Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXII

Jeśli twoje kilkuletnie dziś dzieci od urodzenia przyjmowały wszelkie konieczne medykamenty w postaci syropów, nie daj się zwieść zachwalaniu farmaceutki w aptece i nie kupuj im witamin w postaci żelków. Słodkich, pachnących, świecących i w wypasionym pojemniku.
W przeciwnym razie będziesz musiała do stałych punktów dnia dodać około trzy ataki rozpaczy ze łzami jak grochy i szlochami  godnymi Oscara, bo dziennie można zjeść tylko jednego takiego żelka.

Trener

Nie wiem co innym daje jazda na nartach, ale mnie na ten przykład, daje do myślenia. A konkretnie pomyślałam: „o kurwa!”, kiedy zrobiło mi się słabo po jednorazowym wjechaniu maleńkim orczykiem dla dzieci, którym moje potomne, lat cztery i sześć pomykały ze swoim instruktorem w te i nazad od trzech dni. Dotarło do mnie że permanentne siedzenie przed komputerem nie jest jednak ćwiczeniem ogólnorozwojowym, i niektóre partie mięśni pomija, i że najwyższy czas zadbać i o nie.
Tak więc po powrocie do domu udałam się do pobliskiego centrum fitnessu, gdzie umówiłam się na pierwszą wizytę z trenerem osobistym. Trafił mi się całkiem przystojny, co mnie ucieszyło, bo skoro działa to na Radwańską, to dlaczego nie miałoby i na mnie.
Zważył mnie, zmierzył, zrobił próbę wysiłkową na bieżni, wszystko skrzętnie zanotował i zapytał, czego od niego oczekuję.
– No jak to czego? Że na lato będę piękna, zgrabna, dwudziestoletnia – powiedziałam zgodnie z najszczerszą prawdą.
Westchnął, pokiwał głową, zajrzał w notatki i odparł:
– Na to lato nie zdążymy. Może na następne.
Przystojny, ale cham.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XX

Jak już przelecisz z małymi dziecmi na drugi koniec Europy, jak już przegonisz je przez stok narciarski i uda ci się je zmęczone, marudne, z lekką gorączką i zapasem paracetamolu wcisnąć na jeden wieczór przerażonym dziadkom, przysięgając im, że nic im się z tymi dziećmi w tym czasie nie stanie, i urwać się na dwie godziny do teatru, koniecznie nie wyłączaj telefonu.
Zawsze może bowiem zadzwonić sąsiad z prośbą o pilny zwrot wiertarki, którą pożyczyłaś miesiąc temu na dwa dni.

Kije

Pochodzę z Podbeskidzia. Podbskidzie jest jak Hollywood; każdy wie, gdzie jest, ale na mapie nie występuje. W związku z moim pochodzeniem geograficznym, od dziecka chodziłam po górach. Jako mały szkrab z dziadkiem, potem w różnych konfiguracjach licealnych i studenckich. W okresie cielęcego nastolęctwa, kiedy dziadka już zabrakło, a samej jeszcze nie było wolno, nie było innego wyjścia, tylko się szło na szlak z własną matką.
I tak pamiętam, jak mam lat może piętnaście, idę w sierpniowym upale z bratem własnm młodszym i naszą rodzicieklą gęsiego w kolejce pierdyliona turystów na Giewont. Przed szczytem kolejka się rozdziela na dwie, jedną stroną się wchodzi, drugą schodzi.
– O, to jest nowa droga – odzywa się matula nasza.
– Nie, rok temu już była – odpowiada jej drepczący za nami student, na którego od kwadransa łypię okiem z rumieńcem na licu.
– Proszę pana, ale dwadzieścia lat temu jej nie było – odpowiada ona, wprawiając kolejkę w rechot.
Opowieść ta, o tym, że człowiek nie zna dnia ani godziny, kiedy mu własna matka narobi obciachu, krąży w naszej rodzinie do dziś.
I przypomniała mi się kilka dni temu, kiedy stałam w wypożyczalni sprzętu narciarskiego z potomnymi moimi, lat cztery i sześć, i po dopasowaniu sobie butów i nart zostałam zapytana, czy chcę kije.
– Proszę pana, oczywiście, inaczej nie potrafię – odparłam. – Dwadzieścia lat temu, kiedy ostatni raz miałam narty na nogach, nikomu w Polsce nie śniły się jeszcze takie fanaberie, jak jazda bez kijów – wypaliłam zanim się zastanowiłam.
Tak więc, historia kołem się toczy.

Fart

Zawsze wiedziałam, że więcej mam w życiu szczęścia niż rozumu, ale naprawdę, naprawdę zaczynam się martwić.
W sierpniu ubiegłego roku postanowiłam, że w zimie zabieram dzieci na narty. W tym celu kupiłam na styczeń bilety lotnicze do… Polski. Każdy narciarz puknął by się w czoło, bo na narty wybiera się destynacje, które gwarantują śnieg, a nie loterię. Następnie jeszcze w sierpniu kupiłam na wyprzedaży dzieciom kombinezony narciarskie, które taskałam w upale do domu w wielkiej torbie, wywołując salwę śmiechu koleżanek spotkanych po drodze i pytających co kupiłam.
Nadszedł dzień wyjazdu. Walizkę spakowałam na oko, i ważyła co do kilograma tyle, ile powinna. Podróż w obie strony przebiegła pod hasłem: „wszystkie dzieci szaleją po lotnisku i drą się w niebogłosy podczas lądowania, tylko moje siedzą grzecznie i są cicho”.
Na miejscu okazało się, że dokładnie na dzień przed naszą wizytą spadł świeżutki bielutki śnieżek i chwycił lekki mrozek, oba idealne do szusowania. Ponadto mój brat udostępnił mi na wyłączność samochód z dziecięcymi fotelikami na cały tydzień.
Wzięty z internetu zupełnie w ciemno instuktor chwycił moje dzieci za serce. Od pierwszego wejrzenia poszłyby za nim w ogień. A facet znał się na swojej robocie bez wątpienia, skoro już dugiego dnia nauki (godzina dziennie), cztero i sześciolatka, które dzień wcześniej pierwszy raz w życiu zobaczyły śnieg, spokojnie jeździły sobie z nim na wyciągu orczykowym.
Ponadto polecił mi wypożyczalnię sprzętu, która była czterokrotnie tańsza niż się spodziewałam, więc wróciłam do domu z gotówką w kieszeni.
Jakby tego było mało, w domu czekała na mnie świeżo odmalowana kuchnia i całkiem przystępny za tę usługę rachunek.
W obliczu powyższego, wychodząc z założenia, że szczęścia mam przeważnie odwrotnie proporcjonalnie do rozumu, wychodzi mi, że w chwili obecnej rozumu nie mam już wcale.

Adwokatka

– Jula, zjesz jogurt z kulkami czy z płatkami? – pytam prawie czterolatkę.
– Z kulkami – odpowiada.
– Nie, z kulkami jest mój – wtrąca się pięcio i półlatka.
– Jak to Aniu, pamiętam, że same wybierałyście w sklepie i Jula wybrała z kulkami – przypominam starszej.
– Ale mamo, ona wybrała z kulkami, ale potem w domu go nie chciała, i zjadła mój z krążkami, pamiętasz? I za to jej z kulkami jest teraz mój, żeby było fair, tak? – tłumaczy.
– No tak… – przyznaję.
– O nieee!!! – rozdziera się młodsza.
„O żesz ja pierdzielę” – myślę.
– Dobrze, obie zjecie kanapki i wypijecie kakao, pasuje?
– Ale każda je kanapkę z czym chce? – niestrudzenie negocjuje warunki ugody starsza.
Zgadzam się, bo i tak jedna wybierze miód, druga ser, więc samo zdrowie.
Robię kanapki.
– Mamo, ja na moje urodziny nie zaproszę duże dzieci, tylko małe, bo duże się biją – oświadcza młodsza gramoląc się na krzesło przy stole.
– Tak, i mówią „shut up”* – dodaje starsza.
– I jeszcze mówią „stupid”** – przypomina sobie młodsza z kolei.
– Tak. To w skarżeniu jesteście świetne – stwierdzam. – A wy nie mówicie tych wyrazów nigdy? Na pewno? – pytam.
– My czasem… – zaczyna młodsza niepewnie, ale starsza wtrąca się natychmiast:
– Nie mów Julka! Nic nie mów! Ja powiem – przerywa jej i zwracając się do mnie oświadcza: – Mamo, my nie pamiętamy.
To co, wypiszę ją z baletu i zacznę zbierać na studia prawnicze, nie?

* zamknij się
** głupi

Sześciolatki

Podczas kiedy w Polsce trwa nieustająca i nierozwiązywalna dyskusja, czy sześciolatki są gotowe na szkołę, i co ważniejsze, czy szkoła jest gotowa na sześciolatki, moja pierworodna niespodziewanie i przypadkowo dotarła do samego jej sedna.
Otóż córki moje, lat pięć i pół i prawie cztery, w kraju swego pochodzenia, w którym z nimi mieszkam, objęte są obowiązkiem szkolnym, w dużym uproszczeniu, od ukończenia czterech lat. Przez pierwsze trzy lata szkoła przypomina raczej przedszkole, a do prawdziwych ław szkolnych dzieci zasiadają mniej więcej jako sześcio i siedmiolatki. Ale wtedy, po trzyletniej wstępnej zabawie, w zasadzie płynnie piszą i czytają.
Moja pierworodna jest w połowie tego trzyletniego procesu i duka jeszcze, ale proste czytanki czyta. Po angielsku lepiej, bo ćwiczy w szkole codziennie, a ja z nią elemantarza w domu nie piłuję za często; z Marianem Falskim jesteśmy za pan brat tak do trzydziestej strony na oko.
I tak siedzimy sobie ostatnio w salonie, spędzamy leniwe deszczowe popołudnie. Nasza ultrakatolicka Babcia 70+ wizytująca nas z Polski ogląda wiadomości, dzieci hodują małe Ferbiątka na tabletach, ja z laptopem na kolanach błądzę po fejsie. Nagle na moim ekranie pojawia się rysunek Anny i Elsy. Obie patrzą na coś, Elsa jest zachwycona widokiem, Anna przerażona. Podpis nad rysunkiem głosi: „Dwie możliwe reakcje na widok dużego penisa.”
Córki zaglądają mi przez ramię.
– Mamo, co to? – pytają.
Babcia z zainteresowaniem odwraca głowę w naszą stronę. Nie widzi mojego monitora, więc zaciekawiona czeka, co powiem.
Normalnie powiedziałabym, że zobaczyły chłopca bez majtek, no ale Babcia na zawał by padła, więc zaczynam coś nieporadnie ściemniać. W tym czasie pierworodna duka:
– Pe-ni-sa. Mamo, co to  jest penisa?
I tu jest pies pogrzebany. To rodzice nie są gotowi, żeby dzieci czytały.