Życie w cytatach (33)

Julia, lat sześć.

– Mamo, mamo! Kasza zaraz wykipi! Szybko! No, zdążyłaś. Całe szczęście że jestem taką dobrą kucharką a ty asystentką.

– Wiesz mamo, ja się uczę jeść prawą ręką. Już umiem zjeść prawą ręką rosół. A nie, pomyliłam się. Pomidorową, nie rosół.

Sielanka

Sobota rano. Pierwsza wolna od dawna. Plan na dzień: nie odbierać telefonu, snuć się w piżamach do południa, coś poczytać, coś pograć, mieć luz.
Siedzę z kawą na sofie. Delektuję się faktem, że dawno wyszłam z tego etapu rodzicielstwa, kiedy zrobioną kawę pije się zimną po kilku godzinach. Ja piję już tę świeżą, gorącą i aromatyczną. Dzieci na górze wstały. Rozmawiają, pewnie zaraz zejdą się przywitać.
Nagle z błogostanu wyrywa mnie awanturka na górze. Następnie słyszę stado słoni na schodach.
– Mamo! – wpada do salonu starsza, lat prawie osiem. Z włosem rozwianym i na granicy płaczu skarży: – Ja chciałam w spokoju poczytać, a ona mi właziła pod kołdrę i mnie łaskotała. Mówiłam jej „przestań” a ona dalej i dalej – wyjaśniła mi swą dramatyczną sytuację życiową i rozpłakała się na dobre z bezsilności.
– Bo ja chciałam się z nią tylko pobawić przecież! – Broniła się młodsza, sześcioletnia, czując się tym samym bezwarunkowo niewinna, albo co najmniej rozgrzeszona.
Wzięłam wdech. Postawiłam kawę na stoliku. „To będzie cudowny dzień a ja nie wrzasnę z żadną kurwą na dzieci. Tak będzie” – zaklęłam w duchu rzeczywistość.
– Aniu, wiesz, że nie wolno nikogo bić, prawda? – Zwróciłam się do starszej.
– Tak, ale można się bronić, jak ktoś atakuje – odpowiedziała natychmiast.
– Właśnie. To teraz chcę ci powiedzieć coś ważnego. Jeżeli ktoś podchodzi i nie bije cię, ale mówi coś niemiłego, drażni cię, albo dotyka i ci przeszkadza, a ty prosisz go grzecznie, żeby przestał, a on nie przestaje. I jeśli prosisz tak kilka razy, i dalej nie przestaje, tylko cię prowokuje, to to też jest atak. I możesz się wtedy bronić. Nie wolno ci wpaść w furię i zrobić krzywdy. Nie możesz popchnąć kogoś tak, żeby się przerwócił. Nie możesz uderzyć. Ale możesz wziąć go mocno za ramię i wyprowadzić z pokoju i zamknąć drzwi. Zawsze najpierw powiedz, żeby ten ktoś przestał, bo inaczej użyjesz siły. Jeśli nawet wtedy nie posłucha, to zrób to. Masz do tego prawo. Masz prawo bronić swojej prywatności, swojego terytorium. Rozumiesz? Nie wołaj mnie za każdym razem na pomoc, żebym załatwiła sprawę za ciebie. Spróbuj czasem poradzić sobie sama, dobrze?
– Tak – odpowiedziała z miną nieco skonfudowaną, ale zadowolona.
– Julka – zwróciłam się do młodszej córki. – Dla ciebie przekaz jest taki. Jeśli się nudzisz i potrzebujesz towarzystwa, szukaj czyjejś uwagi pozytywnej, nie negatywnej. Wymyśl fajną zabawę i ją komuś grzecznie zaproponuj, a nie przeszkadzaj mu, żeby go zdenerwować. Bo jak będziesz z nudów chodzić i ludzi drażnić, to ktoś ci w końcu zwyczajnie przypierdoli. Rozumiesz dziecko?
– Tak – powiedziała zawstydzona, doskonale rozumiejąc, iż odebrała właśnie od rodzicielki bardziej zjebkę niż życiową poradę. – Przepraszam – dodała i się przytuliła.
– Dobrze, to dziękuję wam za uwagę moje kochane. Idźcie na górę, macie zupełnie wolny dzień, bawcie się, i rozwiązujcie swoje konflikty samodzielnie, bez mojego udziału. Powodzenia – zakończyłam matkopolską tyradę i w geście odesłania potomstwa na górę, odwróciłam głowę i spoglądając za okno podniosam do ust filiżakę z kawą.
Poszły więc. Idąc po schodach starsza odezwała się do młodszej:
– Słyszałaś? Mama kazała mi cię bić, jak nie będziesz mnie słuchać.
101% kobiety. Usłyszała dokładnie to, co jej pasowało.

Zrobiłam to

W piątek, szesnastego lutego 2018. Mój pierwszy raz. Marzyłam od dawna, sądziłam, że za parę lat dopiero, albo i nigdy, a tymczasem zdarzyło się nagle. Spontanicznie i radośnie. I było cudownie.
Zjechałam na nartach z Kasprowego.
Wszystko zaczęło się od instruktora. Trafił nam się taki, z którym miałam dobry flow, a kto mnie zna, ten wie, że to rzadkość, bo ja jestem irytująca już po pierwszej godzinie znajomości zazwyczaj.
Otóż ten albo nadawał na zbliżonej częstotliwości, albo dobrze udawał, w każdym razie poza „dzień dobry” i „ile płacę”, mogłam z nim normalnie po ludzku pogadać o dupie maryny. Toteż pewnego pięknego poranka wypaliłam doń na stoku z nienacka:
– Panie Wojtku, mnie to się marzy, żeby zjechać na nartach z Kasprowego. Myśli pan, że kiedy będziemy gotowe, za rok, dwa, pięć?
– Pani Ewo, dziewczynki to ja biorę w każdej chwili, i zjadą bez najmniejszego problemu. No, ale pani to nie wiem, czy da sobie radę – powiedział on, i tak się zaczęło. Nie wiem doprawdy jaki mechanizm uruchomił w moim mózgu, ale ani mnie nie wkurwił, ani nie zniechęcił. Po prostu w tej sekundzie wiedziałam, że to zrobię.
Dwa dni później staliśmy na szczycie, w miejsu oznaczonym jako początek trasy i nie było już odwrotu.
Pierwszy jechał instruktor, z prędkością dostosowaną do umiejętności moich dzieci. To znaczy, cholera, szybko. Za nim jechały one, skubane, bo sam sobie je tak wyszkolił. Potem długo nic, więc się zatrzymywali, i po minucie z mgły wyłaniałam się ja, walcząca heroicznie o przeżycie na każdym jednym zakręcie i szczęśliwa niczym zakonnica, która zabłądziła i trafiła na sex party. I tak w kółko aż do Kuźnic.
Pamiętam każdą chwilę, każdy zakręt. Uczucie towarzyszące jechaniu kilometrami w ciszy przez las nie jest porównywalne z niczym. Człowiek nagle rozumie, po co żyje.
To był dzień absolutnie przełomowy. Nie wiem dokąd mnie zaprowadzi, ale wiem, że lepiej sobie tej utraty cnoty nie mogłam wymarzyć.