Jak żyć? (19)

Kiedy jesteś osobą, której w dzieciństwie zaszczepiono zamiłowanie do chodzenia do teatru a teraz przenosisz je na swoje dzieci, które zabierasz do teatru co kilka tygodni, które ciągasz do Londynu na musicale na West End, którym natychmiast po zabukowaniu biletów lotniczych do Polski na narty czy inne ferie, kupujesz też bilety do teatru na wszystko, co w tym czasie jest możliwe do zobaczenia. I wiesz, że one to lubią, czekają na to, przeżywają.
Aż pewnego zwykłego dnia, podczas obiadu twoja pierworodna stwierdza nagle:
– Mamo, wszyscy już byli w kinie na Grinch’u, tylko ty nas jeszcze nie zabrałaś.
I masz wrażenie,  że za chwilę wkroczy do domu opieka społeczna, bo dzieci zaniedbane.

Życie w cytatach (57)

Ania, lat prawie dziewięć. Była z siostrą i koleżanką w kinie na „Dziadku do orzechów”.
– Mamo, ale to nie była ta klasyczna historia. To była już jakaś kontynuacja, wiesz?
– Domyślam się. Bo klasyczną historię kręcono już wcześniej. I jest też balet.
– Wiem. Czytałam w książce o historii baletu.
– Skąd wzięłaś książkę o historii baletu?
– Kupiłaś mi?
– Y… Serio? No i co tam jeszcze czytałaś?
– O Romeo i Julii. To jest historia o miłości. Opowiedzieć ci?
– Dziękuję, znam. Kochanie, Romeo i Julia to nie jest historia o miłości, tylko o trzydniowym romansie trzynastolatki i siedemnastolatka, zakończona sześcioma zgonami.
– Rujnujesz mi dzieciństwo mamo.

Jak żyć? (18)

Kiedy siedmiolatka, od której wymagasz dziesięciu minut ćwiczenia gry na pianinie dziennie, przez cały tydzień, dzień w dzień marudzi, że nie chce, że robi to tylko dlatego, że ją zmuszasz i przekupiasz różnymi obietnicami, że jak będzie dorosła i będzie mogła decydować o sobie to pierwsze, co zdecyduje, to że nie che grać na pianinie, a potem przychodzi piątek, przychodzi jej nauczyciel, daje jej nowe nuty, ona patrzy na nie w skupieniu dłuższą chwilę, po czym kładzie ręce na klawiaturze i patrząc w nuty gra cały utwór, tak ot, bez błędu. I nauczyciel zdumiony twierdzi, że tyle lat uczy, ale tego jeszcze nie widział, i żeby ją cisnąć, pieprzyć poprawne metody wychowawcze, że warta jest każdego cukierka, którym ją przekupiam, byle by tylko grała.

PS. Ale jak śpiewa, to fałszuje. Żeby nie było.

Emigracja

Emigracja to jednak ciężki kawalek chleba jest, pomyślałam wczoraj w południe, zmożona grypą i przykuta do łóżka, z nudów oglądając na BBC jak się parlament gimnastykje, żeby jakoś Brexit z twarzą odwołać, i dochodząc do wniosku, że jeśli utrzymają tempo i stopień skuteczności, to się w terminie faktycznie nie wyrobią, i od kwietnia będę musiała sobie wbijać do brytyjskiego paszportu wizę, żeby własne rodzinne miasto odwiedzić.
Serio, to nie jest łatwe. Owszem, dobrze mi się na Wyspach żyje i swoje życie lubię, ale nie będę tu nigdy w stu procentach u siebie. Zawsze w rozmowie czy włączając telewizję nie zrozumiem jakiegoś żartu, który nawiązuje powiedzmy do życia w latach osiemdziesiątych, kiedy mnie tu nie było i nie czuję klimatu. A jeszcze częściej zwyczajnie nie zrozumiem zdania, bo mi braknie jakiegoś słowa czy idiomu, którego nie znam. Mam to szczęście obracać się w środowisku ludzi, którzy nie dają mi do zrozumienia, że jestem tu niechciana, ale wszyscy wiemy, że Polaków w Anglii się nie lubi. Angielki nie lubią Polek, bo ich faceci lecą na naszą słowiańską urodę. Anglicy nie lubią Polaków, bo zasuwają w robocie jak małe zajączki, więc wymagania wobec Anglików wzrosły. Muzułmanie nie lubią Polaków, bo populacja katolików rośnie, a nie takie wytyczne w Koranie są. Szkoci nie lubią Polaków, bo to Szkoci byli kiedyś największą mniejszością narodową w Anglii, a potem przyjechali Polacy, i okazało się, że lepiej pracują, lepiej piją i mówią lepiej po angielsku. No długo by można wymieniać. Apogeum niechęci nastąpi, kiedy się Izba Gmin nie pośpieszy i nie zdąży tego Brexitu odwołać na czas, i każdy polski imigrant będzie swobodnie podróżował po Europie na polskim paszporcie, a Anglicy przyzwyczajeni do wyskakiwania na weekendy do europejskich stolic na balangi, utkną na wyspie, niczym w stanie wojennym, składając podania o wizę.
Niestety, co po kilkunastu latach nieuniknione, w Polsce też nie czuję się już u siebie. Na każdym kroku, drobne gesty i niuanse w codziennych sprawach przypominają mi, że przesiąknęłam już angielskim stylem życia i nie pasuję.
Podjeżdza autobus, ludzie wsiadają, a dla mnie brakuje miejsca, i orientuję się, że przepuściłam wszystkich. Bo ja się już oduczyłam przepychać. Ja automatycnie czekam na swoją kolej, naiwnie sądząc, że ci, co przyszli po mnie, przepuszczą mnie, bo przecież przyszli po mnie.
Albo wchodzę do apteki. Proszę o syrop na zatwardzenie dla dzieci i maść na blizny. Pani podaje syrop i idzie do gablotki z kremami na drugim końcu pomieszczenia. Otwiera, przygląda się.
– A ta maść na świeże blizny czy stare ma być? – Woła do mnie i zmusza mnie do odpowiedzi na krępujące pytanie przed publicznością, która ustawiła sie już za mną w kolejce, zamiast podejść i zapytać mnie dyskretnie, do czego już zwyczajnie przywykłam.
Albo kelner w restauracji, który nie kryje zniecierpliwienia, że nie złożyłam zamówienia za siebie i dzieci raz dwa niczym w barze szybkiej obsługi, tylko poprosiłam o trzy egzemplarze karty, dałam dzieciom czas na przeczytanie, wybranie, co wcale nie trwało dłużej niż zrobiłby to każdy inny dorosły klient, a na koniec dzieci same, bez mojego pośrednictwa zamawiały to, co chciały, jedna prosząc o lody bez rodzynków, bo nie lubi, a druga o rosół bez marchewki. Oj, w dupie mial napiwek, wolał być niemiły. Ale i tak dostał. Bo ja już nie potrafię nie dać napiwku. Właśnie.
Albo kapela góralska. Fajnie grają, ludzie wyciągaja komórki, miny grajków mało zachwycone, ale z czegoś trzeba żyć przecież.
– Mamo, czy my też możemy nagrać? – pytają moje dzieci.
– Nie wiem. Jak się skończy ten utwór, to podejdźcie i zapytajcie, czy zgadzają się, żeby ich filmować – odpowiadam odruchowo, i natychmiast czuję na sobie niewypowiedziane wiadro hejtu, ze strony oburzonych filmujących, że jakoby śmiałam skrytykować ich zachowanie. A ja tylko byłam sobą. Tylko sobą. Tą, która tu już nie pasuje właśnie.
Długo bym mogła te drobne i fascynujące mnie różnice wymieniać, ale problem mam, że nie mam z kim o tym porozmawiać. Kiedy tylko próbuję, natychmiast słyszę, że w dupie mi się poprzewracało, że czuję się lepsza, że jestem zarozumiała. Ile  bym nie zaznaczała, że widzę różnice i nie wartościuję co lepsze, co bardziej mi sie podoba, zawsze ktoś się obrazi.  Więc nie próbuję już. Zamykam się w sobie, smutno mi. Taki los.
Rozdziera serce ten brak przynależności. Bardzo to wysoka cena, za wygodne życie. I nie da się tego zrozumieć, przewidzieć, zanim się samemu nie przeżyje, nie poczuje.
Tymczasem byłam tydzień temu na nartach w Polsce. Spędziłam cudowny czas w Bukowinie Tatrzańskiej, którą pokochałam całym sercem już rok temu. Śnieg, narty, lodowisko, termy, zaspy śnieżne, błwany, sanki, budowanie iglo, skocznia w Zakopanem i labirynt lodowy, kulig, sanie, pochodnie, konie, ognisko, pyszne jedzenie, przytulny pensjonat, cudowni gospodarze. Pełnia szczęścia.
Mamy tam swojego ulubionego instruktora, do którego wróciłyśmy już trzeci raz i zapewne nie ostatni. Tym razem coś mnie tknęło, że niby mam do czynienia z nartami od dziecka, niby potrafię się na nich przemieścić z góry na dół w jednym kawałku, ale nikt mnie nigdy tego nie uczył i zawsze to jest raczej walka o życie niż jazda, więc co mi szkodzi wziąć parę lekcji i robić to dobrze, nie?
No, i się zaczęło.
– Ewa, postawa. Ręka, kolano, biodro, krawędź. I hop, hop. Z życiem Ewa. Z życiem. Raz dwa. Zatrzymanie. Obróć się. Patrz na mój ślad i na swój. Widzisz różnicę? Tak masz jechać. Dawaj na wyciąg. Ruchy. Nie stój, jedziemy! Zwalniające teraz. Ewa, dynamicznie. Płynnie. O, brak równowagi, no brawo! Dupa wyżej! Do przodu się pochyl! Górna narta ci w pług wchodzi. W twoim wieku pługiem już nie wypada, naprawdę. Przyłóż się do tego!
I tak sobie pomyslałam. Normalna rozwódka po czterdziestce poleciałaby do Tajlandii, leżała na plaży z drinkiem, miala wszystko w dupie, płaciła tubylcom za seks i była zadowolona. A ja? Przyleciałam na zimę stulecia, minus dwanaście stopni, i płacę rodzimemu góralowi, żeby się na mnie darł.
Taka ze mnie patriotka.

Jak żyć? (17)

Kiedy w kreatywnym lenistwie osiągnełaś level master i potrafisz wczesnym rankiem, zmartwionym brakiem czystych majtek córkom, lat 9 i 7 wmówić, że wypranie ich ręcznie i wysuszenie suszarką do włosów to super przygoda.

Życie w cytatach (56)

Ania, lat prawie dziewięć, oraz Julia, prawie siedem. Przy kolacji.
– Mamo, co to jest kompromis?
– Jak jest kilka osób, conajmniej dwie, i chcą coś zrobić inaczej, i muszą się jakoś dogadać.
– Przykład?
– Jak ja chcę jechać na basen, a wy na plac zabaw z piaskownicą. I jedziemy na plażę. Ja mam wodę, wy macie piasek. To jest kompromis.
– Albo jak jedziesz z ciocią Asią na party, ty chcesz fantę o ciocia Asia colę, i kupujecie wino?

Życie w cytatach (55)

Julia, lat siedem, w samolocie, w drodze powrotnej z wypadu na narty. Smutna, lekko popłakuje. Przytulam.
– Co ci jest Julka? Tęsknisz do babci i dziadka?
– Tak.
– I chciałabyś jeszcze pojeździć na nartach?
– Tak. I jeszcze coś.
– Co kochanie?
– You don’t realise mum*, jakie trudne jest życie, kiedy twoja siostra ma swój telefon a ty nie.

* Nie zdajesz sobie z tego sprawy mamo

Jak żyć? (16)

Kiedy o jedenastej wieczorem, na dwie godziny przed przyjazdem taksówki na lotnisko, pakując walizkę na wypad na narty przymierzasz spodnie narciarskie, które kupiłaś na wyprzedaży we wrześniu. I okazuje się, że wrzesień był pięć kilo temu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Po gwarnych, wesołych, głośnych i w dużym gronie spędzonych świętach, na Sylwestra zatęskniłam za atmosferą rodzinnej intymności i z nikim się nie umawiałam. Zresztą, moje córki rok temu zainfekowane zostały „Miłością w Zakopanem”, i w tym roku nie było innej opcji, niż wieczór przed telewizorem. Zakopane jako centrum wszechświata.
Przygotowania zaczęłam od wypadu do sklepu po niezdrowe przekąski. Załadowałyśmy do wózka dwie pizze, jakieś czipsy, mrożone sajgonki i mince pies, colę, piwo i już, już miało być z głowy, jak sobie dziewczątka przypomniały, że musi być szampan. Szampanów dla dzieci w angielskich sklepach  wedle mojej wiedzy nie ma, więc pojechałyśmy do polskiego sklepu. Tam się skończyły. Do drugiego. Po drodze zakomunikowałam, że jak tam nie będzie, to kupujemy zwykłą lemoniadę gazowaną i nigdzie więcej nie jadę. Na szczęście był. W czterech smakach i sześciu wersjach kolorów opakowania. Wiecie ile to jest kombinacji? A one dwie muszą znaleźć kompromis. A są tak urocze obie, „czy mogłabym prosić, dziękuję, przepraszam, a ten obok?, szczęśliwego nowego roku!”, że wszyscy się uśmiechają i kiwają głowami, nikt nie odważy się kurwą strzelić i opierodlić, więc to trwa. Masakra.
Potem wygnałam na plac zabaw na osiedlu. Angielska zima w pełnym rozkwicie. Poszły w trampkach i wzięły rowery. Kwadrans wytrzymały, jak starsza zaczeła wydzwaniać ze skargami kto, kogo, czym i za co leje. Szlag mnie trafił, kazałam dzwonić wyłącznie jak będzie krew, albo zatrzymanie oddechu. Poza tym mają się sami dogadać. Po godzinie zadzwoniłam, żeby przyszły na obiad. Okazało się, że siedzą u sąsiadki i jedzą zupę. Ja pierdziele! Obiad w domu, a te na żebry poszły.
Wieczorem przygotowałyśmy bufet, włączyłyśmy telewizję, odpaliłyśmy światła disco na sufit, podmalowałyśmy oko i potem było już z górki. Awanturka, że pizza jest z ananasem, że sajgonki z krewtkami, ona sobie idzie zrobić kanpkę bo tu nie ma co jeść, że za głośno, za cicho, że źle śpiewasz, nie zansz słów, że dlaczego to jest po włosku, gdzie są napisy, żeby widzowie mogli śpiewać, nie umiesz tańczyć, ja z tobą nie tańczę, kiedy wreszcie będzie ten szampan, mamo idę do toalety, daj pauzę, ile tam jest ludzi?, dlaczego my tam będziemy za trzy dni a nie jesteśmy tam dziś?, Ania nie zasypiaj, mamo ona śpi, NIE, NIE JESTEM ZMĘCZONA, TYLKO MI ISĘ OCZY SPOCIŁY… Dotrwałam do jedenastej wieczorem, dziekując losowi za tę godzinę różnicy w czasie między krajami, bo za godzinę już bym je pozabijała. Otwarłam szampana, wzniosłam toast, złożyłam życzenia, kazałam umyć zęby i isć spać. Posprzątałam bufet, rozłożyłam sofę, położyłam się w pościeli, popykałam po kanałach, obejrzałam relację z fajerwerków z Londynu, bo jak fajerwerów nie uznaję, tak te sylwestrowe z Londynu robią na mnie wrażenie. Kiedyś sobie je pojadę na żywo zobaczyć. W końcu zasnęłam.
O pierwszej przyszła młodsza, z poduszką pod jedną i kołdrą pod drugą pachą. Nie może spać, bo jej firanka ma duże oczy, które się na nia gapią i ona się boi. Wgramoliła się, umościła, zasnęła. O drugiej przyszła starsza, nic nie przyniosła, tylko pretensje, że skoro młodsza może, to jej też się należy. Wgramoliła się miedzy nas. W trójkę na rozkładanej sofie w salonie, a na górze dwie puste sypialnie. Cudo.
O siódmej zbudziło mnie ciśnienie w pęcherzu. Dwie obce nogi wplątane były w moje pod kołdrą. Trzecia obejmowała mnie w pasie od tyłu, czwarta wbijała kolano w lędźwia. Lepkie rączki w ilości niepoliczalnej otulały mi szyję, ramiona i wbjaly łokcie w cycki. Do prawego ucha pochrapywała młodsza, bo się przeziębiła i rzęzi, do lewej dziurki od nosa starsza wziewnie doprowadzała mnie do wniosku, że eksperyment z odstawieniem mleka sojowego i podaniem jej krowiego muszę uznać za nieudany, bo ma znowu zajęte zatoki, gardło i nos flegmą o zapachu mało wysublimowanym.
Chwilę spędziłam na kalkulacji co mi się bardziej nie opłaca: wyplątać się i pójść do toalety, ale wtedy się zbudzą przedwcześnie i będą marudne, czy zostać tak w bezruchu ile wytrzymam i spędzić dwa dni z bolesną infekcją dróg moczowych.
Nie zdążyłam dojść do żadnej konkluzji, kiedy młodsza wzdrygnęła sie przez sen, otwarła oczy, zobaczyła mnie, przytuliła mocniej.
– Kocham się mamo –  wymamrotała i zasnęła.
I tego wam życzę. Żebyście codziennie mieli komu mówić „kocham”.