Potrafię

Potrafię nauczyć się obcego języka.
Potrafię w nocy jechać taksówką do szpitala z chorą czterolatką, mając na rękach dwulatkę i jej nie obudzić.
Potrafię zaprojektować kanalizację dla dowolnie wielkiej wsi lub osiedla.
Potrafię nie przesypiać nocy przez cztery lata.
Potrafię podróżować po Europie w ósmym miesiącu ciąży, z dwulatką w wózku i bagażami.
Potrafię zaprojektować kuchnię lub łazienkę i zrobić dokładną specyfikację materiałów dla wykonawcy.
Potrafię utrzymać siebie i dwoje dzieci.
Potrafię powiedzieć „nie” i „przepraszam”.
Potrafię latami, nigdy nie powiedzieć do dzieci ani jednego złego słowa o ich ojcu, pomimo, że nie rozwiodłam się z nim z wielkiej miłości.
Potrafię zrezygnować z kariery, żeby zawsze mieć wolne ferie i wakacje.
Potrafię powstrzymać płacz, dopóki wszyscy nie wyjdą.
Potrafię wykarczować dwuarową działkę i zrobić z niej grządki.
A muszę prosić o pomoc w odkręceniu korka, żeby dolać płynu chłodniczego.
Pan Bóg jednak nie lubi kobiet.

Liścik

Ponoć każde dwujęzyczne polskie dziecko wychowywane za granicą wchodzi prędzej czy później w okres buntu, kiedy zaprzestaje używania polszczyzny i wstydzi się swojej polskości. Osobiście łudzę się nadzieją, że jeśli dziecię trafi na odpowiednie środowisko, to jest w przypadku naszej lokalizacji angielsko snobistycznie łaskawie egalitarne, oraz kiedy nie musi wstydzić się za polskiego rodzica, który po angielsku ledwie duka, okres buntu może nie nadejść, albo przynajmniej odsunie się w czasie.
Korzystając więc z czasu, jaki na razie mam, piłuję polszczyznę potomnych moich, bo dwujęzyczność rozwija umysł, pomaga w życiu, a poza tym wolałabym po swojemu strzelać w przyszłości pogadanki o dopalaczach i antykoncepcji, tak jak teraz lepiej się czuję opowiadając po swojemu „jak dzidziusie wchodzą do brzuszka”.
Tak więc wymagam, żeby córki kiedy jesteśmy same zwracały się do mnie wyłącznie po polsku, odpowiadam im wyłącznie po polsku, kiedy wplatają angielskie słowa w zdania, od razu podaję im polskie odpowiedniki. I pomimo, że w Polsce od razu każdy słyszy, że mówą inaczej, z angielską melodią zdania i składnią, z ubogim słownictwem, to i tak jestem zadowolona, bo moim zdanim jest nieźle.
Za to czytanie nam szwankuje. Doszłyśmy do punktu, w którym odmawiają ćwiczenia czytania, bo dukają jeszcze, więc muszą ćwiczyć proste książeczki, krótkie i nieciekawe, co je nudzi zwyczajnie, i wolą połykać grube o wiele ciekawsze tomiszcza po swojemu. Nie dziwię się. Dlatego nie zmuszam, ale poszukałam innych ścieżek. Na przykład czytają mi przepisy kulinarne po polsku i sprawdzają, czy dobrze robię. Albo proszę, żeby sprawdziły o której będzie jakiś tam serial w polskiej telewizji. Ostatnio odkryłam również, że dziecię oparte o me ramię siedząc na sofie nie ogląda telewizji, ale podczytuje sobie maila, którego właśnie do kogoś piszę, więc zaczęłam pisać również i do niej. Zmuszona jest przeczytać i odpowiedzieć. Książek to nie zastąpi, ale lepsze niż nic.
Wczoraj natomiast odniosłam pierwszy sukces. Otóż musiałam popłacić rachunki, opłacić zajęcia na nowy semestr i potrzebowałam pół godziny, żeby się skupić. A akurat się rozgadały, wiec je wyrzuciłam z salonu i kazałm sie czymś zająć. Poszły do kuchni i krzątały się tam jakiś czas.
– Nie tak, po polsku – usłyszałam w końcu jak szaściolatka poucza ośmiolatkę i szalenie się zdziwiłam.
Bo z kolei kiedy są same, rozmawiają ze sobą wyłacznie po angielsku, gdyż dla nich jest to pierwszy, naturalny i ojczysty język i to jest oczywiste. A tymczasem one same z siebie? Ale nie ingerowałam, nie wtrącałam się, to są ich sprawy.
Zrozumiałam wieczorem, kiedy w lodówce znalazłam pucharek na lody, wypełniony pokrojonymi w kawałki owocami, polanymi miodem i posypanymi siemieniem lnianym. Obok leżała karteczka:

„Dla Mamy
Od Ani
Julka pomogła
PS. Smacznego”

Po polsku! Po polsku ta karteczka była! Pękłam z dumy.