Pożegnanie

Czy wspominałam, że mam partnera? Zadałam się z nim jakiś czas temu, na próbę, bez żadnego zaufania i z przekonaniem, że wytrzyma ze mną najwyżej miesiąc. Ku memu zaskoczeniu, zaczęło nam się całkiem dobrze układać i się polubiliśmy. Jeździliśmy razem do pracy, a radio grało nam „If it’s meant to be, it’ll be, it’ll be, Baby just let it be”. W przerwie na lunch jeździliśmy razem na kawę do pobliskiej sieciówki, gdzie sprzedawca na nasz widok bez pytania robił duże latte na wynos. On starał się jak mógł, a ja karmiłam go tym, co lubił. Sumiennie i z zapałem, nierzadko sięgając granic wytrzymałości, spełniał wszystkie moje zachcianki, za co pieszczotliwie nazywałam go „czerwoną maszyną”. Ani się nie obejrzałam, jak stuknęło nam póltora roku związku, i zdaje się, że on się do mnie przywiązał, zapominając, że ja mu nigdy absolutnie niczego nie obiecywałam.
Tak więc kiedy niedawno zdradziłam go jednorazowo i niezobowiązująco z takim jednym młodziutkim, świeżutkim Francuzikiem, z zazdrości aż się zagotował. Kilka razy nawet.
Wysłałam go na terapię do najlepszego w okolicy, polskiego specjalisty, górala spod samiuśkich Tater. Nie pomogło.
Moja młodsza córka, lat sześć płakała po nim całe pięć minut. Starsza, ośmioletnia, wzruszyła ramionami.
– Nie rycz, mama coś wymyśli – pocieszyła młodszą.
Cóż miałam wymyślić? Wymieniłam na nowszy model.

Rest In Peace Fiat Punto,
Hello Honda Jazz,
Bye bye proper holiday,
Welcome to new debts.*

 

* Spoczywaj w pokoju Fiacie Punto,
Witaj Hondo Jazz,
Żegnajcie wczasy,
Witaj w długach.

Kartka z kalendarza (21)

Dziewiętnasty czerwca anno domini 2018.
Reprezentacja Polski w piłce nożnej zagrała na mundialu w Rosji mecz otwarcia z Senegalem. Polacy przegrali 1:2.
Reprezentacja polskich kibiców spotkała się na trybunach z reprezentacją kibiców senegalskich. Polacy po meczu wygwizdali swoich zawodników dziękujących im za wsprarcie. Senegalczycy po meczu opuszczając rzędy posprzątali po sobie wszystkie śmieci.
Reprezentacja polskich domorosłych ekspertów do spraw piłki nożnej zalała polski internet falą polowania na czarownice i palenia na stosach.
Tego dnia największą, jaką znam, prawdziwą polską patriotką, wyzutą z kompleksów, żali i pretensji, pełną wiary, optymizmu, dobrej woli i entuzjazmu, taką, którą podziwiam i wiele się od niej uczę, okazała się moja własna pierworodna córka, lat osiem.
– Mamo! A co my zrobimy, jeśli w finale zagra Anglia i Polska? – zapytała.

Jak żyć? (5)

Kiedy wracają z podwórka twoje dzieci, lat sześć i osiem i na pytanie czy wszystko w porządku młodsza mówi, że mama N. krzyczała na nią i na N., bo pomalowały komuś kredą po ścianie budynku, na co starsza wtrąca: „Jakie tam krzyczała. Krzyczeć to nasza mam potrafi. Mama N. ani trochę.”

Życie w cytatach (44)

Sobota, szósta rano, w moim łóżku. Julia, lat szesć.
– Julka, przylazłaś, przytuliłaś się, super. Ale przestań się wiercić. Ja jeszcze śpię.
– Mamo, ale ja już nie mogę spać.
– To idź do siebie i poczytaj. Czytanie jest najlepsze z rana po przebudzeniu.
– Nie. Masaż pleców jest najlepszy. Rób.

Egzamin

Szkoła oddała nam dzieci do domów z formularzami, w których mamy wpisać trzy osoby, z kórymi dzieci chcą w przyszłym roku być w klasie. Moje potomne natychmiast wyrecytowały mi, kogo mam tam wpisać i temat uważałam za załatwiony.
Jednak chwilę poźniej znalazłam się razem z ojcem G., czyli najlepszej przyjaciółki mojej pierworodnej, ośmioletniej córki, na rozmowie z wychowawczynią, która powiedziała, że dziewczynki mają piękną przyjaźń, bardzo silną, ale niestety rozpraszają się podczas nauki i mają przez to słabsze wyniki, niż mogłyby mieć, więc ona i jej asystenci uznali, że najepiej byłoby je rozdzielić w przyszłym roku.
Byłam szczerze zdziwiona. Obie dziewczynki i tak są w czołówce klasy, a przyjaźnią się rzeczywiście pięknie, więc czego chcieć więcej? Czy nie lepiej popracować nad umiejętnością koncentrowania się i nie rozpraszania nawzajem?
Jednak zanim zdążyłam swoje zdziwienie wyrazić, ojciec G. zadeklarował solennie, że dla dobra wyników w nauce swojej jedynaczki, on oczywiście nie wpisze mojej córki w formularzu, czym mnie ani trochę nie zaskoczył.
Ja natomiast zadeklarowałam, że z moją córką porozmawiam.
I porozmawiałam.
Płakała bardzo. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Miss M., chce ją z G. rozdzielić, skoro uczą się dobrze, zachowują dobrze, nic złego nie robią. Za co ta kara?
– Mamo, ja wolę być w pierwszej piątce w klasie z G., niż w pierwszej trójce bez G., dlaczego pani tego nie rozumie?! – łkała w moich ramionach.
Tego dnia zasnęła w moim łóżku, przytulona do mnie. A nie robiła tego od lat.
Rano na tarasie jadłyśmy na śniadanie owsiankę z porzeczkami prosto z krzaka. Zazwyczaj wspólne śniadanie jest wesołym momentem, który daje nam energię i humor na cały dzień. Tego ranka jednak, zamiast rozprawiać na temat, czy jeśli D. namówiony przez E. skradł Julce całusa, to czy D. jest teraz Julki chłopakiem, bo Julka go nie chce, bo on jej w ogóle nie słucha, siedziałyśmy w zupełnej ciszy.
W końcu przerwała ją Ania.
– Nie chcę iść dzisiaj do szkoły – powiedziała cicho.
Powiedziała to pierwszy raz w swoim życiu, a mi serce pękło.
– Aniu, od problemów nie można uciekać. Trzeba się z nimi rozprawić. Pomogę ci – powiedziałam przytulając.
Pod szkołą oddałyśmy młodszą do jej klasy i trzymając starszą za rękę wkroczyłam do sekretatiatu. Poproiłam o rozmowę z wychowawczynią. Na pytanie, czy mogę to załatwić po lekcjach, kiedy jest czas na rozmowy, odpowiedziałam dość stanowczo, że absolutnie, muszę załatwić teraz.
Ponieważ ogólnie żyję ze szkołą bardzo dobrze, i od czterech lat zgłaszałam jakiekolwiek niezadowolenie tylko raz, panie przyjęły do wiadmości, że sytuacja jest poważna i wydzwoniły wychowawczynię. Zeszła z piętra równie przejęta, co panie z sekretariatu.
– Miss M. – zaczęłam. – Rozmawiałam z Anią o rozdzieleniu jej z przyjaciółką, i Ania bardzo się tym zmartwiła. Długo płakała. Powiedziała, że woli być w pierwszej piątce w klasie z G., niż w pierwszej trójce bez G., i ja ją rozumiem i całkowicie popieram. Uważam, że to bardzo dobra szkoła, nauczyciele wiedzą co robią i jeśli postanowicie dziewczynki rozdzielić, to uznam, że macie rację i nie będę protestować. Ale o ile uczę moje dzieci, że mają zachowywać się zgodnie z normami i oczekiwaniami otoczenia, czyli mówić „dzień dobry”, nie deptać klombów, nie biegać w restauracjach, nie demolować hoteli itd, o tyle w ważnych wyborach życiowych, jak wybór przyjaciół, partnera, zawodu polecam im nie oglądać się na oczekiwania otoczenia czy rodziny, tylko działać zgodnie z tym, co podpowiada im własne serce. I nie po to je tego uczę, żeby przy pierwszej nadarzającej się okazji, wywierać presję. Więc Ania wpisze w formularzu te osoby, które podpowie jej serce, a ja ją całkowicie poprę. Jeśli wpisze G., to ja to bez wahania podpiszę i będę razem z nią mieć nadzieję, że tak się stanie – walnęłam matkopolską tyradą, nieakceptowalną w tym kraju, tym więc bardziej odważną.
Moja córka ściskała z przejęcia moją rękę do bólu a jej twarz promieniała szczęściem i dumą. Miss M. miała łzy w oczach.
– OK – wyszeptała i przytuliła Anię.
A ja wiedziałam. Zdałam.

Instrumentalistka

Podobno wśród współczesnych adeptów medycyny najwięcej jest instrumentalistów. Bo podobno tym, którzy w dzieciństwie przeszli przez rygor żmudnych, wielogodzinnych ćwiczeń gam i pasaży, zamiast wisieć na trzepaku i kraść jabłka z działki sąsiada, łatwiej wyrzec się studenckiego życia na rzecz zakuwania, więc łatwiej te studia kończą.
Idąc tym tropem stwierdzam więc, że kilkudziesiątysieczny kredyt do spłacenia za studia na akademii medycznej, to nie jest to, z czym wkroczy w dorosłe życie moje sześcioletnie dziś, młodsze dziecię. Uczy się gry na pianinie od września. Nauczyciel ją chwali, że ma dryg i bystra, bo ogarnia, mimo, że leworęczna. Ale jakbym zarabiała trzydzieści funtów na godzinę, też bym każdego ucznia chwaliła.
Tymczasem dziecię moje na pianinie rozwija umiejętności, które jak na razie sugerują, że na żadne studia nie pójdzie, bo dużo wcześniej założy kantor wymiany walut lub inny skup złota, gdzie będzie wyłącznie kombinować.
Wstała w niedzielny, leniwy poranek, ubrała się, zęby umyła, zeszła na dół, kazała sobie zapleść warkocze i wiedząc, że nie ma co pytać o xbox albo TV, póki nie odwali ćwiczeń na pianinie i czytania po polsku, usiadła do instrumentu.
Zaczęła na rozgrzewkę od utworu, który zna od dawna i gra go przez to dość byle jak, żeby nie powiedzieć niechlujnie. Słyszałam to z kuchni mieszając owsiankę w rondelku, i jak zwkle miałam dylemat, czy ją upominać, czy dać spokój, bo to nie ja jestem jej nauczycielem. Ba, ja w ogóle nut nie czytam, i na niczym nie gram, więc wolę się nie wtrącać. Jednak kiedy grała trzeci raz, i trzeci raz zacięła się identycznie oraz w tym samym momencie przyspieszyła, zajrzałam do salonu.
Siedziała przy pianinie i kartkowała książkę, a utwór grał się sam, uprzednio przez nią nagrany.
Owsianka mi się tam w kuchni przypalała, więc się powstrzymałam od matkopolskiego wykładu czy awanturki.
– Julka, oszukiwać też trzeba umieć. Nagrałaś to z błędami, zmiennym tempem, od razu słychać. Jakbyś nagrała wersję zagraną idealnie, to co innego – powiedziałam jedynie i wróciłam do kuchni.
Wydawało mi się, że dziecię ze mnie zrodzone, pod moim dachem i przeze mnie chowane, ironię powinno łapać, a nie brać dosłownie. No, ale się pomyliłam.
Tymczasem dziecię odłożyło książkę i włączyło metronom. Z metronomem zagrało bardzo poprawnie, najlepiej jak umiało cztery następne utwory. Następnie metronom wyłączyło i zaczęło grać te same utwory od nowa. Wielce zadowolona skończyłam gotować, nakryłam do stołu, zawołałam z góry starsze dziecię i poszłam po młodszą do salonu.
Pianino stało tam smutne i samotne, grało samo nieszczęsne cztery nagrane poprawnie utwory, dziecię me młodsze zaś kucało w ogródku pod krzaczkiem i zajadało czerwone porzeczki.
I wychodzi na to, że osobiście ją naczyłam jak dobrze kombinować, nie?

Życie w cytatach (43)

Julia, lat sześć. Podchodzi z małym notesikiem i ołówkiem. Gotowa do notowania informacji na stojąco.
– Dzień dobry pani. Czy mogę zadać pani kilka pytań?
– Ależ oczywiście pani reporteko. Proszę pytać.
– Co pani najbardziej lubi robić?
– Jeździć na nartach. Na rowerze. Pływać.
– No wiesz co?! Myśałam, że powiesz: przytulać moje dzieci!

Życie w cytatach (42)

Julia, lat sześć.

– Mamo, dlaczego w tym fondue jest tak mało czekolady?
– Wcale nie mało, całe dwie.
– Tylko dwie tabletki czekolady?
– Tabliczki dziecko…

– Mamo, ta paella jest inna niż zawsze.
– Tak kochanie, bo nie jest z kurczaka, tylko z owoców morza. Z ryb, krewetek i muli.
– I z boczka, mamo. Widzę go tu.

Życie w cytatach (41)

Ania, lat osiem. Poszła na plac zabaw z dziadkiem. Wróciła po chwili, bardzo nie w sosie, bo spadła z huśtawki.
Ja: Aniu, ale to, że spadłaś z huśtawki to nie powód, żeby się obrażać na cały świat i uciekać z placu zabaw. Tak się czasem zdarza, to niczyja wina przecież…
Ania: Właśnie że wina! Dziadek mówi, że to wina Icka Njutona.

(Dziadek, lat 70, emerytowany nauczyciel akademicki. Kierunek: fizyka.)