Wywiadówka

Wywiadówka jest trzy razy do roku, na koniec każdego semestru i polega na tym, że pani siedzi przy biurku, a rodzice po kolei przysiadają się na rozmowę. Każdy ma swoje piętnaście minut. Można przyjść samemu, można we dwoje, a można i z dzieckiem, jak ktoś, tak jak ja, chodzi wszędzie z dzieckiem, bo go gdzie zostawić nie ma. Żeby wszystko szło sprawnie, szkoła ogłasza terminy wywiadówek dla poszczególnych klas i rodzice rezerwują swoje spotkania na konkretne godziny. Mailem, telefonicznie albo osobiście w sekretariacie. No i ogłosili jakoś tak przed świętami, że mi nie pasowało, bo musiałabym na balet czy na coś tam innego dzieci nie zawieźć, więc odpuściłam sobie. No nie chciało mi się, no.
Ja w ogóle jestem z edukacją szkolną na bakier trochę. Ciągam te dzieci po basenach, baletach, po górach, campingach i do teatru prowadzam, pilnuję, żeby się na hustawkach i drabinkach nawisiały ile trzeba, ale za to kompletnie olewam czego je tam w szkole uczą. Mam zamiar się w to nie wtrącać dopóki wystarcza im bystrości do tego, żeby bez mojej ingerencji oceny miały dobre, i żyję nadzieją, że stan ten potrwa jak najdłużej.
Tak więc nawet nie miałam specjalnie wyrzutów sumienia. Do dziś.
– Mamo, a dlaczego nie poszłaś na parent’s evening* z nami przed feriami? – Zapytała dziś wracając ze szkoły moja pierworodna, lat od wczoraj osiem.
– A bo jakoś nie miałam czasu ani nastroju, a wiedziałam, że nie muszę się o nic matwić, bo uczycie i zachowujecie się dobrze, więc tylko byśmy usiadły, pani pokazałby wasze zeszyty i prace i by was chwaliła…
– No właśnie! – Przerwała mi, co jej się zdarza raczej rzadko. – Ja bardzo lubię siedzieć tam z tobą i słuchać, jak pani mnie chwali i pokazuje ci moje prace.
Czyli co? Znowu zjebałam?

* wywiadówka

Kartka z kalendarza (19)

Piętnasty kwietnia anno domini 2018.
Co tam we świecie słychać, to państwo wybaczą, ale pojęcia nie mam, bom w ostatniej chwili tradycję rodzinną, według której dzieci spędzają ferie wielkanocne z ojcem na wczasach a ja daję się kroić chirurgom w lokalnym szpitalu złamała, i w ostatniej chwili spod skalpela uciekła, więc wolny czas, żeby nie myśleć o życiu, co mi na zdrowie nie wychodzi ostatnio, wypełniałam sobie szczelnie atrakcjami wszelakimi, to i na sprawdzanie wiadomości czasu nie było. Ale wojny chyba żadnej, oprócz tych, które w trakcie, tak sądzę.
Jednakże odnotować należy, że dnia dzisiejszego, o jakieś trzy lata wcześniej niż sądziłam, że to nastąpi, o godzinie 21.13 zakupiłam na ebay, dla córki mej pierworodnej, na dzień przed jej ósmymi urodzinami, pierwszą książkę o dojrzewaniu dla dziewczynek.

Życie w cytatach (37)

Leniwa niedziela. Kroję kalafiora do zupy podrygując w rytm „Dancing in the Dark” Bruce Springsteen’a, dzieci na górze składają swoje ciuchy z suszarki do szuflad. Nagle od tyłu przylega do mnie sześcioletni blond aniołek.
– Mamo, ja lubię jak jesteś taka gruba jak teraz – mówi obejmując mnie w pasie.
Kucam przed nią, żeby mieć twarz na poziomie jej twarzy.
– Dlaczego? – Pytam.
– Bo jest więcej żeby hug*, a ja lubię hug.
I kto jest teraz ukochaną córeczką mamusi?

* przytulać

Talent show

Talent show. Impreza, która zrodziła się przypadkowo w moim domu, kiedy przyjmowałam gości i ktoś poprosił moje dzieci, żeby zagrały na pianinie. Zagrały, a potem reszta obecnych dzieciaków zaczęła jedno przez drugie popisywać się śpiewem, tańcem i recytacją. Obecnie impreza odbywa się cyklicznie w domu znajomych, bo mój mikroskopijny salon okazał się zbyt małą estradą dla tancerek i tancerzy. Dzieci się do tego przygotowują, pokonują tremę przed występem, zbierają oklaski, mamy piją kawę i inne trunki, no same plusy. Polecam.
Właśnie niedawno byłyśmy.
Dzień wcześniej moja córka pierworodna oświadczyła, że przygotuje się sama w swoim pokoju i nie zaprezentuje mi i siostrze programu w ramach próby generalnej, jak to robiła dotychczas. Nie powiem, żebym była szczęśliwa z tego spadku zaufania do mnie, ale że niedawno zdarzyło się, że z powodu tremy w ostatniej chwili odmówiła wzięcia udziału w zawodach, do których sama się wcześniej mozolnie przygotowywała i ja nie mogłam nic na to poradzić, to tym razem postanowiłam całkowicie zaakceptować jej warunki, bo lepiej, żeby wystąpiła na swoich, niż wcale. Tak więc dziecię zamknęło się w pokoju na pół dnia, po czym przy kolacji oświadczyło, że jest gotowe.
Impreza przebiegała jak zawsze; drinki, plotki i oklaskiwanie pociech produkujących się na parkiecie lub na instrumentach. Moja pierworodna koniecznie chciała być ostatnia i poprosiła o chwilę przerwy przed swoim występem, ponieważ chce sie przebrać i, uwaga!, musi zrobić rozgrzewkę. Serio, tak powiedziała, rozgrzewkę. Oniemiałam. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przeginam z wpajaniem jej, że albo robisz coś w życiu porządnie, albo nie trać czasu i nie rób tego wcale, bo strasznie poważnie podchodzi do spraw. Nie zdążyłam dojść do żadnego wniosku, kiedy była już na dole, ubrana w starą, troszkę za małą ale mocno rozkloszowaną kiecę, czym mi zaimponowała, bo wiedziałam, wybrała ten strój bardzo świadomie pod choreografię.
Włączyła muzykę z youtube’a, ukłoniła się i zaczęła taniec.
Nie, żebym się chciała chwalić, no ale pięć lat dziecina na balet chodzi, to nie można jej gracji i wdzięku odmówić. No ma. A że mina stojącego pod ścianą kolegi ze szkoły samoczynnie uruchomiła we mnie tryb „teściowa”, to wnioskuję, że to nie jest moja odosobniona opinia.
Także właśnie się zastanawiałam, czy sobie pęknąć z dumy, że w ogóle potrafi, czy co ważniejsze, że się tak porządnie przygotowała, kiedy zaczęło do mnie docierać, że na podkład muzyczny wybrała utwór*, w którym napalone dziewczę daje swój numer telefonu nieznajomemu, na wpół nagiemu młodzianowi, nie w celu oglądania z nim znaczków bynajmniej.
Rozejrzałam się po obecnych. Nikogo, absolutnie nikogo oprócz mnie jednej nie raziło, że ośmiolatka kręci piruety do utworu, którego treść od początku do końca i bez podtekstów brzmi „przeleć mnie”. Ośmiolatka. Nikogo.
No i teraz nie wiem, dać jej szlaban na youtube’a czy może zacząć się od niej uczyć?

Carly Rae Jepsen – Call Me Maybe

 

Potrafię

Potrafię nauczyć się obcego języka.
Potrafię w nocy jechać taksówką do szpitala z chorą czterolatką, mając na rękach dwulatkę i jej nie obudzić.
Potrafię zaprojektować kanalizację dla dowolnie wielkiej wsi lub osiedla.
Potrafię nie przesypiać nocy przez cztery lata.
Potrafię podróżować po Europie w ósmym miesiącu ciąży, z dwulatką w wózku i bagażami.
Potrafię zaprojektować kuchnię lub łazienkę i zrobić dokładną specyfikację materiałów dla wykonawcy.
Potrafię utrzymać siebie i dwoje dzieci.
Potrafię powiedzieć „nie” i „przepraszam”.
Potrafię latami, nigdy nie powiedzieć do dzieci ani jednego złego słowa o ich ojcu, pomimo, że nie rozwiodłam się z nim z wielkiej miłości.
Potrafię zrezygnować z kariery, żeby zawsze mieć wolne ferie i wakacje.
Potrafię powstrzymać płacz, dopóki wszyscy nie wyjdą.
Potrafię wykarczować dwuarową działkę i zrobić z niej grządki.
A muszę prosić o pomoc w odkręceniu korka, żeby dolać płynu chłodniczego.
Pan Bóg jednak nie lubi kobiet.

Liścik

Ponoć każde dwujęzyczne polskie dziecko wychowywane za granicą wchodzi prędzej czy później w okres buntu, kiedy zaprzestaje używania polszczyzny i wstydzi się swojej polskości. Osobiście łudzę się nadzieją, że jeśli dziecię trafi na odpowiednie środowisko, to jest w przypadku naszej lokalizacji angielsko snobistycznie łaskawie egalitarne, oraz kiedy nie musi wstydzić się za polskiego rodzica, który po angielsku ledwie duka, okres buntu może nie nadejść, albo przynajmniej odsunie się w czasie.
Korzystając więc z czasu, jaki na razie mam, piłuję polszczyznę potomnych moich, bo dwujęzyczność rozwija umysł, pomaga w życiu, a poza tym wolałabym po swojemu strzelać w przyszłości pogadanki o dopalaczach i antykoncepcji, tak jak teraz lepiej się czuję opowiadając po swojemu „jak dzidziusie wchodzą do brzuszka”.
Tak więc wymagam, żeby córki kiedy jesteśmy same zwracały się do mnie wyłącznie po polsku, odpowiadam im wyłącznie po polsku, kiedy wplatają angielskie słowa w zdania, od razu podaję im polskie odpowiedniki. I pomimo, że w Polsce od razu każdy słyszy, że mówą inaczej, z angielską melodią zdania i składnią, z ubogim słownictwem, to i tak jestem zadowolona, bo moim zdanim jest nieźle.
Za to czytanie nam szwankuje. Doszłyśmy do punktu, w którym odmawiają ćwiczenia czytania, bo dukają jeszcze, więc muszą ćwiczyć proste książeczki, krótkie i nieciekawe, co je nudzi zwyczajnie, i wolą połykać grube o wiele ciekawsze tomiszcza po swojemu. Nie dziwię się. Dlatego nie zmuszam, ale poszukałam innych ścieżek. Na przykład czytają mi przepisy kulinarne po polsku i sprawdzają, czy dobrze robię. Albo proszę, żeby sprawdziły o której będzie jakiś tam serial w polskiej telewizji. Ostatnio odkryłam również, że dziecię oparte o me ramię siedząc na sofie nie ogląda telewizji, ale podczytuje sobie maila, którego właśnie do kogoś piszę, więc zaczęłam pisać również i do niej. Zmuszona jest przeczytać i odpowiedzieć. Książek to nie zastąpi, ale lepsze niż nic.
Wczoraj natomiast odniosłam pierwszy sukces. Otóż musiałam popłacić rachunki, opłacić zajęcia na nowy semestr i potrzebowałam pół godziny, żeby się skupić. A akurat się rozgadały, wiec je wyrzuciłam z salonu i kazałm sie czymś zająć. Poszły do kuchni i krzątały się tam jakiś czas.
– Nie tak, po polsku – usłyszałam w końcu jak szaściolatka poucza ośmiolatkę i szalenie się zdziwiłam.
Bo z kolei kiedy są same, rozmawiają ze sobą wyłacznie po angielsku, gdyż dla nich jest to pierwszy, naturalny i ojczysty język i to jest oczywiste. A tymczasem one same z siebie? Ale nie ingerowałam, nie wtrącałam się, to są ich sprawy.
Zrozumiałam wieczorem, kiedy w lodówce znalazłam pucharek na lody, wypełniony pokrojonymi w kawałki owocami, polanymi miodem i posypanymi siemieniem lnianym. Obok leżała karteczka:

„Dla Mamy
Od Ani
Julka pomogła
PS. Smacznego”

Po polsku! Po polsku ta karteczka była! Pękłam z dumy.