Krótka historia o twardym wychowaniu przez okrutną matkę – sztuka w jednym akcie

Postaci:
Okrutna matka oraz jej ofiary: Anna, lat dziewięć i Julia, lat siedem.

Miejsce akcji:
Kuchnia i jadalnia.

Czas akcji:
Niedzielny poranek.

AKT I
Okrutna matka: Dziewczynki, mam do napisania parę rzeczy na teraz. Możecie same zrobić sobie na śniadanie owsiankę, dokładnie tak jak wczoraj?
Anna: Tak mamo.
Julia (po chwili): Mamo, ale garnek na owsiankę leży cały czas na płycie i jest brudny.
Okrutna matka: Naprawdę? Nie umył się sam? Ojej…

Kurtyna.

Taka sytuacja (4)

Kiedy siedmiolatka zbudziła się o siódmej w sobotę. Zrobiła dwie strony z zeszytu ćwiczeń do matematyki, przeczytała jedną krótką polską książeczkę i zeszła na dół w stroju baletowym.
– Mamo, ten kaloryfer mi przeszkadza, naprawdę chciałabym mieć w pokoju swój profesjonalny ballet barre* – powiedziała wykonując ćwiczenia rozciągające przy parapecie.
Ja pierdziele. Komórkę jej trzeba kupić. Niech youtube ogląda. Bo mnie wykończy.

* drążek baletowy

Przestroga

W dawnych, zamierzchłych czasach, jako umęczona matkopolskim życiem z jedną roczną sztuką i drugą trzyletnią, usiłująca przetrwać od świtu do zmierzchu, pchając wszędzie czy słońce czy deszcz ze sobą podwójny wózek załadowany butelkami, pieluchami i zakupami, wpadłam kiedyś na pomysł i spontanicznie na pewnym zamkniętym forum dla polskich matek w UK napisałam, że jeśli ktoś ma polskie książki po dzieciach, które już nie są potrzebne, to chętnie przygarnę. Książki, nie dzieci. Dziewczyny się zorganizowały i miesiąc później przybyła dostawa z Londynu. Dwa ogromne pudła, w kórych było wszystko. Od książeczek dla maluchów z grubymi stronami z obrazkami owoców czy warzyw i podpisami, przez wiersze Brzechwy i Konopnickiej, baśnie braci Grimm, legendy polskie, encyklopedie dla dzieci, śpiewniki i nawet zeszyty ćwiczeń z polskiego i matematyki. Łza mi się wtedy w oku zakręciła ze wzruszenia, ale też pomyślałam, że na cóż mi to wszystko już? Wybrałam co mi wtedy pasowało czytać dzieciom, a reszta wylądowała na dolnej półce na regale w salonie z innymi książkami.
Przetrwało to ze mną przemeblowania, przeprowadzkę, kolejne przemeblowania. Dzieci nauczyłam po polsku dukać czytanki z elementarza i inne typu „Lokomotywy” i „Na straganie” i cały czas gdzieś mam z tyłu głowy, że najwyższy czas zabrać się do tych poważniejszych dzieł, jak baśnie i legendy zanim dziewczynki z tej tematyki wyrosną, ale ciągle to się jakoś odwleka, bo ciagle coś innego robimy, ciagle w biegu jesteśmy.
No i dziś rano, ósma piętnaście. Starsza, lat dziewięć, leży w pościeli, bo wczoraj w szkole doznała kontuzji dłoni. Spędziłyśmy wieczór na pogotowiu. Ze zdjęcia widać, że złamania nie ma, ale mocno stłuczone, spuchnięte, palcami ledwie rusza. Dramat podwójny, bo egzamin roczny z pianina za trzy tygodnie musimy odwołać. Leży więc w łóżku i cierpi, i dziś do szkoły nie idzie. Młodsza natomiast, siedmioletnia, z braku porannego towarzystwa jakoś się ubrała, zęby umyła, zjadła i ogólnie gotowa do wyjśia do szkoły była, a tu kwadrans czasu.
– A rób co chcesz, zawołam cię jak trzeba będzie wychodzić – powiedziałam i zanurzyłam się myślami w piętnasu minutach szczęścia. Piętnascie minut bez „mamo ona wzięła moje majtki, nieprawda, te w gwiazdki są moje, nie twoje, mamo nie mogę znaleźć gumki do włosów, mamo zrobiłaś mi francuski warkocz, ja chciałam holenderski, mamo ona mi wchodzi do pokoju bez pozwolenia i nie chce wyjść, a ona niedokładnie umyła zęby mamo, nie chcę chleba, chcę tosta, zmieniłam zdanie, nie jajecznicę tylko omlet”… Piętnaście minut ciszy. Drugą kawkę sobie zrobię, na taras wyjdę, internet otworzę, poczytam newsy, albo ploteczki. Sielaneczka. Cudownie.
Wypłukałam kawiarkę i wsypałam porcję kawy. Młodsza zeszła po schodach z długopisem i zeszytem z kolorową okładką. „O, będzie sobie coś pisała” – pomyślałam. Postawiłam kawiarkę na płycie ceramicznej. Młoda siadła do stołu w jadalni. Umyłam filiżankę po pierwszej kawie, wytarłam.
– Wykonaj działania mnożenia przedstawione na obrazkach i połącz wyniki z odpowiednią liczbą na osi liczbowej. Mamo, pomożesz mi? – usłyszałam za plecami płynną, nie potoczną polszczyznę i odwróciłam się zdumiona.
Młodsza siedziała przy stole nad polskim zeszytem ćwiczeń. Szęka mi opadła, oczy wyszły na wierzch. Skąd ona to ma? Jakim cudem ona tak płynnie czyta? Co tu się dzieje?
– A, to za trudne – skwitowała widząc moją zdumioną minę. – To może to: „Dodaj do siebie wszystkie liczby na skrzydłach wiatraka i zapisz wynik pod obrazkiem” – przeczytała płynnie, bez błędu, a moja szczęka opadła jeszcze niżej.
Kawiarka wypluła z siebie kawę. Kawę, której nie wypiję w spokoju na tarasie.
Podeszłam do stołu. Wzięłam do ręki zeszyt, znalazłam stopkę wydawniczą. Rok wydania 2004.
Jako doświadczona matka przestrzegam was z całego serca. Uważajcie. Na każdym kroku waszej przygody z macierzyństwiem, uważajcie co robicie. Przeszłość dopadnie was i zemści się po latach.

Taka sytuacja (3)

Kiedy twoje dzieci, lat siedem i dziewięć, mają w szkole taki projekt: Każda klasa dostała 30 funtów na inwestycje, i ma te pieniądze pomnożyć. Który rocznik zarobi najwięcej, ten wygra coś tam. Nie jestem pewna co dokładnie, ale zdaje się, że możliwość zdecydowania na co cała zebrana pula zostanie przeznaczona.
No i się zaczęło. Codzinnie po szkole można kupić na stoiskach jakieś ciastka, napoje, słodycze. Można wziąć udział w loterii. Można namówić rodzica, żeby oddał auto do ręcznego umycia. I każdy rocznik ledwie pokrywa poniesione koszty, dzięki swoim własnym rodzicom, bo wszysktkie klasy się umówiły, że nie wspierają innych klas i nic u nich nie kupują, żeby zebrali mniej.
Tymczasem rocznik dziewięciolatków wpadł na pomysl, że środa będzie „Dniem bez nauki”, to znaczy kto wpłaci funta, ten tego dnia nie musi siedzieć na lekcjach, tylko bedzie się mógł bawić w gry i zabawy zorganizowane na boisku. Szkoła liczy tak ze czterystu uczniów. Niech się złamie choćby tylko połowa.
Przeczuwam zwycięstwo.

*ick

Środek tygodnia, późno wieczorem. Jakoś się ten dzień ciągnął, tyle do zrobienia było, że dzieci dopiero się myją. Młodsza już zakłada piżamę, starsza stoi w wannie spłukana.
– Mamo – woła.
Zmęczona jest, widać, ledwie ciągnie. Podchodzę, opatulam ręcznikiem, przytulam, wycieram. Ma dziewięć lat i od dawna myje się sama, ale lubi się tak poprzytulać, kiedy ja ją obsługuję jak małe dziecko.
Wycieram włosy, szyję. Uśmiechamy się, cieszymy chwilą. Bosko.
– Mamo – mówi znowu. – A ty wiesz co to jest dick?
O kurwa. W pół do dziesiątej. Od półtorej godziny powinna spać. Ja już myślami w wannie z lawendowym płynem do kąpieli leżę. Książkę czytam. A jeszcze przedtem muszę kuchnię ogarnąć, pranie powiesić, pocztę sprawdzić, jakiś rachunek do zapłacenia przyszedł. A ona teraz pyta mnie o kutasa? Teraz?! Nie mogła sobie w niedzielny leniwy poranek przyść z tym do mnie? Przygotować mnie najpierw jakoś na to, że czas na pogadanki o seksie przyszedł? W środku nocy musi mi to robić? Z nienacka? I o co ona mnie pyta? Czy ja wiem co? Że co? Że ile sztuk w życiu widziałam? Że jakie? Klasyfikację może chce usłyszeć, z podzaiałem za obrzezane i wydepilowane? Ranking rozmiarów może? O co ona mnie pyta? Dlaczego mnie? Dlaczego nie poszuka sobie w necie? Koleżanek w szkole nie popyta? Nie może tego w cywilozowany sposób załatwić, jak moje pokolenie, sama się dowiedzieć tak, żebym ja nie wiedziała nawet kiedy? Dlaczego, dlaczego na mnie to spada?
– A w jakim kontekście słyszałaś ten wyraz? Bo nie wiem dokładnie o co chodzi – zaczynam niepewnie wiedziona nadzieją, że może ona tylko jakiś kawał słyszała i nie zrozumiała, bo nie zna słowa, i że wyjaśnię tylko, że „dick” to wulgarne określenie penisa i załawtione…
– No wiesz, taki insekt, co wchodzi pod skórę i tam żyje i zaraża groźną chorobą. Bo ja taki miałam i sobie wyciągnęłam, ale koleżanka mówi, że to jest dick, i że lepiej, żebym ci powiedziała.
Tick! Dziecko, tick! Kleszcza miałaś. Boże, co za ulga.
To macierzyństwo nie na moje nerwy jest.

Dywanik

Jak się było w dzieciństwie tą jedyną w klasie dziewczynką, której matka na wieść, że Gosi D. ktoś rąbnął lalkę Barbie, (lalkę Barbie we wczesnych latach osiemdziesiątych. Z Pewexu. Za sześć dolców. Połowa przeciętnej ówczesnej wypłaty), nie leciała do szkoły z awanturą jak lwica walczyć o dobre imię potomstwa i ręczyć za nie, tylko urządzała w domu godzinne przesłuchanie w sprawie, to się porodziwszy własne potomstwo, przyrzekło sobie, między innymi, żeby traktować je jak ludzi, a nie jak potencalnych przestępców, po których nikt nie spodziewa się niczego dobrego.
No, ale nie da się. No nie da. Genu matkopolskiego nie oszukasz.
Pierwszy sygnał miałam kilka miesięcy temu, kiedy dziecię moje młodsze, siedmioletni blond anioł o imieniu Julia, interesowało się jeszcze piłką nożną, i w piątki po szkole chodziło na treningi. Dnia pewnego przyjechałam po nią wcześniej, zaparkowałam i topiąc nos w komunikatorze co chwila spoglądałam przez płot ukradkiem na zajęcia. W pewnym momencie zauważyłam, że najlepsza przyjaciółka mojej potomnej płacze, trener kuca przed nią i do niej mówi, potem woła moją Julkę, Julka coś do koleżanki mówi, przytula ją.
„Noż kurwa mać!” – pomyślałam. „Kopneła ją gówniara, albo coś niemiłego powiedziała i kazali jej przepraszać. Jak nic. Już ja się z nią policzę.”
Odbierając dziecię zapytałam trenera, co takiego zmalowała, żeby wymar kary oszacować. A tymczasem dowiedziałam się, że tamta dziewczynka płakała, bo nie trafiła gola czy coś, i jej było smutno, a Julkę zawołali, żeby ją pocieszyła, bo jest jej najlepszą przyjaciółką.
„Dobra laska, upiekło ci się, nie opierdoliłaś dziecka niepotrzebnie. Tym razem. Uważaj na przyszłość” – pomyślałam.
No i wracamy wczoraj ze szkoły.
– Mamo, skąd wiedziałaś, że drugie klasy dziś trzeba było odbierać innymi drzwiami? – Zapytała siedmiolatka.
– Bo dyrektor rozesłał wiadomosć na komórki rodzicom, że wasze drzwi mają pękniętą szybę i ze względów bezpieczeństwa nie wolno ich używać.
– A wiesz jak to się stało, że pękła? Dwóch chłopaków rzucało kamieniami. I poszli do gabinetu dyrektora na rozmowę. A to nie jest przyjemna sprawa.
– Domyślam się. Po polsku się mówi, że poszli do dyrektora na dywanik. A skąd ty wiesz, że to nieprzyjemna sprawa? Byłaś kiedyś u dyrektora na dywaniku? – zapytałam natychmiast.
– Byłam raz, rok temu. I Ania też.
Japierdziele. Laska. Spokojnie. Skoro nic o tym nie wiesz, szkoła cię nie wzywała, to nie zmalowały nic wielkiego. Nic nie zdemolowały. Może jakaś sprzeczka z koleżankami, coś takiego w normie, że szkoła sama załatwiła bez twojego udziału. Luz. Wdech, wydech. Panuj nad sobą. Jak teraz nie docenisz, że się przyznały, tylko rozedrzesz mordę, to nic ci więcej nie powiedzą, bo uznają, że nie warto z tobą gadać. Nie drzyj się. Przynajmniej nie na ulicy. Spokojnie. Znajdź w sobie pokłady cierpliwości i dobrej woli. One gdzieś kurwa są. Ukryte głęboko, ale są. Wdech.
– A za co kochanie, powiedz mi łaskawie, byłyście z siostrą na dywaniiku u dyrektora, hę?
– Ja byłam odebrać nagrodę za dobre wyniki z angielskiego.
– A ja pisałam test z gramatyki, i wszyscy mi przeszkadzali i cały czas mnie zczepiali, bo ja jestem z gramatyki dobra i znam odpowiedzi, i nie mogłam się skupić, więc pani wysłała mnie z asystentką, żebym napisała test spokojnie w jakimś innym miejscu. I jedyne wolne wtedy miejsce było w gabinecie dyrektora, i tam sobie pisałam.
Wydech.
Jeden zero dla mnie. Chyba.

Życie w cytatach (66)

Julia, lat siedem. W samochodzie.
– Julka, dziecko moje, czy ja dziś dobrze słyszałam, że mama jednej angielskiej dziewczynki powiedziała do ciebie „Julka”?
– Możliwe.
– To jak to jest? Jak do ciebie mówi pani w szkole?
– Pani mówi „Dżulia”.
– A dzieci?
– Kiedyś mówiły „Dżulia”, a tylko polskie dzieci czasem „Julka”. Ale teraz mówią tak i tak. I polskie i angielskie też.
– I nie masz z tym problemu? Tobie to odpowiada, tak?
– Tak. Tylko nie wiem dlaczego N. mówi do mnie „KOBIETO”.

Taka sytuacja (2)

Twoje dzieci mają gości na nocówkę i właśnie zasypiają we czwórkę, twoja starsza potomna, lat dziewięć, na ochotnika opowiada bajkę. O kurczaczku, który się urodził w przyszłości, kiedy kury latają, ale on nie umiał latać. Najpierw chodził do kurczakowego żłobka, potem poszedł do szkoły i tam uczono go latania, a on wciąż nie potarafił. Ćwiczył, ćwiczył, i nie szło mu. Ale marzył o lataniu tak mocno, że nie tracił wiary i ćwiczył uparcie.
I nie wiesz co dalej, bo zasypiasz.
Kiedy się przebudzasz, dzieciaki śmieją się do rozpuku, kurczak ma żonę, dzieci i wnuki a latanie posżło mu tak dobrze, że obecnie jest astronautą, i jako pierwszy kurczak został wysłany w kosmos z całą rodziną.

Życie w cytatach (65)

Ania, lat dziewięć.
– Mamo, wiesz, że prawie każdy porządny autor ma jedną książkę o swoim dzieciństwie?
– No i?
– I ja będę mieć ułatwione zadanie. Bo przetłumaczę twojego bloga na angielski i już.