Przyjęcie urodzinowe

W tym roku ramach cięcia kosztów, wspięłam się na szczyt umiejętności persfazji, i wmówiłam córce młodszej, że przyjęcie z okazji siódmych urodzin na kręglach, na basenie, w parku trampolin, w klubie wspinaczkowym czy innym, czyli takie, jak robią wszyscy, jest oklepane i my zrobimy coś absolutnie wyjątkowego, czego jeszcze nikt nie wymyślił. Otóż zaprosimy najbliższe przyjaciółeczki na sleepover*.
Ucieszyła się jak nie wiem co, bo tego faktycznie jeszcze nikt nie robił. Wybrała pięć dziewczynek. Zapytałam ich mam co one na to, i wszystkie stwiedziły, że córki są podekscytowane pomysłem, więc one je chętnie wyślą do mnie, ale żebym była gotowa na płacze wieczorne i dzwonienie do rodziców po odbiór, bo z całej piątki tylko jedna na takie nocowanie już chodziła, zresztą do nas właśnie, a dla reszty to będzie pierwszy raz. No to czym prędzej ustaliłam termin, dziecko wypisało i rozdało zaproszenia i klamka zapadła.
Dwa tygodnie spędzilam na użalaniu się w duchu, w co ja się wpakowałam.
Oczami wyobraźni widziałam stado słoni goniące mi po schodach, rozpiżdżone wszystkie zabawki wszędzie, muzykę na full i wrzaski siedmiu dziewczynek, bo nikt nic nie słyszy, jadalnię upieprzoną ketchupem i czekoladą, łazienkę uwaloną pastą do zębów, kłótnie o toaletę, kłótnie o śpiwory i poduszki, płacze, że ktoś zapomniał swojego miśka, kłótnie o to, kto koło kogo śpi, wojnę na poduszki i spadające ze ścian obrazki, wieczorne płacze za mamą, nocne budzenie się i płacze za mamą od nowa, woda do picia w nocy, ciepłe mleko, z cukrem, bez, chodzenie do toalety, kłotnie jaką bajkę oglądać, zasikany materac, jakby któraś z wrażenia nie zdążyła. A jak nie daj Boże któraś akurat złapała wszy w szkole i rozprowadzi na moim przyjęciu reszcie… Rany boskie! Co ja najlepszego narobiłam! Dlaczego nie naciągnęłam jakiegoś limitu na jakiejś karcie kredytowej i nie wysłałam ich gdziekolwiek. Do McDonald’s choćby.
Tymczasem…
O siedemnastej zjawiły się wszystkie. Poszły do salonu, włączyły światła disco, odpaliły swoją playlistę i zajęly się sobą na godzinę. Nakryłam do stołu, zawołałam. Usiadły i zjadły. Nic się nie rozłało, nie spadło, nie poplamiło. Odśpiewały „Happy Birthday” i „Sto lat”, zjadły tort. Poszły się przebrać w piżamy i umyć zęby. Kiedy zeszły na dole przed telewizorem mialy przygotowane materace. Podzieliły się śpiworami i poduszkami bez kłótni, ułożyły się bez kłótni, wybrały dvd do oglądania bez kłótni, włączyły, obejrzały. Przyszły się napić, wróciły, pogadały, poszeptały i zasnęły zaraz po dziesiątej. Jedna przyszła do mnie do kuchni, żeby zadzwonić do mamy, bo chce powiedzieć „dobranoc”. Usłyszawszy głos mamy stwierdziła, że chce wracać do domu. Nie płakała. Przytuliłam, pomogłam się spakować, wydałam mamie. Wyszła zadowolona, komunikując rodzicielce, że najlepsze przyjęcie na świecie.
Zbudziły się przed ósmą, zjadły płatki z mlekiem, umyły zęby, przebrały się, spakowały. Pomogły Julce rozpakować prezenty. Cieszyły się razem z nią, bo fajne rzeczy dostała. Przez cały czas trajkotały jak najęte, zadowolne i szczęśliwe. Naprawdę, nie nudziły się, miały udany wieczór i poranek.
Rodzice odbierali je między dziewiątą a jedenastą.
Zabawki poskładane, naczynia pozmywane. Było tak luźno, że wieczorem jak zasnęły to spokojnie obejrzałam film.
Nie ma to jak odpowiednie nastawienie.

* nocowanie

Końskie zaloty

– Mamo, a wiesz, że A., mój przyjaciel, ten, z którym zawsze dużo rozmawiamy o książkach i pomagamy sobie w matematyce, ostatnio bardzo się zmienił. Ciągle mi powtarza, że jestem nieznośna, że mnie nie lubi, i dużo mi dokucza i chyba mam już tego dość, wiesz mamo? – oświadczyła niedawno przy obiedzie moja pierworodna, lat prawie dziewięć.
Przełknęłam zupę. Świat się nagle zatrzymał. To był ten moment. Spodziewałam sie go, wiedziałam jaki jest ważny, czekałam i przygotowałam się, wiedziałam co dziecku powiem.
Byłam dokładnie w jej wieku, kiedy pierwszy raz w szkole jakiś chłopak pociągnął mnie za kucyki. Bolało. Inni chlopcy stali obok i się śmiali. Czułam się upokorzona. Dziewczynki uśmiechały się z uznaniem, zazdrością nawet. Nie rozumiałam.
– Lubi cię. To są końskie zaloty – oświadczyli moi rodzice, kiedy poskarżyłam się im w domu.
– Ale ja nie jestem koniem – odpowiedziałam zdziwiona, czym wywołałam salwę ich śmiechu.
– Chłopcy tak mają. Potem z tego wyrastają – poinformowali mnie i temat został zamknięty.
Nie uzyskawszy wsparcia, poradziłam sobie sama. Miałam akurat to szczęście, że biegałam prawie najszybciej w klasie, więc przy następnej okazji delikwenta dogoniłam, podstawiłam nogę, i kiedy leżał u mych stóp na soczyście zielonym trawniku skąpanym w porannym słońcu, skopałam mu dupsko na oczach kolegów i odeszłam bez słowa. I miałam spokój.
Dziś uważam, że było ogromnym błędęm tamtych czasów, że uczono chłopców od małego, że mają przyzwolenie na przemoc i poniżanie, a dziewczynki hodowano na tej przemocy ofiary. Bo ani chłopcy, ani dziewczynki z tego nie wyrastali. Uważam, że skrzywdzono jednych i drugich. Chłopców też. Wielu płaci dziś wysoką cenę za tamte czasy, tkwiąc w toksycznych związkach lub zalegając na kozetkach w gabinetach terapeutów.
Obecnie czasy się zmieniły i na szczęście dzieci się uczula, zarówno dziewczynki jak i chłopców, że przemoc to przemoc, „nie” znaczy „nie”. Nastolatki uczy się, podobno, bo jeszcze w ten etap nie weszłam, że jeśli chłopak podszczypuje, należy ścisnąć mu czułe miejsce, i patrząc w oczy powiedzieć: „Robię to, bo mi się podobasz, przyjemnie?”. Osobiście wolałabym nigdy do tego etapu edukacji z moimi potomnymi nie dojść, zapobiec mu lata wcześniej, ale co bedzie, czas pokaże.
Zebrałam myśli, wzięłam wdech.
– To są końskie zaloty Aniu. Tak się to określa. Przychodzi taki wiek, kiedy chłopcom zaczynają się podobać dziewczynki, ale wstydzą się tego przed kolegami, więc udają, że tych dziewczynek nie lubią. I zdarza się, że z tym udawaniem przesadzają. Musisz to traktować jak każdy inny bullying. Powiedz stanowczo, że sprawia ci to przykrość i sobie tego nie życzysz. Jak nie pomoże, poszukaj pomocy u nauczyciela. Nauczyciel ma obowiazek porozmawiać z nim, a potem z jego rodzicami. Czyli normalna procedura. To, że powodem jego zachowania jest fakt, że mu się podobasz, nie daje mu pozwolenia na nękanie cię. Nic nie daje pozwolenia na nękanie. A jeśli cię lubi, ma być miły dla ciebie. Zgadzasz się? – rozpoczęłam indoktrynację.
– Tak i nie, mamo – odpowiedziała natychmiast.
– Tak? – zdziwiłam się.
– Bo teraz jest inaczej niż ci się wydaje. Teraz chłopcy się wcale nie wstydzą, i jak kogoś kochają to zaraz o tym mówią i wcale nie są niemili. A A. to akurat zwyczajnie nie znosi mojej najlepszej przyjaciółki i chce, żebym ja też jej nie lubiła. Ale już mu powiedziałam, że to jest mój wybór, nie jego, z kim ja się przyjaźnię. I powiedziałam też Julce, bo Julka mówi, że mam nie chodzić z A. za zumbę, skoro A. mi dokucza na zumbie, że ja chodzę na zumbę bo lubię, i nie będę z tego rezygnować, bo ktoś mi tam dokucza. To jest jakbym się poddała. A ja się nie poddam. Nie z takiego powodu – wyjaśniła swoje stanowisko, wprawiając mnie w osłupienie.
– A końskie zaloty to ja mam – wtrąciła się młodsza, siedmioletnia. – N. mi takie zaloty robi, ale ja go ignoruję, i rozmawiam z nim tylko jak jest miły, i on już powoli się nauczył, że jak coś chce, to musi grzecznie – dobiła mnie.
I pozamiatane.

Jak żyć? (21)

Kiedy „Jesteś najlepszą mamą na świecie! Nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego prezentu na urodziny!” słyszysz od siedmiolatki, kiedy wręczasz jej nie lalkę, sukienkę, grę na xbox’a czy kartę przedpłaconą do jakiegoś sklepu, tylko bilet na Wembley na mecz Anglia – Czechy w przyszłym miesiącu.

Jak żyć? (20)

Kiedy w sobotnie popołudnie nie mając żadnego pomysłu na obiad i same resztki w lodówce postanawiasz zrobić pizzę na obiad. Bardzo dobrze, myślisz sobie, będzie domowa, zdrowa, bez ulepszaczy, konserwantów, całej tej chemii. Wyciagasz mąkę i drożdże i zagniatasz ciasto. Rozwałkowujesz, kladziesz na blaszce. Robisz domowy, zrowy sos z pomidorów z puszki i oregano, bez niezdrowych dodatków. Roprowadzasz na cieście, posypujesz startym serem. Kroisz cebulę, parykę, kilka pieczarek, otwierasz puszkę kukurydzy. Do kuchni wchodzą dzieci i proszą, żeby im pozwolić skończyć. Słyszysz, że dostałaś wiadomość, więc wychodzisz do pokoju i przez kwadrans zajmujesz sie komórką. Wracasz do kuchni. Na twojej zdrowej, domowej, hand made pizzy leżą pokrojone w plasterki parówki.

Życie w cytatach (58)

Ania (prawie dziewięć), Julia (siedem). Przy obiedzie. Obie chórem.
– Dziewczyny, są bilety na Romeo i Julię. Brać?
– Tak!
– Ale nie balet, tylko spektakl zwykły.
– Tak!
– Ale tylko stojące są.
– Tak!
– Ale trzeba się do Londynu karnąć.
– Tak!
– Autobusem, bo ja nocą autem nie jadę.
– TAK!
– Ok, to biorę.
Po chwili. Ania.
– Wiesz mamo, lubię to nasze życie.