Chce się żyć (4)

Kiedy we wtorek o szóstej trzydzieści rano siadasz opatulona w szlafrok na tarasie, z kawą i laptopem. Ptaszki ćwierkają, bez pachnie. A tu mail od dyrektora szkoły, który z właściwą sobie angielską uprzejmością, zwraca się do rodziców klas drugich z informacją, że oto jak wiecie wasze pociechy będą zdawały kilkuetapowy, ogólnokrajowy egzamin z angielskiego i matematyki, który szkoła ma obowiązek zrealizować w miesiącu maju wedle własnego uznania, to znaczy niektóre dzieci będą zdawały go w grupach, niektóre w odosobnieiu, niektóre rano, niektóre po południu. O tym bedą decydować nauczyciele, bo znają wasze dzieci i wiedzą, kto jakich warunków potrzebuje żeby się skoncentrować a zarazem nie zestresować. Także uprasza się o nie denerwowanie się, jeśli znajome dzieci mówią, że już napisały, a wasze jeszcze nie. A po drugie, najważniejsze, wielu z rodziców przeżywa ten egzanim poraz pierwszy i bardzo się stresuje, wielu z was drodzy rodzice, pyta nas czy macie z waszymi dziecmi coś przećwiczyć, uczyć je czegoś i je przygotowywać. Otóż chciałbym wam wszystkim grupowo odpowiedzieć na to pytanie. Możecie pomóc swoim dzieciom, nawet powinniście i bardzo was o to prosimy. Możecie je bardzo dobrze do tego egzaminu przygotować, poprzez pilnowanie, żeby każdego dnia poszły spać wcześnie i zjadły rano porządne śniadanie.
A naszą robotę zostawcie nam.

Pół etatu

Świąt Wielkanocnych od wielu lat nie obchdzę. Dzieci wyjeżdżają na tydzień ze swoim ojcem na wczasy, najczęściej na Majorkę, a ja kładę się do szpitala, który uparcie co roku coś mi usuwa, albo wstawia. Ale w tym roku dali mi wolne, toteż wymyśliłam, że pierwszy tydzień ferii spędzamy z dziećmi na działce, a drugi, kiedy dzieci będą się wczasować, spędzę w robocie. Wezmę wszystkie możliwe nadgodziny jakie dadzą, i podgonię trochę minusy na kartach kredytowych, bo wakacje idą, i trzeba znowu z tych kart będzie korzystać.
Tak więc zasuwałam codziennie po dwanaście godzin jak mały zajączek, wolne miałam tylko w niedzielę wielkanocną. Owszem, byłam zmęczona, bo nie jestem do póltora etatu przyzwyczajona, tylko do pół, ale dałam radę bez większego problemu. Współczucie znajomych, jakie to mnie straszne święta spotkały i jak cierpię, i że jeszcze tylko kilka dni, żebym sie trzymała i jakoś wytrzymam, trochę mnie irytowało, bo sama sobie tak zaplanowałam i nikt mnie nie zmuszał, nic mi się nie stało, i w ogóle o co chodzi? Do kościoła i tak bym nie poszła, żurku nie jadła, bo i tak tych świąt nie obchodzę nigdy, więc bardzo byłam zadowolona, że porządnie wykorzystałam ten czas. To teatru poszłam na „Grease” i to mi do szczęścia wystarczyło.
We wtorek wieczorem wróciły dziewczyny, i wróciła normalna nasza rutyna.
W środę rano budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści. Wstałam, zrobiłam kawę, kanapkę, sprawdziłam pocztę i pogodę, podlałam kwiatki w ogórdku za domem. O siódmej trzydzieści zbudzialm dziewczyny. Ubrały się, umyły zęby, zeszły na dół. Zaplotłam warkocze. Zrobiłam śniadanie, podałam, posprzątałam stół. Zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam do domu, przebrałam się w robocze ciuchy, wisiadłam do samochodu i pojechałam do pracy. Dostałam szybkie zlecenie na dwie godziny, zrobiłam do dwunastej. Wziełam następne zlecenie, zrobiłam do drugiej trzydzieści. Skończyłam, posprzątałam po sobie kartony i śmieci, pojechałam do domu.
Przebrałam się w normalne ciuchy. Poszłam pod szkołę. Odebralam dzieci. Wróciłysmy do domu, nastawiłam makaron. Pozmywałam naczynia z rana, instruując dzieci zdalnie do puszczenia prania. Posortowały kolorami, wybrały co trzeba, wsadziły do pralki, wlączyły. Zjadłyśmy makaron z pesto. Wyniosłam śmieci. Poleciałyśmy na działkę, gdzie szparagi nam rosną jak opętane i trzeba je zbierać codziennie. Zebralyśmy, wróciłysmy do domu. Dzieci wzięly swoje torby ze strojami baletowymi. Wsiadłyśmy do samochodu. Starszą wysadziłam dwie ulice dalej w pobliżu placu zabaw, młodszą pod szkołą baletową.
Pojechałam do ogrodniczego, kupiłam sadzonki pomidorów i drzewko wiśni. Do spożywczego, po bieżące zakupy. Na stację benzynową, żeby zatankować.
Do szkoly baletowej, gdzie młodsza własnie kończyła swoje lekcje, a starsza już po wyhuśtaniu się na placu zabaw, przebierała się w swój strój. Wzięłam młodszą do samochodu.
Pojechałyśmy do domu, rozpakowałyśmy zakupy. Wziełyśmy ze sobą wkrętarkę, której niestety nie naładowałam dzień wcześniej, i pudełko ze śrubokrętami i poszłysmy do sąsiadki, która kupiła wczoraj łóżko w Ikea i boi się otworzyć instrukcję, a znamy sie od dawna i wie, że mnie instrukcje z Ikea relaksują a skęcanie mebli mnie odpręża niczym dobra sesja w spa.
Łóżko wcale nie było skomplikowane, ale żmudne, bo z czterema szufladami. A że wkrętarka rozładowała się po dwóch pierwszych wkrętach, to cackałam się z tym do późnego wieczoru. W połowie roboty jeszcze wskoczyłam do samochodu i przywiozłam starsze dziecię z jej lekcji baletu.
Przy okazji tej robty przekonałam się, że moja młodsza potomna, lat siedem, róznież ma talent do instrukcji. Dokłanie przyjrzała się pierwzej stronie z wykazem śrubek, podkładek i tych innych wszystkich zatrzasków, i podawała mi na zawołanie odpowienie z nich i w odpowiedniej ilości. Nie pomyliła się ani razu. Przysięgam, że nie miałam jeszcze nigdy lepszej asystentki. Otworzę biznes. Będę ją wynajmowac do tej roboty. Wyceniam ją na piętnaście funtów za godzinę.
Po dziewiątej wieczorem wpadłyśmy do domu, dziewczyny zjadły po kanapce, wzięły ekstresowy prysznic, poszły spać. Ja powiesiłam pranie. Ucieszyłam się, że trochę padało, i nie musiałam już lecieć na działkę podlewać sadzonek. Wzięłam prysznic, weszłam do pościeli z laptopem. Odpowiedziałm na pocztę. Zapłaciłam za balet i pianino na nowy semestr. Sprawdziłam pogodę na jutro, bo trzeba pomidory posadzić. Trzeba też iść do miasta kupić młodszej mundurek na Zuchy, oraz do szewca, bo starszej się sprzączka w szkolnych butach zepsuła, a tam nie ma gdzie parkować, więc trzeba się wstrzelić w pogodny dzień, żeby pójść pieszo. Zrbiłam listę zakupów na jutro, żeby zrobić obiad na pięcioro dzieci na piątek, wegetariański tym razem, bo jedna z zaproszonych nie je mięsa.
Zasypiając dobrze po północy pomyslałam sobie, że bardzo chciałabym nie mieć jutro nic do zrobienia i pójść sobie na dwanaście godzin do pracy, żeby odpocząć.

Chce się żyć (3)

Kiedy w piątek po południu, kiedy każdy normalny człowiek wraca z roboty, otwiera wino i ma piąteczek, piątunio, ty jak ten pojeb przyprowadzasz sobie ze szkoły pięć sztuk poniżej dziesiątego roku żcyia, które mówią do ciebie naraz w czterech (chyba, w każdym razie przynajmniej trzech to na pewno) językach, z czego rozumeisz tylko dwa, karmisz je siedmioma rodzajami naleśników i poisz czterema rodzajami napojów, a następnie pozwalasz iść na górę i robić co chcą, i nie ingerujesz dopóki nie leje się krew i nie sypie tynk, i spoglądając żałośnie na wino w lodówce myślisz sobie: „Co mi kurwa znowu odpindroliło?”.
A potem przychodzą naraz rodzice, żeby odebrać te sztuki, które nie są twoje, i wszystkie one zgodnie wołają: „Nie chcę iść, chcę zostać, tu jest fajnie, najlepsza zabawa na świecie!”

Przydał by ci się facet w domu

„Przydał by ci się facet w domu” – takie zdanie usłyszałam niedawno kilka razy. Pierwszy, jak pytałam kolegę czy ma urządzenie co cięcia terakoty, bo trzy płytki do kuchni muszę przyciąć, a wiem, że on remontował własnoręcznie cały dom i ma różne fajne zabawki. Drugi, jak marudziłam komuś tam, że nie mam na nic czasu, że tapetę ozdobną miałam położyć na jednej ścianie już rok temu i dalej nie zrobiłam. A trzeci, parę dni temu, kiedy sobie ze swojego kawałeczka ziemii w ogródkach działkowych taczką woziłam do samochodu stare cegły do wywiezienia na śmietnik.
I nie mogę się nadziwić. Bo żeby było jasne, ja nie mówię „nie”. Jak się zdarzy fajny facet, który wie, czego che i za mną szaleje, to ja nie mówię „nie”. Fakt, że mam w pojedynkę klawe życie, które lubię i nie mam parcia na faceta na stałe, nie znaczy, że wykluczam definitywnie. Ale na Boga, internety pełne są malarzy, hydraulików i elektryków, któtym płaci się dziesięć funtów za godzinę kiedy są potrzebni. Nie trzeba im prać skarpetek dożywotnio.
Nie wiem doprawdy, czy ja jestem aż tak zacofana, czy tak wyprzedzam swoje czasy, czy tylko pierdlnięta zwyczajnie jestem, że od faceta oczekuję pogody ducha, poczucia humoru, pewności siebie, pomysłów. A czym się zajmuje i co potrafi zrobić sam, a co zleca fachowcom jest zupełnie drugorzędne.
No, ale czamu ja o tym.
Bo w sobotę ostatnią, tak zwaną Wielką, o godzinie dwudziestej trzeciej z groszami, siedzialyśmy sobie z przyjaciółką na przystanku autobusowym na krawężniku, obok jej samochodu na światłach awaryjnych, bo wracając z dorocznego swiątecznego wyjścia do teatru, złapałyśmy gumę. Raz na kwadrans przejeżdżał jakiś samochód, który natchmiast się zatrzymywał i wysiadał z niego samiec, który pozostawiwszy wewnątrz pojazu swoją publiczność płci żeńskiej, patrzył na nas z pobłażaniem i rzucał się do leżących obok nas kluczy i podnośnika i bez pytania, oświadczając jednie, że on się na tym zna i nam pomoże, brał się za zmianę koła. Fakt, że tłumaczyłyśmy, że koło zmienić to my potrafimy, ale tu się nie da nic zrobić, bo główka od jednej śruby jest wyłamana i czekamy na pomoc drogową, w ogóle im nie przeszkadzał. Puszczali mimo uszu. Nie czekali nawet, aż skonczyłyśmy zdanie. Po trzydziestu sekundach stawiali diagnozę, że oto śruba złamana i odjeżdżali z podkulonym ogonem. A wystarczyło, żeby kulturalnie i z szacunkiem wysłuchali co się do nich mówi, nie?
Dwóch pierwszych jeszcze nas śmieszyło, potem już tylko irytacja wzbierała się w nas.
W końcu zatrzymała się dziewczyna. Młodziutka Chinka. Możliwe, że studentka. Zapytała, czy może jakoś pomóc i w ogóle co się stało. Więc powiedziałyśmy, że mamy flaka, śruba złamana, nie da się odkręcić, pomoc drogowa będzie za cztery godziny bo jest Wielkanoc, a nie możemy zostawić samochodu na przystanku, więc siedzimy sobie.
Dziewczyna oświadczyła, że zna okolicę, i sto metrów dalej jest mała uliczka, dokąd możemy dojechać powoli bez uszkodzenia felgi i zostawić samochód do rana, a ona zawiezie nas do domu, żebyśmy nie spędziły nocy na ulicy.
Seksmisja jednak.

Chce się żyć (2)

Kiedy wpadasz do centrum recyklingu, parkujesz przy hałdzie odpadów ogrodowych, otwierasz klapę i wywalasz z bagażnika pociętą na drobne jabłonkę. Jedziesz prosto z działki, dzień jest upalny, masz na sobie kalosze, krótkie spodenki, t-shirt, słomkowy kapelusz od słońca i rękawice. Podchodzi pracownik, pyta, czy ci pomóc. Mówisz, że nie, radzisz sobie, ale chciałabyś rozmawiać z Józkiem. Pod gałęziami masz bowiem kilka potłuczonych płyt chodnikowych i cegieł, za których zostawienie się płaci, a Józek to twój rodak, który daje Polakom rabaty.
– Jóóózeeek! – Drze się na całe gardło dżentelmen. – Tu jakaś dziewczyna do ciebie!
Dziewczyna za trzy miesiące kończy czterdzieści pięć lat.

Kartka z kalendarza (25)

Tydzień na działce odbywam właśnie, w ramach ferii światecznych, to znaczy kopiemy, plewimy, planujemmy, siejemy, sadzimy, przcinamy, grabimy i ogólnie świetnie się bawimy, toteż nie chce mi się wiadomości czytać, ale zdaje się, że w królestwie bez zmian. Teresa Męczennica jak dwa lata temu z hakiem przyjęła na siebie krzyż nieoczywistego zapisania się na kartach historii i obiecała Brukseli, że żadnego brexitu nie będzie, a królowej natomiast, że nie będzie wojny domowej, tak dotrzymuje słowa. Ma za sobą dymisję i przedterminowe wybory, głosowanie o votum nieufności, niezliczone odrzucenia jej projektu, ma po swojej stronie Tuska, który co rusz zwołuje Europę na posiedzenia i przesuwa termin ile się da, i nikt nic nie podejrzewa, Teresa dalej jest u władzy, i skutecznie utrzymuje naród w przekonaniu, że chce, bardzo chce, tylko jest zwyczajnie nieudolna.
W ojczyźnie zaś tej, co mnie na świat wydała, z tego co czytam to oświata strajkuje, a rząd stawia na naturalny bilans przyrodniczy, to znaczy czeka, aż się rodzice już lekko podkurwieni akrobacjami logistycznymi związanymi z opieką nad dziećmi, zorientują, że po strajku szkoła musi zrealizować program nauczania i nadrobić godziny w soboty, albo przedłużyć rok szkolny do połowy lipca, a kto nie przyjdzie, nie będzie klasyfikowany, i rodzice sami strajk rozkurzą.
W domu moim natomiast wydarzenie epokowe kolejne, które odnotować trzeba.
Zbudzilam się ja o siódmej, stwierdziwszy, że lodówka puściuteńka, i nawet ja, mistrzyni wyczarowania śniadania z niczego nie dam rady, wzięłam ze sobą młodsza potomną, lat siedem, która już się zbudziła i nie lubi zostawać sama, i poszłyśmy do osiedlowego po zakupy. Takiego nie najbliższego, tylko tak w centrum dzielnicy, tak z kwadrans spacerkiem. Zostawiłyśmy śpiącej potomnej pierworodnej, lat dziewieć, kartkę na poduszce, że oto jesteśmy w sklepie i wrócimy zaraz i żeby się nie martwiła, i takie tam.
Trza przyznać, że szłam zesrana ze strachu, że się zbudzi, wpadnie w panikę, będzie ryczeć albo co. Bo zostaje sama nie raz, bywa że i  po kilka godzin. Szkolona jest jak i komu drzwi otwierać a kiedy nie. Wie co robić, znaczy do której sąsiadki spierdzielać jakby był pożar, powódź albo inna atrakcja. Wie co wolno jej robić jak jest sama, a czego ma absolutnie zakaz, bo niebezpieczne a nie bedzie nikogo kto pomoże. Ale zawsze jest informowana gdzie i na jak długo wychodzę i pytana, czy zostanie sama. Jeśli się nie zgadza zostać, bo się akurat czegoś obawia, to nie zostaje. Tymczasem pierwszy raz zbudzi się sama w pustym domu z karteczką.
Nie ma co, zakupy na adrenalinie robi się ultrakrótko, a dystans do domu to już biegusiem z tobołami.
Tymczasem pierworodna siedzi w szlafroku przed telewizorem. Twierdzi, że żadnej kartki nie znalazła, ale się nie martwiła.
– Mamo, przecież jakby coś się stało, tobie albo Julce, to bym wiedziała, bo byś mi załatwiła opiekę, zawiozłabyś mnie do cioci Asi, albo do sąsiadki. Ty byś nigdy nie zniknęła bez słowa i nie zostawiła swojego dziecka. Więc wiedziałam, że tylko wyskoczyłyście na chwilę do sklepu, bo lodówka pusta.
Gówniara. Będzie mi pępowonę odcinać. Przecież ja nie jestem jeszcze gotowa.

Życie w cytatach (63)

Julia, lat siedem.
– Mamo, co robisz?
– A wiesz, jak już wróciłyśmy z tej działki takie umorusane, wszystko prosto do prania trzeba dać, to postanowiałm jeszcze szybko z rozpędu wyplewić te parę chwastów przed domem.
– Aha, takie after party.

Jak żyć? (27)

Kiedy w czwartek, przedostatni dzień szkoły przed feriami wielkonocnymi, łamie cię nagle grypa czy inny wirus i leżysz nieprzytomna na sofie. Do pracy nie idziesz, zakupów nie robisz, na myśl o robieniu obiadu jest ci słabo. Za pięć trzecia wiesz już, że nie dasz rady wstać i odebrać dzieci ze szkoły, więc prosisz koleżankę, żeby odebrała przy okazji odbierania swoich, przeprowadziła przez ulicę i dalej pójdą same. Ona na to, że weźmie je do siebie, a ty odpoczywaj.
Przysyła ci je o piątej, po domowym obiedzie. Młodsza, siedmioletnia, od drzwi rzuca się, żeby ci pokazać plik kartek z zadaniami z matematyki do zrobienia podczas ferii. Słabo ci na myśl o wysiłku intelektualnym, jakim jest zrozumienie jej zadań, sam szelest kartek cię denerwuje, a głos dziecięcia wyprowadza z równowagi. Odsyłasz obie na górę, tłumacząc, że jesteś dziś chora, chcesz mieć spokój, mają same zrobić sobie kanapki, wziąć prysznic, przebrać się w piżamy. Nie muszą nic dziś robić, byleby dały ci spokój.
Zajmują się więc same sobą na górze, same robią sobie kolację i same kładą się spać. W trakcie wieczoru młodsza jeszcze raz pojawia się w drzwiach z plikiem kartek, ale od progu mówisz jej, że nie dziś, że jutro.
Rano czujesz się dobrze, więc budzisz dzieci, robisz śniadanie, kawę. Wszystko normalnie. Potomne schodzą z góry ubrane, przynoszą swoje szkolne torby, siadają do stołu. Młodsza ma w ręce plik kartek.
– Julia, nie teraz. Nie rozumeisz dziecko, że masz na to całe ferie? Ponad dwa tygodnie. Zrobimy to razem, obiecuję ci, ale przestań mnie molestować o to teraz, jak za trzy minuty trzeba wychodzić do szkoły. Teraz nie jest czas na to. Czy ty nie potrafisz tego zrozumieć?  – wybuchasz.
– Ale ja tylko chciałam ci pokazać, że już wszystko zrobiłam…

Chce się żyć (1)

Widziałam ich już, jak po pracy wychodzili razem na boisko i grali w krykieta. Chyba krykieta.
Wiem, że niektórzy razem biegają.
I wpadałam na nich jak siedzieli w parach lub kilkuosobowych grupkach gdzieś na lunch’u.
Na szkolnych festynach malują dzieciom twarze, kleją tatuaże.
Albo siadają po kolei na krzesełku i każdy chętny, dziecko, rodzic, współpracownik, za jednego funta wali w nich ogromną mokrą gąbką z odległości kilku metrów, i wszyscy pękają ze śmiechu, a oni sami najbardziej. Datki przekazują na cele charytatywne.
Jak jest dzień przebierania się za superbohatera, albo za postaci z książek, wszyscy, co do jednego, są poprzebierani i to nie byle jak.
Ale dziś mnie rozczulili zupełnie, zamieszczając na fejsie to:

To są proszę państwa nauczyciele z moich córek podstawówki. Tym się zajmują w przerwie na lunch.
Na perkusji wychowawczyni mojej pierworodnej, matematyczka. Na gitarze na pierwszym planie – dyrektor szkoły.
Dystans. Zaangażowanie.
Uwielbiam ich.

Życie w cytatach (62)

Julia, lat siedem.
– Mamo, co robiłaś jak byłyśmy na Brownies*?
– Biegałam.
– O, to znowu się wychudzisz jak rok temu?
– Mam nadzieję, że lepiej. W zeszłym roku wychudziłam na lato tylko nogi, a teraz chciałabym też pupę. Jak mi sie uda.
– Uda się, mamo. Ty wszystko potrafisz.

* Zuchy. Albo Harcerze. No jakoś tak.