uczy pierwszą, druga i trzecią klasę. Razem siedmioro dzieci. Jej koleżanka z pracy uczy ósemkę dzieci, czyli klasę czwartą, piątą i szóstą. I to by było na tyle. Cała szkoła. Masz wrażenie, że znalazłaś się w rzeczywistości „Dzieci z Bullerbyn”. Zajebiście.
Zaliczyłyśmy po kolei:
– The Storr, czyli skały sterczące z trawy, jak każda inna skała na wyspie, ale te się zwiedza szczególnie, to zwiedziłyśmy,
– Lealt Falls, czyli wodospad, taki jak dziesiatki innych co kikaset metrów, ale te są jakieś widać insze, znaczy, ze parkimg do zwiedzania mają,
– Kilt Rock, pukt widokowy, jakich tam wiele, oczywiście widoki piękne,
– Slipway Beach w Staffin Bay, czyli zatoczka której nie ma w przedodnikach, ale tam się nam podobało, to wpadłyśmy,
– ruiny zamku Duntulum, których nie ma, bo ich nie znalazłyśmy, pewnie się całkiem rozpadły, ale 0rpzewodniki jeszcze o tym nie wiedzą,
– skansen jakiś przy drodze przypadkowo spotkany, ale nieczynny,
– Uig, brzydka portowa wieś.
Nocleg na przypadkowm jak zwykle kempingu. Kinloch Campsite w Dunvegan.

10. Kolejny dzień:
– Zamek w Dunvegan, do którego nie weszłyśmy, bo nie. Nie spodobało sie nam, że trzeba kupić bilet w bramie która szczelnie zasłania widok i nie widać co się będzie zwiedzało. Miałyśmy też chyba dość zamków po prostu,
– Droga z Dunvegan do Coral Beach – cudna, jak z bajki,
– Coral Beach, czyli plaża, która wygląda jak piaszczysta, ale to jest drobno zmielony przez naturę koralowiec,
– Olałyśmy latarnię i kolejny punkt widokowy, bo deszcz już padał i ogólnie miałyśmy dość chyba.
Zjechałyśmy z wyspy tym samym mostem, którym wjechalyśmy i przez Glen Shiel, tym razem w deszczu, udałyśmy się do Fort William i znalazłyśmy kemping. Tym razem Lochy Holiday Park.

11. W Fort William spędziłyśmy dwa dni. Pierwszego udałyśmy się pod Ben Nevis, gdzie zaczyna się szlak na najwyższy szczyt Szkocji i całej Wielkiej Brytanii i dolina u jego podnża, Glen Nevis. Szczytu nie miałyśmy zamiaru zdobywać, bo ani butów, ani kondycji jakoś ze zobą nie zabrałyśmy, a z doliny wygoniła nas kolejna potworna ulewa.
Udałyśmy się więc na dworzec kolejowy i zakupiłysmy bilet do Malaig, ta i z powrotem, żeby rpzejechać się po wiadukcie w Glenfiniann. Przejechałyśmy się, wróciłysmy i pojechałysmy spać.

12. Na kempingu poznałysmy urocza starszą panią, która podróżowała sama z psem. Wcześniej rpzez ponad czterdzieści lat podróżowała z mężem i sżóstką dzieci. Teraz ma wnuki i prawnuki, mąż opiekuje się nią z góry, a ona podróżuje dalej. Była spokojną, dostojną, przyjazną skarbnicą wiedzy, która wdziała w nas siebie sprzed czterdziestu lat. Wypytywałyśmy ją, gdzie jechać z dziećmi, gdzie bez dzieci, gdzie jaka pogoda, jaki stopień trudności na szlakach. Było w tym wieczorze coś magicznego.

13. Następny poranek w Fort William spędziłysmy na sformułowaniu i udowodnieniu tezy, że liczba okrążeń ronda samochodem przez kierowcę jest wprost proporcjonalna do liczby urządzeń nawigacyjnych, którymi dysponuje pilot, oraz odwrotnie proporcjonalna do średnicy ronda.

14. Kiedy już zrealizowałyśmy się naukowo, udałyśmy się do Glenfiniann, żeby wiadukt, po którym wczoraj jechałyśmy, zobaczyć z dołu. Nie było miejsc na parkingu, więc zaparkowałyśmy dalej, pod małym kościółkiem.
Kiedy wróciłyśmy z oglądania wiaduktu, za wycieraczką zanalazłyśmy świstek papieru. Myśląc, że to mandat, rzuciłyśmy sie na niego, ale okazało się, że ulotka informacyjna kościółka, który po zwiedzaniu wiaduktu zaprasza wszystkich do chwili refleksji w swych murach.
Poszłyśmy. Nic tam szczególnego nie było do zwiedzenia. Wszsytko takie zwykłe. A w dodatku ja z tych trzymających się od kosciołów z daleka i nie modlących się, ale coś nas tam trzymało, i tak sobie siedziałysmy tam z niewytłumaczalnej przyczyny około kwadrans.
– Jest równo pierwsza. Zrobiłyśmy plan na dziś, kierujemy się na południe w stronę domu i jedziemy ile ujedziemy a potem szukamy noclegu, ok? – zapytała, a raczej oświadczyła Asiulka, kiedy wróciłyśmy do samochodu.
Przytaknęłąm i ruszyłyśmy.
Dwieście metrów dalej stanęłyśmy w korku. Nie przesuwał się. Stał. Chwilę później nadjechała grupa harleyowców i informowała wszystkich, że droga jest zamknięta na kilka godzin. Zawróciłyśmy, objechałyśmy jezioro, przedostałyśmy się do Fort William promem i pognałyśmy na południe.
Tego dnia późnym wieczorem sprawdziłyśmy w necie, że w Glenfinian koło wiaduktu miał miejsce wypadek z udziałem pięciu samochdów, w tym jeden kamper. Pięć osób rannych, jedna ofiara śmiertelna. Trzy samochody straży pożarnej, kilka karetek, dwa helikoptery. Wypadek wydarzył sie o 12.45.

15. Dolina Glencoe po drodze. Trzy Siostry. Piękne, niesamowite. Ale pierwszego wrażenia po Great Glen i Glen Shiel nie zmazały.
Potem jeszcze punkt widokowy Rannoch Moor.

16. Prując na południe Asiulka oświadczyła, że wszystko na tych wakacjach było npawde super i jedyne czego jej brakuje, to że z lokalnych potraw nie spróbowała zupy rybnej, bo wszystkiego innego owszem tak, oraz że nie miałyśmy okazji posiedzieć i poimprezować do nocy w jakimś szkockim pubie tradycyjnym, bo zawse musialysmy jechać gdzieś na jakiś kemping żeby zanocować.
Godzinę później, przy tasie, zatrzymałysmy się przypadkowo zupełnie, przy fajnym, bo starym kamiennym budynaku. Miał trzysta lat, był drugim najstarszym pubem w kraju, serwował lokalne dania, folkową muzyką na żywo i miał wolny jeden ostatni pokój na piętrze.
Lepszego zakończenia tej podróży nie mogłyśmy sobie wymarzyć.

Uwagi końcowe, przypisy i takie tam:
– Nazwy kempingów zapisuję wyłącznie, żeby pamiętać, gdzie spałam i gdzie MI się podobało a gdzie mniej. Niczego nie polecam, niczego nie odradzam. Kwestia wymagań co do komfortu noclegów w podróży jest indywidualna dla każdego.
– Pozostałe wymienione miejsca, nazwy geograficzne i obiekty, które zwiedzałyśmy mają swoją historię, którą trochę poznałyśmy od przewodników albo z netu, ale nie przytaczam jej celowo, żeby nie przynudzać. Jak kogoś interesuje, ma google.

Wsiąść do pociągu byle jakiego

Jak człowiek był piękny i młody, czyli tak w  wieku okołomaturalnym, a życie było proste, proste były też wakacje. Pakowało się plecak, skrzykiwało w kilka osób i wsiadało do pociągu byle jakiego. Zawsze, co roku pierwszym i stałym punktem programu było udanie się na Mazury, wynajęcie jakiejś starej krypy i pływanie tydzień czy dwa, a potem już w podgruapach, to znaczy w parach, świat należał do nas. Pociągiem, stopem, z namiotem rozbijanym gdzie bądź.
W Malborku nie mieliśmy na nocleg i pan, który pobierał opłaty w toalecie na dworcu poradził nam, żebyśmy wsiedli w pociąg i wysiedli na pierwszej czy drugiej stacji. Tam jest jeziorko i polanka i nie ma żywej duszy. A do Malborka parę(naście) kilometrów. Po zwiedzaniu zamku uciekł nam ostatni pociąg i szliśmy tymi torami nocą do namiotu w absolutnej ciemności. Do dziś pamiętam.
Ha Hel jechałam pociągiem, który z powodu upałów wypadł z torów i zatrzymał się, bez przewrotki na szczęście, stojąc obok torów, przed samym wiaduktem nad dwupasmówką. Nikomu nic sie nie stało, a piędziesiąt metrów dalej cały pociąg by spadł.
Albo gdzieś na Mazurach na wypadzie rowerowym z namiotami, pochodząca z gór i zafascynowana faktem, że po Mazurach się jedzie i jedzie, i cały dzień jest płasko, nigdy pod górę, pierwszy raz w żcyiu zrobiłam ponad sto kilometrów jednego dnia.
Albo jak kilkuosobową grupą wynajęliśmy jacht we Włoszech, popłynęliśmy na Elbę, zwiedziliśmy, wróciliśmy, oddaliśmy jacht i został nam tydzień czasu do autokaru powrotnego, a byliśmy bez pieniędzy na hotel. Ale człowiek był kreatywny wtedy. Ostatecznie spaliśmy tydzień na podłodze w jakimś klasztorze na obrzeżach Rzymu i zwiedziliśmy w tydzięń wszystko co było do zwiedzenia od Watykanu i Koloseum po ogrody Tivoli i zakamarki ulic.
Albo jak dzień przed finałem Pucharu Świata w skokach narciarskich w Planicy zachciało nam się na ten finał pojechać. W jedną dobę ogarnęliśmy bilety, teoretycznie niemożliwe do zdobycia i transport. Noclegu szukaliśmy na miejscu. Dało się.
Oj było tego, było. Zmieniał się skład grupy, w parach tez przetasowania były, ale człowiek zawsze był wolny.
A potem pokończyło się studia, przyszedł czas korporacji, karier, wesel, kredytów, remontów, dzieci, przedszkoli, zaklepywania urlopów z rocznym wyprzedzeniem, pieczołowitego planowania każdej godziny wakacji pod pieluchy, butelki, drzemki, alergie, pakowania zestawu leków dla niemowlat na wszelki wypadek na wszystko, rezygnowania z połowy wyjazdowych atrakcji, bo z dziećmi nie da się rady, i człowiek Bogu dziękuje, że ma te wspomnienia z czasów „wolności”, sam w nie nie dowierzając.
Aż tu nagle…
Moje dzieci wyjechały dziś na dwa tygodnie ze swoim tatą do Turcji. Dzieci mojej przyjaciółki ze swoim tatą do Tunezji. A my dwie wrzucamy do bagażnika namiot i dwa śpiwory, i jedziemy do Szkocji.
Bez planu.
Aż nie mogę w to uwierzyć.

Podróże kształcą – edycja podhalańska

Lekcja 1:
Wielka Brytania – Kraków: 2,5 godziny.
Kraków – Poronin: 4,5 godziny.

Lekcja 2:
Pokój z balkonem i widokiem, (oba za dopłatą ściągniętą z góry przez booking.com), ma balkon na parking i drogę, i widok z okna na innej ścianie. Na pole i wieś. Nie na góry.

Lekcja 3:
Jeśli chcesz się pluskać w termach dwie godziny, kup bilet na cztery. Dwie dodatkowe spędzisz na staniu w kolejkach do zjeżdżalni.

Lekcja 4:
Nie myśl, że jesteś wyjątkowo sprytna, jeśli wstaniesz o szóstej i na parkingu w Palenicy, żeby iść do Morskiego Oka będziesz już o siódmej. Równie sprytnych jest jakieś trzydzieści tysięcy ludzi. Codzienie.

Lekcja 5:
Zamiast siedzieć wieczorem w pokoju i wertować google w celu znalezienia drogi do Szczawnicy i biletów na spływ Dunajcem, skocz do najbliższego sklepu po piwo. Pod sklepem znajdziesz stojak reklamowy firmy, która klimatyzowanym busem zabierze cię nastęnego dnia po śniadaniu spod twojego pensjonatu i wysadzi na brzegu tuż przy tratwach flisaków, na które, nie wiem dlaczego, ale będziesz mieć wstęp bez kolejki. Bus będzie czekał na ciebie jak zejdziesz z tratwy po spływie i odstawi się na obiad pod twój pensjonat.

Lekcja 6:
Jeśli w parku rozrywki zwanym potocznie Gubałówką, nagle zacznie grzmieć i błyskać i w ciągu trzydziestu sekund lunie deszcz a górale z obsługi parku linowego i trampolin rzucą się heroicznie jak stoją rozpinać i ściągać przebywające tam wystraszone dzieci, zawsze znajdzie się ten jeden „asertywny”, który schowa się do swojego kantorka, żeby najpierw nieśpiesznie założyć przeciwdeszczową kurtkę i spodnie. To będzie ten, który zapiął właśnie twoje dzieci.

Lekcja 7:
Jeżeli obiad w pensjonacie kosztuje 25 złotych, składa się z zupy, drugiego dania i kompotu, jest serwowany między czwartą a szóstą w stołówce, czyli w piwnicy, i nie ma żadnego wyboru, wszyscy jedzą to samo danie, czy lubią czy nie, a po drugiej stronie ulicy w przestronnej karczmie góralskiej, z odpowiednim wystrojem i muzyką w tle, zjesz za te same albo mniejsze pieniądze wybrane danie regionalne z karty lub pizzę, popijesz piwem i zrobisz to o dowolnej godzinie od południa do późnego wieczora, nie pytaj dlaczego stołówka jest przepełniona a w karczmie luźno. Korzystaj.

Plany vs rzeczywistość, czyli raport z wakacji w Tatrach

Plan minimum:
Morskie Oko.
Dolina Pięciu Stawów.
Kasprowy Wierch.
Dolina Gąsienicowa i Czarny Staw Gąsienicowy.
Dolina Kościeliska.
Dolina Strążyska.
Dolina Chochołowska.
Rusinowa Polana.

Plan „marzenie ściętej głowy”, czyli nieosiągalny jeszcze, tzn. dzieciom wystarczyłoby siły i wytrzymałości, ale są za niskie, za mały mają rozstaw rąk i nóg, żeby bezpiecznie przejść trasy:
Rysy od słowackiej strony.
Giewont.
Kościelec.
Świnica.

Dodatkowe atrakcje:
Parki linowe.
Parki wodne.

Unikać:
Krupówek.
Gubałówki.
Zakopianki.

Rzeczywstość:
Termy Bania w Białce Tatrzańskiej.
Nieudany atak na Morskie Oko, więc dla zabicia czasu Krupówki i Gubałówka.
Spływ przełomem Dunajca, zapora w Czorsztynie, zamek w Niedzicy (tylko z zewnątrz).
Pamper day, czyli dopieszczanie w salonie fryzjersko-kosmetycznym, park linowy.
Spacer nad koronami drzew, czyli najnowsza atrakcja dla letników na Słowacji, zabytkowy kościółek w Dębnie, Skansen w Poprazie.
Kasprowy Wierch przy widoczności około 30 metrów, kolejny park linowy.
Morskie Oko, Czarny Staw, Dolina Roztoki.
Park wodny Gorący Potok w Szaflarach.
Dolina Koscieliska, Jaskinia Mroźna, Hala Ornak, Termy Chochołowskie.
Kasprowy Wierch przy dobrej widoczności, kapliczka w Jaszczurówce.

Jak na dziesięć dni, podczas których padało od dwóch do czterech razy dziennie, nawet nieźle nam wyszło, moim zdaniem.
Plany na następny rok poczynione.

Taka sytuacja (8)

Kiedy przytrafił ci się w życiu taki luksuskik, że mieszkając za granicą masz w Polsce brata, który posiada dwa samochody; jeden do jeżdżenia na codzień i drugi, zabytek kolekcjonerski. I zawsze kiedy przyjeżdzasz do kraju, oddaje ci do dyspozycji ten pierwszy, a sam jeździ przez tydzień czy dwa tym drugim.
Aż tu nagle, pewnego razu, na lotnisku w Krakowie wita się on, rodzony twój młodszy brat i przekzauje kluczyki do od dawna pełnoletniej Alfy 156. Obniżonej. Bo ten pierwszy się zepsuł był akurat.
Nie znasz tego auta, nie czujesz, nie słyszysz, bo ma głośne opony, więc wystarczą ci trzy dni, żeby go zarżnąć. Po tygodniu auto dusi się na luzie, gaśnie na wolnych obrotach, kierownica chodzi jak w maluchu.
Nie, gorzej. Maluch był lżejszy.
Jedynym sposobem na przesuwanie się zarżniętym zabytkiem w najsłynniejszym podhalańskim korku z Poronina do Zakopanego, a także przed każdym skrzyżowaniem lub zakrętem jest wciśnięcie sprzęgła, wrzucenie na luz i lekkie dodawanie gazu, żeby nie zgasł, z jednoczesnym hamowaniem ręcznym hamulcem. A że jesteś zdesperowana, żeby zwiedzić to czy tamto, a brat przebywający na Woodstock’u (czytaj: z domniemaną ograniczoną percepcją) pisze ci sms, że póki samochód jeździ, to jeździ, nie ma sie co martwić, to jeździsz.
I tak wjeżdzasz razu jednego na parking pod Kasprowym.
Dwóch chłopaków obsługuje. Kasują i pokazują gdzie się ustawić. Zatrzymujesz się, pobierasz bilet.
– To niech pani wjedzie tam pod płot, gdzie ostatnio – słyszysz.
Rozglądasz się. Sto samochodów conajmniej. Może wiecej. Dzień w dzień. Cały okrągły rok. Owszem, byłaś tu cztery dni temu, ale…
– Pan mnie pamięta? Jakim cudem? – Pytasz.
– Proszę pani, tego samochodu nie da się zapomnieć.

Jak żyć? (31)

Kiedy siedzisz od ponad tygodnia we wsi pod Tatrami i deszcz nie daje ci spokojnie przejść zaplanowanych szlaków, czas ucieka, a według prognoz pogody został ci jeden dzień słoneczny do wykorzystania.
Twoje propozycje to: Giewont (no, przełęcz pod Giewontem, bo sam szczyt za trudny dla dzieci jeszcze), Dolina Pięciu Stawów, Dolina Koscieliska + jaskinia, Kasprowy Wierch (pieszo), Łomnica (kolejką).
Propozycje twoich dzieci: Termy w Białce, Termy Chochołowskie, Termy w Szaflarach.

PS. Gorący Potok w Szaflarach wygrał. Super dzień.

Mieszane uczucia

Na Kasprowym Wierchu byłam conajmniej kilkanaście razy. Jako dziecko z rodziną, jako nastolatka i studentka, po drodze na Świnicę czy Kościelec. Różnie.
Po rozmnożeniu się pierwszy i jak na razie jedyny raz udało mi się zabrać własne dzieci na Kasprowy zimą, na narty. Miłay wtedy sześć i osiem lat. Padał gęsty śnieg, który ograniczał widoczność do nie wiem, może stu metrów. W każdym razie tak, że człowiek widział stok po którym jedzie dość dobrze, ale stoków przeciwległych ani trochę. Wtedy to mnie nawet ucieszyło, bo być może dzięki temu dzieci skupiły się na zjechaniu na nartach w dół, i nie przeraziła ich ta ogromna przestrzeń.
Minęło póltora roku, siedzę we wsi pod Tatrami z dziećmi od tygodnia i poluję na jakiś jeden dzień okienka pogodowego, żeby pójść wreszcie w góry. Nie idzie mi, bo pada codziennie kilka razy, a mnie nie interesują szlaki na godzinkę i rach ciach do samochodu, tylko takie na cały dzień.
W końcu nie wytrzymałam i myślę: „Dobra, nie wejdę na ten Kasprowy jednym szlakiem, nie zejdę innym, nie w tym roku, bo łazić cały dzień przemoczona i zmuszać do tego własne dzieci to nie to, o co mi chodzi, ale zawsze mogę wjechać kolejką, poogląać widoki, pokazać dzieciom skąd jechały na nartach w dół, popatrzyć na ich zdziwienie, że taką stromizną zjechały wtedy bez mrugnięcia okiem, i zjechać kolejką w dół. Zawsze coś. Lepsze niż nic, nie? I nawet jak nas deszcz dopadnie, to cała wycieczka od wyjścia z parkingu do powrotu do samochodu zamknie się w trzech godzinach, więc można zmoknąć ewentualnie.
Siadłam do netu, zakupiłam bilety na rano następnego dnia.
O przed ósmą stawiłyśmy się w stacji kolejki.
Wyjechałyśmy na górę. Założyłyśmy na siebie zimowe ciuchy, bo było niewiele powyżej zera i para z ust leciała, i wyszłyśmy ze stacji kolejki podziwiać widoki.
Widok zastałyśmy jeden, w każdą sronę taki sam. Widoczność wynosiła 30 metrów. Słownie: trzydzieści.
Nie było widać kompletnie nic. Naprawdę, nic.
Miałyśmy dwie godziny do zjazdu w dół. Usiadłyśmy w kawiarni z nadzieją, że się to rozejdzie. To są góry, za godzinę tu może być piękne słońce z widocznością na kilka kilometórów. Zwłaszcza, że tylko szczyt był we mgle. Jakby ją rozwiało, to poza tym widoczność tego dnia była w porządku.
Niestety, przez dwie godziny nie stało się nic. Poza tym, że wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy szarlotkę. Licząc z ceną biletów na kolejkę i parkingiem, to była jedna z nadroższych kaw z szarlotką ostatnio. W Ikei za tę cenę miałabym ich sto.
Do ostatniej chwili wahałam się, żeby nie wsiąść do wagonika, tylko zostać. Bilet przepadnie, ale może się rozpogodzi jeszcze, zobaczymy te widoki i zejdziemy na dół pieszo. Mamy cały dzień czasu przecież, dopiero jest dziesiąta.
Ale coś mnie tknęło, nie wiem, leń jakiś, ogólne odechcenie się wszystkiego czy coś, i wsiadłam do wagonika.
Kiedy z niego wysiadłam na dole i wyszłam ze stacji kolejki, lunął tak rzęsisty deszcz, że ledwie zdażyłam wbiec do nabliższej jurty z piwem i lodami. Kto nie miał tyle refleksu co ja, i nie schował się pod dachem w czasie poniżej dziesięciu sekund, mial mokre wszyskto do majtek.
Siedząc w tej jurcie przy bezalkoholowym piwie i czekając aż przestanie padać, wmawiałam sobie, że mam szczęście, że zjechałam w dół, nie zostałam jednak na szlaku i jestem sucha i że z tego punktu widzenia, to była bardzo udana wycieczka.
W pensjonacie we wsi byłam przed południem.
Cztery dekady po tym świecie chodzę, i jak od maleńkosci pamiętam, zawsze na szlak się szło o świcie i wracło przed zmrokiem, po calym dniu chodzenia. Ja dziś „byłam” na Kasprowym i na lunch jestem w domu.
Nie mogę się otrząsnąć.

Da się

Załamałam się.
Dopiero co otrząsnęłam się po obleśnym flisaku znad Dunajca, dopiero co z powodu deszczu przy którym nie ma sensu pchać sie na szlaki zmarnowałam kolejny dzień kręcąc się po straganach i deptakach, gdzie górale traktują cię jak zło konieczne, jak intruza, który im przerywa spotkania towarzyskie z kolegami z prawej i lewej, zieją do ciebie pogardą jak do najagorszej hołoty zanim jeszcze się odezwiesz, i bez mrugnięcia okiem naciągają skołowane dzieci na kilka złotych na reszcie, to jeszcze na koniec dnia, jak słońce wyszło wreszcie, wylądowałam w parku linowym.
Park na uboczu niewielkiej wsi, pod lasem. Jedna trasa dla maluchów, bez zabezpieczeń, i dwie trasy w szelkach, średnia i zaawansowana. Siedmiu studencików instruktorów. Jeden trzeźwy. Z resztą nie dało się nawiązać kontaktu. Choćby dlatego, że siedzieli w knajpie. Na moje oko to oni nawet nie tyle pili, co palili, ale to robi różnicę ich trzustkom, nie mnie, jako klientce.
Ten jeden siedział na kasie, więc skasował mnie, zapiął dzieci w szelki, dał kaski, pokazał jak działa karabińczk, zaprowadzil nas w las i poszedł. Powtarzam: poszedł.
Nie było żadnego innego klienta. Zostałam sama, na skraju lasu, z siedmio i dziewięciolatką zawieszonymi cztery metry nad ziemią, które minutę temu pierwszy raz w życiu dostały do ręki karabińczyk. (Bo tego, który miałam na rączce wózka dziecięcego podwójnego siedem lat temu i wieszałam na nim siatę z zakupami, nie liczę, nie?)
Godzinę goniłam między drzewami i darłam się z dołu jak się mają przepinać po jednym, modliłam się, żeby przeszły sprawnie wszystkie przeszkody i nigdzie nie zawisły, bo żaden z tych debili mi ich przecież stamtąd nie ściagnie w tym stanie. Zresztą, ich tu nie ma. Mam w razie wypadku zostawić dziecko w potrzasku i biec po nich do knajpy czy jak? Kiedy dzieci trzy razy wpinały się same bloczkami do tyrolki, byłam blada z przerażenia, zastanawiałm się, czy dzwonić po policję, czy lepiej od razu po pogotowie i ogólnie cały czas przecierałam oczy ze zdumienia, że to się dzieje naprawdę.
Wróciłam do pensjonatu, sprawdziłam pogodę na następny dzień. Dalej miało padać. Prawie się rozpłakałam.
Wiedziałam, że nie zniosę ani jednego dnia dłużej na straganach i deptakach, ani w żadnych zamkniętych muzeach zabawek czy innych takich. Że na szlaki jak ma padać co godzinę też nie chcę się pchać. Czasy kiedy człowiekowi nie przeszkadzało że cały dzień na szlaku pada skończyły się nieodowłalnie wraz z rozmnożeniem się. Toteż siadłam do netu i wygooglowałam wycieczkę autokarową. Taką, żeby jakoś dzień spędzić, zapchać dziurę, gdzieś być, coś zobaczyć, ale żeby chodzenia było mało, i po płaskim, mając wolne ręce, żeby w razie deszczu rozłożyć parasol bez problemu. Znalazłam, zadzwoniłam, zabukowałam, zapłaciłam przelewem i poszłam spać.
Rano autobus zabrał nas spod naszego pensjonatu. Autokar pełen ludzi, kierowca i… Przewodnik z mikrofonem.
Zrobło mi się słabo. Trauma po flisaku znad Dunajca jednak nie przepracowała mi się przez dwie doby. Ale usiadłam.
„Gorzej nie będzie” – pomyślałam.
I co? Bardzo przyjemny spacer pomostem zbudowanym na wysokości kilkunastu metrów, nad czubkami drzew, zakończony wejściem na bardzo ciekawą architektonicznie wieżę widokową. Widok 360 stopni. Tatry, Pieniny, Gorce, nawet Beskidy. Potem zwiedzanie skansenu i wolna godzina na rynku w Popradzie. Knedliki z madarskim gulaszem i Złoty bażant dla mamusi, pierogi z bryndzą dla córeczek. Czekolada studencka i lentilki. Klasyka.
A przewodnik? Gadał całe sześć godzin. W autokarze, na spacerze, na wieży, w skansenie. Podawał fakty i ciekawostki. Nie rzucił żadnym prymitywnym kawałem. Nie robił z siebie ani błazna, ani gwiazdy. W autokarze modulował głos tak, że kto chciał, to słuchał, a kto chciał, mógł się zdrzemnąć. Mistrz.
Da się? Da.
Wiarę w ludzi mi przywrócił.
Podobno od jutra leszpsza pogoda. O świcie ruszamy na szlak.