Życie w cytatach (50)

Przy obiedzie.
– Anka, co w szkole?
– Była seria zadań z grammar* do rozwiązania.
– No i?
– Zrobiłam pierwsza, miałam wszysko dobrze i pani powiedziała, że kto skończy, ten ma podejść do mnie i ja mam mu sprawdzić. I prawie całej klasie sprawdzałam.
– Ojej!  Gratuluje. Byłaś dumna, prawda?
– Nie. Zmęczona.

* gramatyka

23 listopada

Podobno dzieciom do drugiego roku życia nie daje się do jedzenia orzechów, bo podobno uczulają. Cóż, po drugim roku życia też się zdarza, o czym przekonała się kilka lat temu moja pierworodna, kiedy po pierwszej w życiu przygodzie z orzechem włoskim spuchła, łzy leciały jej z oczu a czerwona chodziła cały następny dzień. Nie było problemów z oddychaniem, więc bez paniki zgłosiłam to przy najbliższej okazji do naszej pani doktor rodzinnej. Ta zaś usiadła do komputera i zreferowała naszą sprawę do szpitala. Po kilku tygodniach dostałyśmy zaproszenie do szpitala na testy alergiczne. Poszłyśmy. Testy wykazały uczulenie na dwa z około ośmiu badanych rodzajów orzechów. Dostałam ulotki informacyjne na temat diety dziecka i postępowania w nagłych przypadkach, oraz informację, że za cztery lata testy zostaną powtórzone, bo dzieci często z uczuleń wyrastają.
Dla ułatwienia sobie sprawy całej rodzinie nie podawałam orzechów ani produktów je zawierających. W każdej placówce, do której dziecko uczęszczało zgłaszałam alergię na orzechy, każdemu opiekunowi, koleżance, sąsiadce, komukolwiek, komu zostawiałam dziecko pod opieką choćby na godzinę, zawsze zaznaczałam, żeby nie podawać jej nic, co zawiera orzechy. Na każde urodziny na jakie była zapraszana, odstawiałam zaznaczając, że jeśli tort zawiera orzechy, to mojej pierworodnej nie wolno go podawać. Trudno, zniesie to, przyzwyczajona jest, nie robi histerii, takie życie i już.
Minęły lata, mniej więcej cztery, i ze szpitala przyszło zaproszenie na powtórzenie testów. Poszłysmy. Testy skórne wszystkie wyszły negatywne. Skierowano nas na test z krwi. Te również dały wyniki negatywne. W tej sytuacji przysłano nam kolejne zaproszenie do szpitala, tym razem na „food challenge”. Pojechałyśmy wczoraj.
Sala z jednej strony wyposażona w trzy szpitalne łóżka, z drugiej spory kącik zabaw dla dzieci. Dwie przemiłe panie doktor i kilka pielegniarek w kolorowych kitlach. Córka została poddana testom skórnym poraz kolejny. Wyszły negatywne. Podano jej więc małą dawkę pierwszego orzecha. Nie było reakcji alergicznej, więc w odstępach czasu podano jeszcze dwie zwiększone dawki. Nie zareagowała. Poza tym, że jej nie smakowało i robiło się jej niedobrze jak jadła, więc poprosiła, żeby jej to wymieszać z jogurtem. Następnie powtórzono próbę z drugim orzechem. Również zero reakcji. Wszystko trwało kilka godzin.
Doceniłyśmy poraz kolejny, że los traktuje nas bardzo ulgowo. Oprócz nas bowiem było tego dnia jeszcze dwoje pacjentów. Ośmioletni chłopczyk, którym po dwóch kęsach pizzy z serem targały okrutne wymioty, i niespełna roczny maluch, który po testach skórnych, nie wiem na co, spuchł prawie cały i ciężko oddychał. A my nic. Spokojnie oglądałyśmy teleziwję i się nudziłyśmy, bo zapomniayśmy książek do czytania.
Wczesnym popołudniem wypuszczono nas do domu z ulotkami na temat dalszego postępowania. Przez pierwsze czterdzieści osiem godzin nie wolno jeszcze podawać orzechów, żeby sprawdzić czy nie wystąpi reakcja opóźniona. Potem należy rozszerzać dietę o orzechy zgodnie z wytycznymi w ulotkach.
Wyszłyśmy ze szpitala w ciszy. Trzymając pierworodną za rekę udałam się na parking, a moje myśli biegały wokół zakupów spożywczych, które mogę nareszcie, po latach zapomnienia, zrobić. Moje dzieci nigdy nie jadły naleśnika z nutellą. Tosta z masłem orzechowym. Makaronu z pesto. Tortu orzechowego. Rany! Plany kulinarne same uładały mi się  w głowie na najbliższe miesiące.
– Mamo, czterdzieści osiem godzin, to są dwa dni. Dziś jest środa, więc to będzie w piątek, tak? – pierworodna wyrwała mnie z głębokiego rozmarzenia.
– Tak kochanie – odpowiedziałam.
– To w piątek możemy iść do sklepu i kupć Snickersa! Mamo, całe życie na to czekałam! – podskoczyła z podekscytowania i obie miałyśmy łzy w oczach.
Ogłaszamy 23 listopada Dniem Snickersa.

Co za dzień!

Ależ czwartek mi się trafił. Córka pierworodna miała spędzić dzień na uniwersytecie na zajęciach dla dzieci utalentowanych literacko, córka młodsza natomiast miała zdawać pierwszy państwowy egzamin z baletu. Na dokładkę w szkole fotograf miał robić zdjęcia pamiątkowe. Szkoła zaproponowała, że te kilkoro dzieci, które mają delegację na uniwerek, może przyjść do szkoły pół godziny wcześniej, zdjęcia zostaną im zrobione przed rozpoczęciem lekcji, i następnie szkolnym busem dzieci zostaną dostarczone na uniwerek, a rodzicie muszą je tylko potem odebrać.
No to zaprowadziłam obie córki do szkoły wcześniej, obie mialy zrobione zdjęcia, następnie starsza przebrała się z mundurka w normalne ciuchy, bo na uniwerku mundurek nie był wymagany i obie oddałam do ich klas. W sekretariacie szkoły wypełniłam formularz, żeby młodszą córkę odebrać ze szkoły o czternastej na egzamin. Już miałam odchodzić od okienka jak dopadła mnie jedna ze znajomych mam, której córka też miała jechać na uniwerek i która obiecała mi odebrać moją pierworodną po zajęciach razem ze swoją, bo ja będę w tym czasie na balecie, i oświadczyła, że nie może odebrać dziewczynek, bo jej córka na te zajęcia dziś nie jedzie wcale… Zatkało mnie, bo kompletnie nie miałam pomysłu jak się rozdwoić. Wtedy pani z sekretariatu powiedziała, że ona weźmie szkolengo busa i Anię odbierze. Tak po prostu. Skoro rano ma ją zawieźć, to po południu wypisze sobie drugą delegację i odbierze. Żaden problem. Szkoła przecież po to jest, żeby wspierać swoich podopiecznych. No nie powiem. Wzruszyłam się.
Podziękowałam i pojechałam do pracy. Rozładowałam towar nad którym pracowałam minionej nocy w domu i wzięłam nastęne zlecenie. Powinnam była je rozpocząć na miejscu i zabrać na noc do domu do skończenia resztę, ale coś mnie tknęło, jakiś leń mnie ogarnął i niechęć do roboty, więc spakowałam wszystko do samochodu i pojechałam do domu. O jedenastej dwadzieścia weszłam do domu, zdjęłam z siebie robocze ciuchy i stojąc w majtkach i staniku na środku pokoju zdecydowałam, że zakładam piżamę żeby się dwie godziny zdrzemnąć.
Wtedy zadzwonił telefon. Numeru nie znałam. Przeważnie wtedy nie odbieram, bo reklamy drażnią mnie okrutnie, ale coś mnie tknęło poraz drugi tego dnia. Właścicielka szkoły baletowej dzwoniła osobiscie z zapytaniem, gdzie jest Julia, bo jej egzamin zaczyna się za dwadzieścia minut… Zrobiło mi się słabo. Dziecię od czterech lat na ten balet chodzi. Poważny państwowy egzamin, przed zewnętrzym egzaminatorem z Królewskiej Szkoły Tańca, zakwalifikowała się na niego pół roku temu, od wakacji nie gada o niczym innym, od tygodnia odlicza dni, kosztowało to majątek. Następny termin najwcześniej za pół roku. O żesz kurwa ja pierdolę! Matka roku ze mnie. Jak mogłam pomylić godziny?
– I’m on my way – powiedziałam do dyrektorki i czując uderzenie adrenaliny wspięłam się na szczyt wydolności własnej.
Zakładając na siebie jeansy i t-shirt dodzwoniłam sie do sekretariatu szkoły i poprosiłam, żeby dziecko było przygotowane do ekspresowego odbioru ze szkoły za dwie minuty. Wypadłam z domu na podjazd, jedyne wolne siedzenie miałam z przodu, bo tył samochodu zawalony towarem, wrzucilam na to siedzienie podkładkę dla dzieci i torbę ze strojem baletowym córki i pognałam pod szkołę. Dziecię stało w drzwiach przygotowane i na mój widok puściło sie biegiem do auta. Pani sekretarka krzyknęła, że nowy formularz wypiszemy jak wrócę, i że przypilnuje, żeby kuchnia zostawiła jedną porcję lunch’u dla dziecka.
Szczęścia zawsze wiedziałam, że mam więcej niż rozumu, i znów się sprawdziło, bo przez całą drogę nie stałam na żadnych światłach, na żadnym skrzyżowaniu i w ogóle jakby nie było żandego innego samochodu na drodze. Dziecię poraz kolejny udowodniło, że o ile z nudów potrafi marudizć doprowadzając mnie do pasji, o tyle w momentach pełnej mobilizacji można liczyć na jej współpracę.
– Julia, take off your shoes and tights. Your pants. Do not ask me any questions, trust me, I’m your mum and I know what I’m doing – mówiłam do niej. – Now find the leotard in your ballet bag… – wydawałam jej polecenia zastanawiając się dlaczego robię to po angielsku, i dochodząc do wniosku że widocznie to mnie uspokaja i lepiej się koncentruję. W efekcie dziecko siedząc na przednim siedzeniu i nie odpinając pasów zdołało się przebrać ze szkolnego mundurka do stroju baletowego. Zatrzymałam sie pod samymi drzwiami szkoły.
– Bierz torbę, leć do studia 2 na lewo, oni będą wiedzieć co robić z tobą. Ja zaparkuję i przybiegnę – powiedziałam szczęśliwym trafem nauczona doświadczeniem, bo starsza córka ma już za sobą dwa takie egzaminy. Spojrzałam na zegarek. Od momentu odebrania telefonu od dyrektorki do mementu wysadzenia dziecka pod drzwiami szkoły minęło dziewięć minut. Kto wie, gdzie mieszkam, gdzie jest podstawówka i szkoła baletowa ten wie, że to jest rekord nie do pobicia. I nie zdążyłabym nigdy w życiu, gdybym ten telefon od dyrektorki odebrała bedąc w pracy, bo pracuję jakieś dziesięć mil od domu.
Dwie minuty później weszłam do studia 2. Julia siedziała na krześle, dwie asystentki robiły jej na głowie obowiązkową fryzurę, trzecia klęczała przed nią i wiązała jej baletki, czwarta przypinała numerek do stroju z przodu i z tyłu, a piąta wkraczała właśnie na salę egzaminacyjną z tacą z herbatą i ciastkami, proponując pani egzaminotarce chwilę przerwy miedzy grupami.
Trzy minuty później pięć dziewczynek i jeden chłopczyk wkroczyło na salę i miało swój Wielki Dzień. I moja też! Mimo, że matka nawaliła, ale ktoś nad nią widać czuwa i otacza życzliwymi ludźmi.
Po południu obie panie z sekretariau, ta, która woziła starszą na uniwerek i ta, która wyszukała młodoszą w klasie i przygotowała do szybkiego odbioru, dostały od nas kartki i czekoladki z podziękowaniami. Obie zdziwione, bo przecież pomaganie uczniom i rodzicom to ich praca.
Wszystkim państwu takich pań w sekretariatach szkół życzę.