Kartka z kalendarza (8)

Trzydziesty stycznia anno domini 2017.
W polityce standaryzacja. Amerykanie wybrali Trumpa i nie mogą się nadziwić. Brytyjczycy wybrali Brexit i też nie wierzą. Polacy wybrali PIS i wiadomo. Reszta po staremu. Muzułmanie nie mają nic wspólnego z islamistami, katolicy z pedofilami. Połowa ludzkości umrze z głodu, połowa z otyłości.
Nuda. Nic się nie dzieje niczym w polskim filmie.
I dzień byłby już prawie zmarnowany zupełnie, ale sytuację ratuje nagle dziecię me młodsze, niespełna pięcioletnie, które siedząc ze mną na trybunach basenu miejskiego i obserwując lekcję pływania starszej siostry, zadaje nagle pytanie epokowe.
– Mamo, a jak dzidziusie wchodzą do brzuszka?

Życie w cytatach (25)

Ania, lat sześć i pół. Nie może się doczekać badania wzroku. Jej dwie najbliższe przyjaciółki od niedawna noszą okulary.
– Mamo, a jak będzie wyglądał ten eye test*?
– Pani będzie ci pokazywać z pewnej odległości coraz mniejsze literki, a ty bęziesz je czytać. Im więcej przeczytasz, tym lepiej.
– I wtedy dostanę okulary w nagrodę?
– Nie kochanie. Jak się wszystkie przeczyta, to się ma dobry wzrok i nie trzeba nosić okularów. Okulary się dostaje, jak się ma słaby wzrok.
– To ja nie przeczytam wszystkie.
– Kochanie, nie możesz oszukiwać. Musisz przeczytać dokładnie to, co widzisz. Jeśli będziesz oszukiwać, to dostaniesz okulary do noszenia na zdrowe oczy i wtedy wzrok ci się naprawdę zepsuje.
– O! I wtedy dostanę okulary bez oszukiwania!

* badanie wzroku

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVI

Jeśli mieszkasz w klimacie z łagodnymi zimami, gdzie przeciętny tubylec przeżywa całe życie nigdy nie widząc śniegu na własne oczy, i jeśli dziecię twoje sześcio i pół letnie uczy się właśnie w szkole o porach roku, a konkretnie o zimie, zanim spontanicznie zproponujesz mu, że przygotujesz dla niego do pokazania całej klasie video z ostatniego wypadu w góry, gdzie jeździ na nartach, sankach, łyżwach, lepi bałwany, robi aniołki i tak dalej, zastanwów się dobrze, czy masz zainstalowany i czy potrafisz obsłużyć program do obróbki filmów, czy też może tylko kiedyś o takim słyszałaś.
W przeciwnym razie spędzisz pół nocy na instalowaniu kolejnych programów, z których żaden nie chce ruszyć na twoim jarym, ale jednak starym komputerze, żeby w końcu znaleźć jeden jedyny, który zadziała, i z oczami na zapałkach nad kubkiem kawy uczyć się jego obsługi, i żeby na rano mieć produkt wątliwej jakości, na którym postać twojego dziecka przez cały film zasłania umieszczony centralnie znak wodny.
Komputer będzie oczywiście zawirusowany dokumentnie.

Życie w cytatach (24)

Julia, lat pięć bez miesiąca.
– Mamo, wiesz, że Miss D* w szkole potrafi liczyć in twos**? Two, four, six, eight, ten, twelve, fourteen, sixteen, eighteen and twenty. Ona naprawdę potrafi, ja słyszałam dzisiaj. Też bym tak chciała umieć.

* Miss D, wychowawczyni
** dwójkami, w sensie, że co dwa, parzyste

Owieczki

Na fali emocji, które targają mą pierwszą ojczyznę od dni kilku w związku z wprowadzaną reformą edukacji, nie mogłam się ustrzec od trafienia na internetowe komantarze. I tak naczytałam się z jednej strony, jak to obecna edukacja produkuje łatwo sterowalne stado baranów i trzeba to zmienić, oraz z drugiej, że wcale tak nie jest, a dopiero po reformie będzie, i co za tym idzie, czy lepsze społeczeństwo owieczek z dobrze wyedukowaną rządzącą elitą, czy może lepsze powszchnie wyedukowane średnio, kiepskie zarówno w rządzeniu jak i w siedzeniu cicho.
Rozstrzygnięcia oczywiście brak, ale coś na rzeczy jest bez wątpienia.
Każdy obecy czterdziestolatek z politowaniem kiwa głową nad obecną maturą, podczas gdy trzy dekady temu tak samo patrzył na niego jego rodzic. Majster na budowie klnie, że młody inżynier nie przeliczy bleki bez aplikacji na telefon. Emerytowany wykładowca płacze wpisując zaliczenia delikwentom nie odróżniającym kilograma od Newtona.
Ale skoro świat pędzi dziś w zawrotnym tempie, czy mozolne ślęczenie nad kaligrafią ma sens? Jeśli w myśl zasady, żeby nie uczyć dzieci tego, czego nas uczono trzy dekady temu, tylko tego, co im będzie potrzebne za trzy dekady, to czego konkretnie uczyć?
Siedziałam tak i dumałam nieśpiesznie dochodząc do banalnego wniosku, że chyba trzeba uczyć podstaw i pokazywać jak mają one zastosowanie w życiu, a jednocześnie rozbudzać ciekawość do poznawania. Że szkoła to nie fabryka, gdzie się robi swoje osiem godzin na zmianie i zapomina o tym wychodząc. Że przeliczanie jednostek w szkole przyda się przy przepisie kulinarnym w domu. Że liczenie pola powierzchni pomaga sprawdzić, kto ma wiekszy pokój. Że kubatura to nic innego, jak ile wody zmieści się w dmuchanym basenie w ogródku. I że te powiązania są ciekawe, i że warto poznawać nowe i trudniejsze przez cały czas. A jakie to będą konkretnie te przyszłe implikacje wiedzy i życia, to sprawa jakby drugorzędna. Czas sam je przyniesie.
Rozmyślania moje przerwała córka moja młodsza, lat prawie pięć. Dzień wcześniej zmieniłam torbę na zakupy na większą, w kolorze czerwonym z niebieską tapicerką. Dziecię me młodsze, które od dawna zdradza zainteresowanie samochodami, odziedziczone stanowczo nie po mnie, bo moja przygoda z motoryzacją ogranicza się do zapamiętania, z której strony mam wlew paliwa, przyniosło mi ze swojego pokoju pracę plastyczną.
Wycięty z papieru kształt samochodu, w kolorze czerwonym z niebieskimi fotelami w środku. Na odwrocie napis: „Julia, mum and Anna” zakończony monstrualnych rozmiarów kropką.
– Bo ja w szkole uczyłam dziś, że na końcu sentence* się robi full stop**. Wiesz mamo? – powiedziała.
No, to już połowa sukcesu. Przyniosła do domu i zastowowała w praktyce. Kropkę.

* zdanie
** kropka

 

 

Kartka z kalendarza (7)

Czternasty stycznia anno domini 2017.
Angielska zima w pełnym rozkwicie. Wieczorem na pólnocy spadł śnieg. Dwa centymetry. Utrzymywał się prawie sześć godzin. Internet zalała fala nocnych zdjęć miniaturowych bałwanów, oraz fala memów naigrywujących się z żywiołowej klęski.
Na południu świeci piękne słońce. Na termometrze w cieniu osiem stopni. W ogródku, obok nieprzerwanie kwitnących od października wrzosów, wschodzą krokusy i żonkile. Przebyśniegi kwitną obficie. Przebijają się przez nie koszoną od jesieni i wybujałą przez zimę do trzydziestu centymetrów trawę.
W piękny ten sobotni leniwy poranek córka moja pierworodna, lat sześć i pół, siadła po śniadaniu do pianina i wyćwiczyła swój pierwszy utwór na dwie ręce. „Jingle Bells”, które przyniosła na kartce z ostatniej lekcji, datowanej na szóstego grudnia ubiegłego roku.
Pasjonatka slow life.