Kartka z kalendarza (11)

Dwudziesty czwarty września anno domini 2017.
„Sztuka kochania” nie wygrała festiwalu w Gdyni, Angela Merkel wygrała wybory w Niemczech. Reszta świata bez zmian. Nie wiadomo czy bardziej bać się Kim’a czy Putina, nie wiadomo, czy mówić na głos, co się myśli o Trump’ie. Dzień jak codzień. Nuda.
Tymczasem dziecię me drugie i ostatnie, lat pięć i pół, dorobiło się pierwszego w życiu odcisku na dłoni, powstałego na skutek zwisania i fikania na drabinkach w parku. Oficjalnie uznać więc należy, że definitywnie i nieodwołalnie, dzieciństwo ma szczęśliwe i basta.

Wyznanie

Od pięciu lat jestem singielką. Z wyboru, z przekonania, z powołania. Jedyną, ale za to dużą trudnością do pokonania w tym stanie rzeczy jest przekonanie otoczenia, że to nie dobra mina do złej gry, ale naprawdę lubię być sama, tak mi jest lepiej, wygodniej i jestem z tym szczęśliwa. Zajęło to kilka lat, żeby znajomi przestali mnie mniej lub bardziej subtelnie swatać, oraz żeby płeć mniej piękna odczytywała prawidłowo moje sygnały, jasno oznaczające, że nie mam najmniejszej ochoty ani na randkę, ani na wspólny wsad do pralki. Ale w końcu się udało i już od dawna jestem wolna od wszelkich damsko-męskich sytuacji.
Znalazł się jednak jeden mężczyzna, który był ponad to, który nie zważając na konwenanse, instynktownie i niespodziewanie przeniósł naszą przyjacielską acz płytką dotychczas relację na najwyższy stopień intymności, którego dane było zaznać niewielu.
– Patrz, to jest liść w kształcie serca. To dla ciebie – powiedział dziś do mnie, kiedy spędzaliśmy wspólnie leniwe, słoneczne, złoto-jesienne przedpołudnie w parku.
– Naprawdę, dla mnie? Dziękuję ci. Jestem wzruszona – odpowiedziałam.
– Ja porafię wszystko zrobić dla ciebie, nawet dużą kupę, bo mi się chce.
Filip, lat trzy.
Deklarację spełnił. Solidnie i starannie, pięć minut później, w pobliskiej toalecie.