Plany

Moje dzieci rujnują mi wakacje. A planowałam je skrzętnie od sześciu miesięcy. Wakacje znaczy.
Już w styczniu zaczęłam szukać lotów na sierpień do Polski, żeby dzieciom Kraków pokazać i Zakopane i inne takie. Ale że tanim liniom lotniczym się we łbach poprzewracało i za te same „piniendze” co w sierpniu do Polski, przelecę się w październiku do Hiszpanii i dwa razy w zimie na narty, to się długo nie zastanawiając zdecydowałam spędzić lato w mieście i czekać spokojnie na październik.
Zaplanowałam, że pozapisuję dzieci na jakieś zajęcia, co lubią, albo inaczej, co moje karty kredytowe zdzierżą jakoś. Na zajęcia na basenie pomyślałam, że zapiszę, bo przecież kiblują już w tych swoich grupach tyle czasu bez postępu, że żal mi tyłek ściska co miesiąc jak czek wypisuję. No, ale zanim zdążyłam, to przyniosły obie kartki od instruktorów, że mam przenieść do wyższych grup.
To pomyślałam, kupię tira środków opatrunkowych dla dzieci, i drugiego tira melisy dla siebie, i nauczę potomne jeździć bez bocznych kółek na rowerach. Miesiąc wakacji nam zleci jak złoto. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zawiązałam trampki, odkręciłam boczne kółka, otwarłam drzwi domostwa… I pojechały.
Dopiero pięć dni z sześciu tygodni wakacji, które mamy, a one zrujnowały już drugi mój plan.
To co? Skrzypce im kupię, nie? Tego do końca sierpnia nie ogarną.

Postęp

Adam Słodowy, „Lubię majsterkować”. Wydanie ósme, rok 1984. Kupiłam przez internet, na pamiętkę, choć moje oryginalne, które zaginęło bez śladu, było prawdopodobnie wydane wcześniej.
Dzieci w szkole. Piję kawę na tarasie, kartkuję.
Nagle znów mam osiem lat. Rodzice w pracy, brat w przedszkolu. Jestem sama w domu bo do szkoły na drugą zmianę. Czytam z wypiekami na twarzy. Codziennie cierpliwie wykonuję coś nowego. Perukę dla lalki, telegraf, krosno tkackie, świeczniki i lampiony.
Znałam tę moją biblię na pamięć. Nie konstruowałam urządzeń mechanicznych, ale pracę z papierem, nożyczkami i klejem uwielbiałam zawsze. Moje biurko było otwartym warsztarem. Produkowałam na tony.
Łza za mi się w oku zakręciła na wspomnienie czasów, kiedy największym skarbem była zawartość piórnika. Kiedy bajek i piosenek dla dzieci słuchało się z płyt winylowych na prawdziwym adapterze, i niezapomnianą atrakcją były organizowane przez dorosłych wieczorne pokazy slajdów z wakacji.
Jakim postępnem techniki były kasety magnetofonowe, które potem zasąpiły płyty. Jakim cudem była gra elektroniczna w której łapało się spadające jajka, i którą miała jedna dziewczynka na osiedlu i dawała nam czasem pograć. Nikomu nie śniły się jeszcze komputery osobiste ani telefony komórkowe.
Kartkuję te pożółke strony mojego dzieciństwa i nie mogę się nadziwić, ile zmieniło się przez cztery dekady, i jak bardzo inne dzieciństwo mają moje dzieci.
Godzinę później odbieram je ze szkoły.
– Mamo, mamo – woła pierworodna, lat sześć. – Wiesz, dziś na maths* rozwiązałam wszystkie zadania na tablecie bez błędu i tak szybko, że w nagrodę mogłam pójść się pobawić do „imagination room”, gdzie są kleje, nożyczki, papiery i różne recycling materials** i można samemu robić art and craft***. To była super nagroda.
No właśnie.

* matematyka
** plastikowe i kartonowe opakowania, głównie spożywcze
*** prace ręczne, wycinanki, wyklejanki,

 

Kartka z kalendarza (3)

Pierwszy lipca anno domomi 2016.
Tydzień po brytyjskim referendum na temat opuszczenia UE kontynent zalała plaga proroków, z kórych każdy wieszczy inaczej. Do Polski wróciła reprezentacja na Euro, która odpadła z turnieju nie przegrywając żandego meczu. Szkoła moich dzieci wydała świadectwa, z których wynika, że znowu się prześliznęłam psim swędem bez wyrzutów sumienia, że calutki rok nie interesuję się czego ich tam uczą, nie pilnuję lekcji, a świadectwo dobre.
Ale to wszystko nic.
Bo oto dziś o ósmej rano czasu lokalnego, potomna moja młodsza, lat cztery i pół, po latach bezskutecznego namawiania z mojej strony i dawania dobrego przykładu ze strony sześcioletniej siostry, niespodziewanie przeleciała wzrokiem po zawartości lodówki i omijając mieszankę mleka w proszku z syroprm glukozowo-fruktozowym zwaną potocznie, acz mylnie serkiem homogenizowanym, wyjęła pudełko z napisem „jogurt naturalny”, którego pełna lista składników brzmi: mleko, dodała łyżeczkę miodu i oświadczyła, że od teraz to jest jej ulubione śniadanie.
Brexit może się schować. Tu się rodzi prawdziwa historia.