Jak żyć? (15)

Kiedy do przebwającej poza domem ośmio i półletniej córki piszesz sms o teści: „Kochanie jakie masz hasło do laptopa, bo mój padł a muszę szybko skorzystać” i w odpowiedzi dostajesz hasło i nazwę profilu awaryjnego, stworzonego specjalnie na taką okazję, żebyś nie musiała się logować do jej profilu.

Bilans 2018

Kilogramów: do września -15, potem +5, fack!
Zmian koloru włosów: dwie, na blond i powrót do naturalnego, puszka Pandory, nie ruszać
Pobytów w szpitalu: jeden, planowy, bez komplikacji
Stan zdrowia: idealny
Nowe hobby: bieganie, zarzucone we wrześniu, czeka na powrót do łask
Stare hobby: pływanie, do września kilometr poniżej 30 minut, od września nic, wstyd
Nowy projekt: działka, realizacja na pół gwizdka, poprawić
Kamieni milowych: jeden, ale taki, że sama nie wierzę, że się odważyłam, tu szacun dla mnie
Spraw zawalonych: jedna, siedzi z tyłu głowy codziennie, przeszkadza
Facetów na stałe: zero, tak trzymać
Facetów na seks: niewystarczająco, poprawić
Remontów: zero (chyba, że wieszanie półek na ścianie to remont?)
Nowych mebli: dwia regały na książki w pokojach dzieci, niewiarygodne, tylko tyle?
Przeczytanych książek: mało, za mało
Wyjazdów na narty: dwa
Wyjazdów do ciepłych krajów: jeden
Wyjazdów w góry: wielkie, dramatyczne, rozpaczliwe zero (Dartmoor i Exmoor to nie góry, wyjazd na camping to nie wyjazd w góry, żeby było jasne)
Zwiedzania zupełnie nowych miejsc: jedno, za mało, za blisko, poprawić
Pokazanie dzieciom nowych dla nich miejsc: między pięć a dziesięć, zależnie od metodyki liczenia, tu dobrze
Wyjść do teatrów: średnio raz na półtora miesiąca, nieźle, ale niedosyt, bo większość to sztuki dla dzieci
Nowych seriali: zero (nie miałam Netflixa w tym roku), nigdy nie nie wciągnęło, chyba już umrę bez znajomości Gry o tron i House of Cards
Starych seriali: zero (patrz wyżej)
Zmian samochodów:  jedna, nieplanowana, przypadkowo na lepszy, tak wyszło
Płynność finansowa: mamy co jeść, odsetki na kartach spłacam w terminie, kwoty zadłużenia utrzymują stały poziom, czyli jakby nienajlepiej
Stan szafy: dużo poniżej strefy komfortu, Lidl  na codzień, Matalan i Primark od święta, robienie dobrej miny do tej złej gry staje się coraz trudniejsze, poprawić

O czymś zapomniałam?

Jak żyć? (14)

Kiedy twoje ledwie dukające po polsku dzieci, z którymi masz układ, że kiedy piłują polskie czytanki na sofie, ty poprawiasz wszystkie pomyłki w „szcz” „dż” i „dź” jadąc obok na rowerku stacjonarnym, przypominają sobie trzydziestego grudnia po przebudzeniu, że miały cel skończyć czytać stu sześćdziesięciostronicowy Elementarz Falskiego do końca tego roku, a są na stronie sto piętnastej.
60 km, 900 kcal przed śnaidaniem. Doszły do strony sto trzydziestej. Do końca roku skończą.

Jak żyć? (13)

Kiedy masz wydać poświąteczny obiad dla kilku osób, a tymczasem dopada cię jeden z dni, kiedy leżysz na sofie, patrzysz w sufit i chce ci się wyć. Nie masz ku temu żadnego powodu oczywiście, poza peselem, który płata ci figle w postaci huśtawki hormonów, a co za tym idzie nastroju. Pomimo, że obiad jest tak przygotowany, że zrobi się w piekarniku sam, a dom wystarczy z lekka ogarnąć, to w zasadzie już zdecydowałaś, że odwołujesz.
I wtedy twoje dzieci, lat prawie dziewięć i prawie siedem, bez słowa wyciągają ze schowka odkurzacz, odkurzają wszystkie pomieszczenia, łacznie z łazienką i toaletą oraz schody, czyszczą umywalki, segregują i nastawiają pranie, nakrywają do stołu uroczyście ze świecami, serwetkami w rulonach, kieliszkami dla dorosłych i szklankami dla dzieci i zakładają swoje najlepsze sukienki.

Naga prawda

Boże Narodzenie. Ósma rano. Do pościeli gramoli mi się moja młodsza, prawie siedmioletnia potomna. Przytula się, wierci, mości.
– Mamo – zaczyna w końcu. – Czy to prawda, że to ty robisz prezenty pod choinkę? Bo Oscar mówi, ze nie ma Mikołaja i że widział jak jego mama robiła te prezenty.
Cóż. Prawie siedem lat. Pytała już co to inflacja i prezerwatywa, to i o to musiała w końcu zapytać.
– A w co byś chciała wierzyć? Że Mikołaj, czy że ja? – zaczęłam niepewnie, na żywioł, jak każdy rodzic, który wiedział, że to nastąpi i kompletnie się nie przygotował.
– Mikołaj – odpowiedziała bez wahania.
– No, to masz odpowiedź. Wierzysz, że Mikołaj, to Mikołaj.
– Mamo. Prawdę mi powiedz – spojrzała najokrąglejszymi oczami na świecie.
Otuliłam kołdrą, objęłam.
– Dawno temu na świecie żył prawdziwy Mikołaj. Był bardzo dobry i kochał ludzi i chciał sprawiać radość wszystkim. Przebierał się w swój strój, żeby nikt go nie poznał, brał worek z prezentami i po kryjomu podrzucał je ludziom. Głownie biedym, którzy tego potrzebowali, zwłaszcza dzieciom. Dał ludziom tyle szczęścia i radości, że nazwano go świętym. I dziś, na jego pamiątkę ludzie robią sobie prezenty pod choinkę nawzajem.
– To Mikołaj już nie żyje? – zapytała szlochając szczerze.
– Ależ żyje! – ryczałam już z nią. – W naszych sercach żyje! My robimy te prezenty, ale to on nam podpowiada co komu sprawi radość.
Przez chwilę płakałyśmy obie, przytulone.
– To elfy też nie żyją? – zaczęła kojarzyć.
– Można powiedzieć, że to my jesteśmy elfami, bo pomagamy Mikołajowi. Prezenty są dzieki niemu, a my mu tylko pomagamy.
Następnie nastąpiła seria pytań technicznych. O to, że ja wiem co jest w każdej paczce, skoro to kupiłam i pakowałam. O to, że wiem nawet co jest w mojej. Że to ja zabieram te listy do Mikołaja pozostawione w nocy. I gdzie ja to schowałam? Skąd wzięłam papier do pakowania?
Zasłona dymna opadała, król stawał się coraz bardziej nagi, a dziecko coraz bardziej smutne.
– Kochanie – zaczęłam szukać pozytywu, – ale dobra wiadomość jest taka, że skoro już o tym wiesz, to teraz Mikołaj będzie żył również w twoim serduszku i za rok będziesz mogła zrobić prezent dla mnie i dla Ani…
– Ania! – Zakrzyknęła nagle potomna moja przypomniawszy sobie o istnieniu swojej siostry, śpiącej jeszcze na górze, która zapewne lada chwila zbudzi się, przybiegnie w piżamie i zacznie się magiczny moment rozpakowywania prezentów spod choinki. – Mamo, Ania nic nie wie. Nie możemy jej powiedzieć, żeby nie była smutna. Musimy trzymać tajemnicę! Koniecznie! – układała plan zaaferowana.
– Jesteś bardzo dobrą siostrą. Troszczysz się o Anię – powiedziałam wzruszona.
Jej rodzona siostra, w trosce o nią zaproponowała dokładnie to samo, kiedy się dowiedziała. I trzyma tajemnicę.
Od trzech lat.

Magia świąt

Magia świąt dopadła mnie w tym roku niespodziewanie dwudziestego drugiego grudnia.
O świcie wrzuciłam parę rzeczy do bagażnika, na tylne siedzenie dorzuciłam też dwie własne potomne, płci żeńskiej, lat prawie siedem i prawie dziewięć, i pognałam sto mil na wschód, w celu odwiedzenia przyjaciół.
Podróż samochodem z moimi dziećmi zawsze wygląda tak samo. Starsza odzywa się wyłącznie w momentach, kiedy ma do zakomunikowania „mamo, za dwie mile będzie kamera, zwolnij”, młodsza natomiast śpiewa wraz ze mną wszystko co zapodaje nam radio. Im bardziej nie znamy słów, tym głośniej. Z całym szacunkiem dla kunsztu aktorskiego profesora Stuhra, ale jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mu śpiewać w samochodzie „Widziałam orła cień”, niech się najpierw zgłosi do nas na korepetycje. Jeszcze zanim opuśiłyśmy granice miasta, zdążyłysmy odśpiewać „All I want for Christmas” i „Last Christmas”, co zwiastowało niezbicie, że święta będą udane.
Celem wizyty było poddanie się przesłuchaniu pracownicy agencji adopcyjnej, której zadaniem jest zbadanie i potwierdzenie, że znajomi nadają sie na rodziców adopcyjnych, a ja jako nieopatrznie przez nich wytypowana, wystawiłam im rekomendację pisemną, którą mam teraz ustnie potwierdzić. Na miejscu okazało się, że pani owa nie ma jednak tego dnia czasu, więc wraz z przyjaciółką niezwłocznie przystpiłyśmy do panu B, to jest otwarłyśmy wino. Pana domu wysłałyśmy na spacer z moimi dziecmi, a same zadekowałyśmy się w kuchni.
Kilka godzin, cztery place zabaw, sto pierogów ruskich i krokietów z kapustą później, powrócił wraz z podopiecznymi z misji.
– W tym domu capi kapuchą – poinformował wchodząc.
– To jest zapach świąt kochanie – zastał poinformowany.
– A co na obiad? – zapytał niezwłocznie.
– A co chcesz. Chińczyk, kebab. Co przywieziesz – uzyskał odpowiedź, tym samym będąc piewszym, który poczuł magię świąt tego roku.
Godzinę, butelkę wina i kolejne sztuki uszek z grzybami później, zwlókł ze strychu choinkę, której dekorowanie, postawiwszy ją w salonie, zlecił swoim asystentkom. Asystentki natychmiast odkryły, że światełka na choinkę znajdują się w jednym pudle z ozdobami choinkowymi, a pudełeczko z zasilającymi te światełka bateryjkami w drugim, i że oryginalnie zestaw ten powinien być jednoczęściowy. Pan domu wyciągnął więc lutownicę i zabrał sie za naprawę światełak.
Wtedy z zachwytu nad magią swiąt padłam ja. Bo ja byłam tym nietypowym dzieckiem, które w Wigilię od rana nie przesiadywało z matką w kuchni, ale z ojcem klnącym na radzieckie światełka choinkowe łączone szeregowo, w których jak padła jedna z pierdyliona żaróweczek, to nie działało nic, i pół dnia zajmowało sprawdzenie która padła i wyeliminowanie jej z obiegu, a ojciec siedział przy biurku z lutownicą a ja wraz z nim zahipnotyzowana zapachem cyny i kalafonii. Dla mnie zapach świąt, to zapach cyny i kalafonii właśnie. Wspomnienie to wróciło do mnie w ułamku sekundy i rozczuliłam sie na widok moich córek asystujących panu domu w lutowaniu jego światełek.
Następną godzinę, jeden gar kapusty z grzybami i jedną przystrojoną choinkę później, bezpośrednio po podjęciu przeze mnie brawurowej decyzji, że skoro w domu nie ma grochu, a nikt nie może już prowadzić samochodu, i po przekonapaniu szafek pani domu stwierdziwszy, że z dostępnych zasobów, najbliższa botanicznie grochowi jest fasola mung, a jej data przydatności do spożycia minęła zaledwie w październiku 2014, i dodaniu jej do kapusty, magię świąt poczuła na własnej skórze pani domu, która poprosiwszy męża o zmielenie ręczną maszynką tony białego sera na sernik spotkala sie ze spektakularną odmową, którą może teraz systematycznie wypominać mu do Wielkanocy.
Miast mielenia sera pan domu zajął się strojeniem gitary i śpiewaniem w jej akompaniamencie dwóm małoletnim  słuchaczkom klasycznego utworu swiątecznego „Puszek okruszek”. Wtedy magię świąt prawdopodobnie poczuł kot państwa domu, bo oddalił się na resztę dnia urażony.
Najpóźniej magię świąt poczuły moje dzieci. Wieczorem, kiedy usiedliśmy przy rozświetlonej choince z dwoma gitarami i snuliśmy wspomnienia z czasów, kiedy włóczyliśmy sie z plecakami po Polsce. O tym, jak z Trzech Koron spadła nam w przepaść gitara, jak spaliśmy pod gołym niebem nad Dunajcem, jak zdryfowało nas pod most w Mikołajkach zanim zdążyliśmy złożyć maszt na starej krypie, jak poszliśmy na Rysy w nowiutkich, nierozchodzonych butach i wracaliśmy boso zostawiając krwawe ślady, jak potrafiliśmy przez dwa tygodnie chodzić tak po Gorcach, żeby nie spotkać żywej duszy, jak koncertowaliśmy w tawernach na Mazurach, i wiele, wiele innych.
Zasnęły późną nocą, gdzieś między „Pejzażami harasymowiczowskimi” a „Polanką” Bez Jacka, wtulone w siebie, zafascynowane opowieściami, śpiewem, śmiechem i wzruszeniem.
Gdyby mi ktoś powiedział wtedy, kiedy wszystko co mieliśmy, mieściło się w plecaku i świat należał do nas, że za dwadzieścia lat będę mieć brytyjskie obywatelstwo i żyć w obcym kraju, dałabym sobie rękę uciąć, że się myli. Gdyby mi powiedział, że rzucę karierę, zatrudnię się w magazynie i będę uważać, że to najlepsza decyzja w życiu, dałabym sobie uciąć drugą rękę, że jest w błędzie. Ale gdyby powiedział mi, że tak będę spędzać święta, powiedziałabym, że nie mogę się doczekać.
Wesołych Świąt. Żebyście lubili swoje życie. Żebyście lubili siebie.

Jak żyć? (12)

Kiedy w poniedziałek o 8.20 rano, na dziesięć minut przed wyjściem do szkoły twoja pierworodna schodzi ubrana, umyta i uczesana z góry i siadając do śniadania podaje ci wyjęty ze szkolnej torby formularz, z którego wynika, że w dniu dzisiejszym zaraz po lekcjach ma reprezentować szkołę w międzyszkolnym meczu piłki nożnej i ma ze sobą mieć strój piłkarski, base layer, korki, ochraniacze, czapkę, rękawiczki, kurtkę przeciwdeszczową, bidon z wodą i kanapkę, a ty masz wypełnić w formularzu czy wyrażasz zgodę na jej udział w meczu, czy wyrażasz zgodę na robienie jej zdjęć i umieszczanie na szkolnym tweeterze i fejsie, i czy o 17.45 odbierzesz ją ze szkolengo busa czy mogą ją puścić do domu samą, i miałaś ten formularz oddać najpóźniej do piątku, trzy dni temu.
Myślicie, że dostanę w zawiasach, bo byłam w afekcie?

Życie w cytatach (54)

Ania, lat osiem i pół. Przy obiedzie.
– Anka, co w szkole?
– Były doświadczenia z lenses*. Wiesz, że różne lenses robią różny image**? Na przykład nasze oczy widzą wszyskto do góry nogami. Wiedziałaś?
– A jak to się ma do grawitacji?
– A dobrze się ma. Bo to tylko oczy widzą do góry nogami, a mózg sobie to potem odwraca z powrotem i image się zgadza z grawitacją.

* soczewki
** obraz

Życie w cytatach (53)

Julia, lat prawie siedem. Po powrocie z przyjęcia urodzinowego przyjaciółki.
– Mamo, a wiesz, na urodzinach T. się niechcący ugryzłam w język i bardzo mnie bolało.
– Ryczałaś?
– Tak. Ale krótko bo zrobiłam meditation* i zaraz mi przeszło.
– Słucham?! Skąd ty wiesz o medytacji?
– Przecież wszyscy wiedzą, że meditation jest dobre, żeby się uspokoić.

* medytacja

Życie w cytatach (52)

Podczas oglądania filmu. Ania, lat osiem i pół.
– Mamo, dlaczego oni nie mogli się pobrać, skoro się kochali?
– To było sto pięćdziesiąt lat temu. On był z bogatej, białej rodziny a ona była cyrkówką i w dodatku mulatką.
– Tak, wiem o czym to jest. Ale dlaczego nie mogli się pobrać?
– Bo takie były czasy. Nie wolno było.
– Ale dlaczego?