Moment

Rodzicielstwo pełne jest wzruszających momentów.
Kiedy przestały walić brodą w wannę przy ściąganiu bluzki przed kąpielą. Kiedy same dosięgały do kurka z wodą. Kiedy nie musiały stawać na podnóżku do mycia zębów. Kiedy wypluwaną pastą trafiały do umywalki.  Kiedy same smarowały twarz kremem. Kiedy stały przed lustrem i same próbowały się uczesać. Kiedy przestały wpadać dupą do kibla. Kiedy same umiały wejść do wanny. Kiedy same umiały umyć się gąbką od stóp do głów. Same umiały się wytrzeć ręcznikiem. Kiedy stanowczo odmówiły kąpania się razem.
Ten ostatni mnie raczej wnerwił, niż wzruszył.
Od dziś jestem trzecia w kolejce do łazienki.

Dyplomaci

– Zauważyłem, że Julka nie lubi być druga – powiedział miesiąc temu o mojej czterolatce na nartach instruktor, który miał z nią do czynienia zaledwie od dwóch godzin wtedy.
Za to tydzień temu, po pierwszych zajęciach w klubie tenisowym, trener oddając mi pociechy zauważył, celnie jakże, że o ile sześciolatka woli negocjować i załatwia sprawy polubownie, o tyle młodsza woli używać siły głosu. Do skutku.
Znaleźli się dyplomaci cholera. Ja muszę z nią pod jednym dachem, więc mogę prosto z mostu, że mnie ta dziecina moja zwyczajnie wkurwia.
Już jakiś czas temu przeniosła mnie z etapu macierzyństwa, który polaga na nieustatnnym odliczaniu do trzech na poziom bardziej zaawansowany, w którym średnio co kilka dni wiszę w kuchni nad zlewem, trzymam się go kurczowo i proszę wszystich świętych, aby mnie powstrzymali od pójścia do salonu i zdzielenia gówniary szmatą przez łeb, gdy tymczasem ona zalewa się łzami, tupie i wrzeszczy:
– Ja nie kcę już mieć tej siostry! Ja kcę tylko mama była moja friend*, nie Ania! Ja kciałam iść do Niny domu! Nina ma zabawki co ja nie mam! Ja nie kciałam spać moje łóżko! Ja kciałam spać Ani łóżko! Ja kciałam twoja magiczna lipstick**! Moja lipstick zbrejkowała! I kciałam ty pomagała mi tajlecie, żeby moja sukienka nie zdropowała do tajlety! Ja nie kciałam iść do szkoły! Ja kciałam zostać w domu i grać na tablecie! Nie będę idzieć do szkoły! Ja nie lubię moja ticzera! Będę płaczeć! Nie będę bawiła! Nic będę robiła! Nic! Nigdy! Tylko będę jadła!
No, tu przynajmniej wiem, że moja. Nie podmienili w szpitalu.

* przyjaciółka
** szminka

BLOG ROKU

Wczoraj późnym wieczorem, jak co roku o tej porze, bez większego przekonania zgłosiłam się do konkursu na BLOG ROKU.
Nie ma to żadnego sensu, bo ani nie mam szans, ani nagroda mi nie odpowiada (znowu dają miniaturowy samochód, do którego się nie zmieszczę). No, ale zgłosiłam się, bo jako nagrodę pocieszenia dają weekend w SPA dla dwóch osób, więc jakbym wypchnęła doń córki, to miałaym dwa dni wolnego od nich… Ech, rozmarzyłam się.
Wybrałam kategorię ogólną, styl życia, bo nie było o kupkach i zupkach, i poszłam spać.
Rano wstaję, patrzę, a tu mail od bliżej niezidentyfikowanej Komisji Konkursowej, informujący, że przesunięto mój blog do kategorii PUBLICYSTYKA.
Czujecie? Pójść spać jako Matka Polka a zbudzić się publicystką? Bezcenne.
Ale teraz ten konkurs nabiera dla mnie sensu. Bo zasady są takie, że najpierw tydzień trwa głosowanie sms’owe, a potem po dziesięć najbardziej obgłosowanych blogów w każdej kategorii trafia do odpowiedniego jurora, i juror taki musi te blogi przeczytać i wybrać trzy, jego zdaniem naj. A jurorem w mojej kategorii jest Robert Biedroń.
Czujecie? Zmusić Roberta Biedronia do przeczytania bloga o kupkach i zupkach? Bezcenne do kwadratu.

Dlatego proszę szanownej wycieczki, ażeby ten cel osiągnąć, należy w terminie
od 23.02.16 godz. 15.00 do 1.03.16 godz. 12.00 czasu polskiego
wysłać sms o treści F11586 na numer 7124.
Koszt sms’a 1,23 zł brutto.
Z jednego numeru można głosować na różne blogi, ale na każdy tylko raz.
Można głosować wyłącznie z polskich numerów telefonów, więc frakcja zagraniczna musi zmobilizować w tym celu rodzinę w Polsce.

Środki uzyskane przez organizatora z głosowania SMS zostaną przekazane Fundacji Dziecięca Fantazja, której celem jest spełnianie marzeń dzieci zmagających się z chorobami zagrażającymi życiu i nieuleczalnymi.
W zeszłym roku zebrano 63 623 zł, i choćby dlatego warto zagłosować.

Aktualne wyniki głosowania można na bieżąco sprawdzać tutaj.

Link do strony głównej konkursu tutaj.
Link do mojego zgłoszenia tutaj.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXIV

Jeśli zastanawiasz się jaki sens ma posyłanie cztero i sześciolatki na walentynkową dyskotekę szkolną, nie myśl za wiele, po prostu zrób to.
Połowa lutgo to nawyższy czas, aby dostały jakiś bodziec zewnętrzny i przestały piłować na youtube „Last Chrstmas”, a przerzuciły się na „Roar”.

Tenis

Ironia losu to osobliwa, żebym ja, która całe życie swoje konsekwentnie stronię od wszelkiej aktywności fizycznej, uznając jedynie rower, na którym poszaleć ciężko, od kiedy się do niego na stałe przytroczyła przyczepka z dwójką dzieci w środku, i żeglarstwo, którego w UK zaniechałam, bo Morze Północne to jednak nie Chorwacja i leżenie w bikini na dziobie jachtu nie jest tu aż tak komfortowe, dodatkowo szczerze nienawidząca siłowni, biegania i gier z piłką, niedajboże zespołowych, osiadła na stałe po latach tułaczki w czworokącie bermudzkim pomiędzy klubm fitnes, klubem tenisowym, klubem wspinaczkowym i basenem.
Ale ma to też swoje plusy, bo oto nastał luty i mamy ferie zimowe. To piękny czas, kiedy w ogródku kwitną krokusy, żonkile i stokrotki, w powietrzu unosi się zapach skoszonej trawy, a ceny biletów lotniczych skoczyły czterokrotnie, więc kto nie śmierdzi groszem, ten nie baluje na nartach, tylko posyła przychówek na półkolonie na kort tnisowy.
Tam pociechy całe dnie grają w krykieta i piłkę nożną, a czasem nawet w tenisa, podczas kiedy umęczona matka może oddać się przyjemnościom, takim jak sauna, jacuzzi, pedicure, henna, maseczka, wizyta w skelpie z bielizną, zdrowa sałatka na lunch i takie tam.
I tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego one po całym dniu uprawiania sportów wracają szczęśliwe niczym Burek po ćwierćmaratonie, a ja po całym dniu upojnych przyjemności jestem wy… O pardon, zmęczona, jak koń po wsternie.

Róż

Z kolorem różowym od samgo początku nie zamierzałam walczyć wcale. Po pierwsze dlatego, że dzieci lubią być jak inne dzieci, więc po co im to psuć. Po drugie, różowe najtańsze jest, a w ostatnie dwa lata był to czynnik decydujący. Poza tym, całkiem wygodnie jest robić jedno pranie białe, jedno czarne i sześć różowych tygodniowo. Nic się nie miesza, nie farbuje.
Jednak ekspansja różu wykracza poza granice garderoby. Różowa powinna być pościel, talerze, zabawki, pudełka na drobiazgi, a najlepiej meble i ściany.
Co się da, to mają. Niech się cieszą, nie protestuję.
Nie protestowałam nawet, kiedy miesiąc temu podczas podróży, w hali odlotów cieszyły się entuzjastycznie, że ze wszystkich widocznych przez szklaną ścianę samolotów one polecą najładniejszym, bo różowym, czym doprowadziły niechcący do płaczu siedzącą obok dziewczynkę, która lciała pomarańczowym. Nie protestowałam też kilka dni temu, kiedy na szkolną dyskotekę walentynkową zrobiły sobie własnoręcznie różowe makijaże, tyleż nieprecyzyjne, co intensywne, i pękały z dumy, kiedy nauczycielka się zachwycała, sama próbując nie pęknąć ze śmiechu.
Nie protstowałam też dziś, kiedy w środku przyjęcia urodzinowego czterolatki, które zażyczyła sobie mieć zorganizowane w kręgielni, latałam z nią po obiekcie w poszukiwaniu różowej kuli, bo jej się nagle uwidziało, że będzie grać wyłącznie taką, a na cały klub różowe kule są tylko dwie.
Za dwa miesiące ma urodziny sześciolatka, i ona juz teraz zażyczyła sobie mieć przyjęcie w klubie wspinaczkowym.
To co, zadzwonię najpierw i zapytam czy mają różową uprząż, nie?

Naleśniki

Córki moje dwie, lat cztery i sześć, czystej polskiej krwi, acz na brytyjskiej zimii zrodzone, wchodzą właśnie książkowo w bunt językowy. Otóż udają, że nie rozumieją co do nich mówię, kiedy po polsku mówię, i odpowiadają wyłącznie po angielsku. Nie wiedzą bidulki, że same na siebie bicz kręcą, bo nie dla nich w takim razie Majorka w lecie i Alpy zimą; będą odtąd na każde wczasy do Polski wożone, bo matka w kwestii utrzymania dwujęzyczności dzieci nieugięta jest.
Ale nie o tym. Bo okazuje się, że rzekoma nieznajomość polskiego nie przeszkodziła im w dokładnym rozpoznaniu tematu Tłustego Czwartku, tak więc dnia rzeczonego domagały się pączków, i to nie tych badziewnych donatów z supermarketu, które słownik uparcie ku rozpaczy przewracającego się w grobie Bliklego tłumaczy jako pączki, ale prawdziwych polskich wyrobów.
Problem to żaden, bo w mieście ci u nas polskich sklepów dostatek, więc Tłusty Czwartk był jak należy.
Niestety w matkopolskiej naiwności swojej myślałam, że z tej racji odpuszczą mi Pancake Day, czyli angielski odpowiednik Tłustego Czwartku, który następuje dzień przed Środą Popielcową i jak sama nazwa wskazuje, polega na ogólnonarodowym obżeraniu się naleśnikami.
Nie odpuściły. Przyszły ze szkoły, umyły ręce, nakryły do stołu, chwyciły noże i widelce w dłonie, i siedząc nad pustymi talerzami, patrzyły na mnie bez słowa. Pomidorową wyśmiały.
I nie chodzi o to, że się narobiłam, bo nie. Ja naleśniki o każdej porze z zamkniętymi oczami w pięć minut zrobię. Ale o to, że spierniczyły mi mozolnie i z poświęceniem, rekordowo długo, bo od półtorej doby trzymaną dietę.
Półtorej doby chodziłam głodna nadaremnie. Tego im nie daruję.

Przepona

Kto mnie zna ten wie, że pod imponującą otyłością brzuszną ukrywam szalenie sprawną przeponę, i że używając jej do produkcji decybeli, potrafię zmrozić krew w żyłach. Dawno nie praktykowałam, ale zbierało się potworom już od tygodni i wczoraj się doigrały. Ostatecznym, klasycznym punktem zapalnym był fakt, że wyciągają kolejne zabawki nie składając poprzednich, bo właśnie wyciągały farby nie poskładawszy rozrzuconych lego, które zmieszały z rozrzuconymi uprzednio puzlami. I tak dalej.
Użyłam więc mego jedynego wytrenowanego mięśnia do wyrażenia swojej opinii i oczekiwań. Uwijały się aż się kurzyło. Kiedy skończyły, porozmawiałyśmy sobie, poprzpraszałyśmy się i w harmonii i miłości zasiadłyśmy do odrabiania lekcji.
Przed cztrolatką postawiłam papierową torebkę, w której była kula mokrej gliny w woreczku, kilka różnych guzików i dwa druciki.
– To jest zestaw, który pani w szkole dała ci, żebyś w domu zrobiła z tego dzieło sztuki do szkolnej galerii – powiedziałam. – To znaczy ulep z tego co chcsz a później zaniesimy to do szkoły – dodałam widząc jej minę.
Wzięła się do pracy a ja pomagałam sześciolatce zdanie: „China is the fourth biggest country” utrzymać w jednej linijce w zszycie.
Kiedy skończyłyśmy, młodsza miała przed sobą rozpłaszczoną kulę gliny, przyklejone do niej guziki i wetknięte zkrzywione druciki, twierdząc, że to jest biedronka.
Zachwyciłam się, pochwaliłam, wyściskałam i tak dalej.
– Teraz idę zrobić kolację. Umyjcie rączki i zaraz przyjdźcie do stołu – powiedziałam i wyszłam.
Dołączyły do mnie po kilku chwilach. Zjadłyśmy, pożartowałyśmy, poszłyśmy na górę, przebrały się w piżamy, umyły zęby, poczytałam trochę, ucałowałam, wyłączyłam światło, wyszłam i już, już miałam rozpoczynać upojny wieczór z Netflix’em i prasowaniem, kiedy coś mnie tknęło.
Zeszłam na dół. W salonie na stole stała papierowa torebka. W niej w woreczku kula gliny, guziki luzem i dwa wyprostowane druciki.
Cóż, przynajmniej jestem skuteczna.

Lakier

Późne macierzyństwo trudne jest. Potwierdzam. I to wcale nie o to chodzi, że człowiek lata najlepszego rozkwitu ciała i ducha przebombił na hulanki do rana, bo mógł się rano w biurze przy desce kreślarskiej zdrzemnąć kwadrans i był jak nowy, i że trzeba było wtedy w biznes pieluchowy iść, bo po czterdziestce człowiek już się tak szybko nie regeneruje po nocnym ząbkowaniu. Właściwie, odnoszę wrażenie, że wcale się człowiek już nie regeneruje.
Ale chodzi o to, że mentalnie rodzic dojrzały ma przekichane.
Taka czterolatka moja, w każdy poniedziałek rano robi mi wojnę, jak jej zmywam lakier z paznokci, bo pozwalam tylko od święta, a do szkoły nie. Z tym, że dziś pierwszy raz nie marudziła pod nosem tylko, ale płakała szczerze i widzialam, że naprawdę jej zależało, żeby lakier koleżankom pokazać.
No i masz babo placek, będę musiała pójść na ustępstwo, żeby dziecina nie miała do mnie żalu na całe życie, jako ja mam do macierzy, że latami co poniedziałek chlipałam w kącie w szkole, bo się ze mnie śmiali, że nie wolno mi oglądać „Czterch pancernych i psa”, bo Ruskie były tam dobre, a wojna i zabijanie to jedna wielka impreza. Ale też muszę tak zrobić, żeby dziecina nie myślała, że sobie to wypłakała i wytupała, i że tak to działa. No lekko nie jest.
A tak? Jakbym tak pesel miała dwa razy krótszy w tej chwili, to bym jej jeszcze na te paznokcie hybrydy strzeliła, żeby się dwa tygodnie trzymały i najładniejsze w klasie były. I rzęsy bym jej tuszem maznęła, niech ma czym machać. W końcu ma już cztery lata, niech się uczy, o co w życiu chodzi.
No mówię, lekko nie jest.
A najlepsze jeszcze przed nami. Jak one wejdą w dojrzewanie, a ja w menopauzę. Wszystkie trzy odlecimy.