Kasa

„Na trzeźwo tego nie zniesę” – pomyślałam i nalałam sobie wina. Usiadłam do komputera. Zalogowałam się do dwóch kont bankowych, karty kredytowej, dostawcy prądu i gazu, wodociągów i spółdzielni mieszkaniowej. Pierwszy raz od półtora roku nie zrobiłam tego w celu przesunięcia środków dostępnych tak, żeby zapłacić jak najmniejsze odsetki od zaległości i długów, ale po to, żeby delektować się widokiem.
Konta na plusie. Debety spłacone. Karta spłacona. Nie zalegam z opłatami nigdzie. Nie lecę nic nikomu.
Chlapnęłam z kieliszka. „Jak żyć?” – pomyślałam.
Napisałam sms’y do trzech najbliższych koleżanek.
Jadna nie wierzyła, druga gratulowała. Tylko Asiulka stanęła na wysokości zadania.
„Jak się źle z tym czujesz, to mogę ci coś pożyczyć”- odpisała.
Na nią zawsze mogłam liczyć.

Życie w cytatach (17)

Ania, lat pięć i pół. Podczas wieczornej gimnastyki liczy Dziadkowi pompki.
– Dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia dziesięć… Oj nie, pomyliłam się. Dziadku musisz zacząć od nowa.

Julia, lat prawie cztery.
– Mamo, proszę kakałko.
– Skończyło się, mogę ci zetrzeć czekolady do mleka, chcesz?
– Tak. Ale musisz kupić nową bakietę* kakałka.

*bucket – wiaderko, w tym przypadku puszka

Badania

Wiedza ludzkości podwaja się co cztery lata podobnież, i ja, córka emerytowanego nauczyciela akademickiego, sama mająca na koncie krótki i nieszczególnie pomyślny epizod pedagogiczny, za który z tego miejsca wszystkich moich byłych studentów przepraszam, mam swój własny, niemały całkiem wkład w ten naukowy rozwój wszechświata.
Otoż co kilka miesięcy, dla dobra ludzkości, poddaję się specyficznemu eksperymentowi naukowemu, i oto dziś zblilżam się powoli ku wnioskom końcowym moich badań, i w zasadzie z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę już dziś potwierdzić tezę, że pomimo całego postępu myśli i technologii jaki się dokonuje, pomimo, że można obecnie polecieć w kosmos, a nawet wrócić, to jednak jest dziedzina, w której ludzkość zawsze będzie stała w miejscu i nigdy nie zrobi przełomowego kroku do przodu.
Otóż zawsze jak się popije, to się ma kaca.

Życzenia

Plan masz taki: w Wigilię w południe odebrać z lotniska swoich rodziców, przywieźć do domu, wiczorem polska tradycyjna kolacja, z dwunastoma potrawami, siankiem pod obsusem, opłatkiem, dodatkowym nakryciem, kolędami, potem w dzień Bożego Narodzenia prezenty spod choinki, rodzinny spacer, oglądanie szopki w katedrze, powrót do domu, tradycyjny angielski Christmas Dinner, a wcześniej wysłuchanie mowy królowej w tv. (W końcu masz dwie brytyjskie córki, im też się należy.)
Już na tydzień przed świętami gonisz jak z motorkem. Lepisz pierogi i uszka, faszerujesz indyka, dusisz kapustę z grzybami, zawijasz kiełbaski w bekon, pieczesz ciasteczka, biegasz po polskich sklepach w poszukiwaniu opłatka, gotujesz kompot z suszu, choć zapach cię mdli, ale rodzice lubią, usiłujesz wysłać kartki świąteczne do przyjaciół lub napisać od nich maile, ale ciągle gonisz i gonisz i w kóncu jest za późno, gotujesz brukselki, karmelizujesz marchewkę, zapiekasz ziemniaczki w gęsim tłuszczu, blendujesz rzepę, smażysz rybę, kisisz barszcz, zamawiasz sernik i makowiec, rybę po grecku robisz, rybę smażoną, zupę grzybową, kroisz sałatkę jarzynową, przenosisz stół do salonu, bo tam wicej miejsca, prasujesz obrus, dobierasz serwtetki, robisz próbę oświetlenia, żeby nastrój był, dobierasz odpowiednią płytę z kolędami, pakujesz tony prezentów, sprzątasz jak opętana. Ostatnie dwie noce nie śpisz do trzeciej, żeby wszystko było na tip top.
I jest. Wszystko idzie absolutnie zgodnie z planem. Idealnie.
I wtedy nagle świat się zatrzymuje. Mała dziewczynka w skromnej sukience,  z cieńkimi warkoczykami, podchodzi do ciebie z opłatkiem przy wigilijnym stole, przytula się, i szepcze ci do ucha:
– Mamo, życzę ci, żebyś była zdrowa i mogła nas zawsze odbierać ze szkoły.
I musisz z tym żyć.

Lampiony

– To może zrobicie nowe lampiony? – zaproponowałam pięcio i półlatce i prawie czterolatce, które uwielbiają zabawę z nożyczkami, klejem i  wszelkimi materałami z recyklingu, jak kartony i pojemniki po jedzeniu, a już dekorowanie słoików obrazkami, nalepkami, suszonymi liścmi i wszystkim co im wpadnie w ręce, i podziwianie ich z zapalonymi w środku świeczkami to ich numer popisowy.
– Taak! – ucieszyły się. – Narysujemy choinki i Mikołaja. I Rudolfa. I bałwana – wyliczały jedna przez drugą.
– A może  narysujecie Świętą Rodzinę? – zaproponowałam mając na uwadze, że za dwa dni moja ultrakatolicka mama przyjedzie spędzić święta ze swą rozwiedzioną córką i nie ochrzczonymi wnuczkami, a tu dom cały w choinkach, mikołajach, bałwanach, a szopki żadnej.
– Tak! – uczieszyła się młodsza i zabrały się do pracy, a ja miałam pół godziny spokoju.
Należy zaznaczyć, że te pół godziny dla takiej perfekcyjnej pani domu jak ja, która w dniu, na który zaprosiła miesiąc temu znajomych na przyjęcie, budzi się z nie odkurzanym od dwóch tygodni domem, pustą lodówką, brudną łazienką, i ma fantazję zacząć przygotowania od wywalenia dziecięcych ubranek z szaf i sortowania ich rozmiarami, jest jakby bezcenne.
Po tym czasie dzieci dopadły mnie szorującą kibel i chwalą się rękodziełem.
– To jest Maria, Józef i Jezusek na sianku – mówi starsza. – Narysowałam cztery razy dookoła słoika, żeby wszyscy co siedzą dookoła stołu widzieli – chwali się pomysłowością.
– Ja też mam świentnom rodzinę – opowiada prawie czterolatka. – To jest Mummy Pig, Daddy Pig, Peppa i George*.
No to się Babcia ucieszy.

*Wymieniła członków rodziny Świnki Peppy. Oni chyba po polsku mają inne imiona, ale nie wiem jakie. Taka ze mnie słaba patriotka trochę.

Kartka

Samodzielne rodzicielstwo oprócz oczywistych zalet, takich jak fakt, że  dzieci nigdy nie są świadkami kłótni, awantur czy w zależności od osobistych upodobań, przemocy między rodzicami, niesie też kilka niedogodności. Rodzic samodzielny sam musi sobie kłaść prezent pod choinkę przez pierwsze na oko dziesięć lat, a takiej na przkład kartki na Dzień Matki to już nie robi sobie sam, tylko po prostu jej nie dostaje, póki potomstwo nie potrafi czytać, pisać i obsługiwać kalendarz.
Toteż kiedy moja pierworodna, ponad dwa lata temu, wtedy trzyletnia, przyniosła z placówki edukacyjnej kartkę z napisanym ręką wychowawcy „Happy Mother’s  Day”* i zamiast podpisu dziecka odbita była kolorową farbką cała jej prawa dłoń, płakałam ze wzruszenia ze dwa kwadranse, a kartka do dziś leży na honorowym miejscu w szufladzie między skarpetami.
Człowiek w takiej chwili myśli, że to najpikęniejszy moment jego życia. Ale nie. Bo mijają dwa lata i drugie dziecię, obecnie prawie czteroletnie oświadcza:
– Mamo, patrz. Zrobiłam w szkole kartkę świąteczną dla ciebie, ale jeszcze nie skończyłam.
Oglądasz, oglądasz. Cóż. Dziecko w zasadzie zaznajomione jest z obsługą kredek, flamastrów i pędzla, i zazwyczaj spod jej ręki wychodzą całkiem kształtne postaci, kwiaty i samochody, ale tym razem miała do dyspozycji klej i nożyczki, więc oglądasz jakieś zmazy brokatu na kleju, jakieś pompony przyklejone, jakieś ścinki i nijak nie rozpoznajesz w tym choinki czy innego świątecznego motywu. Chwalisz, dziękujesz, ale bez specjalnego entuzjazmu, bo to już n-ta katrka w tym tygodniu, miesiącu i roku.
Tymczasem dziecię zaskakująco szybko pochłania obiad i ciągnie starszą siostrę do pokoju.
Siedzą tam cichutko szepcząc przez pół godziny, następnie wracają do kuchni, gdzie urzędujesz z laptopem i kawą. Pierwsza, z dumnie wypiętą piersią wkracza niespełna czteroletnia, za nią z wypiekami na twarzy starsza, pięć i pół lat. Młodsza wręcza ci kartkę ponownie.
– Mamo, ja telowałam** do Ani, a ona pisała. Teraz kartka jest skończona – oświadcza pęczniejąc z dumy.
Otwieram.
„bire mama, Hope you hav a luvlee Chrismoos, luv from ull yor frenbs and Julia, xxx”***
I zaś ryczę.

*Szczęśliwego Dnia Matki
**tell – mówić
***Droga mamo, miej udane święta, kochamy cię, twoi przyjaciele i Julia, buziaki – oczywiście z błędem na błędzie

Jestę ekspertę

Atansją, atansją. Lejdis end dżentelmen.
Po sześciu latach noszenia brzuchów, cyców z mlekiem, pieluch, kupek i zupek i pisania o tym na blogu, żeby nie wydawało się wam, że macie gorzej, przyszedł czas na sukcesy szołbiznesowe.
Nie, nie dostalam zaproszenia do tańca z gwiazdami. Na razie.
Lepiej: zostałam ekspertką. Nie byle jaką. Zostałam ekspertką od randkowania. Tak tak. Pierwszego w swoim życiu wywiadu, jako matka (nie ruszaj tego cholera zaraz się tobą zajmę) blogerka, udzieliłam nie byle komu, tylko przodującemu portalowi randkowemu dla singli z aspiracjami eDarling.pl.
Także w razie czego już wiecie, jak mnie poderwać. Łatwo nie będzie. Sorry.
Zaraszam do lektury.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XIX

Jeśli po wielu dniach obchodzenia w koło usytuowanej na środku pokoju dziecięcego kupki figurek, spinek, opasek, branzoletek, telefonów, torebek, portfeli, kluczyków, latarek, wisiorków i innej drobnicy należącej do twoich dzieci, która to drobnica wedle twojej wizji  powinna znajdować się posortowana w szafce z szufladkami zlokalizowanej obok łóżka jednej z córek, a tymczasem córkom najbardziej odpowiada w formie wyżej opisanej, masz już trochę dość, nie kłóć się z nimi, ani nie sprzątaj za nie.
Udaj się do sklepu i zakup drugą, najepiej identyczną szafkę z szufladkami, ustaw ją obok łóżka drugiej z córek i zakomunikuj, że mają się tą drobnicą sprawiedliwie podzielić i każda ma trzymać swoją w swojej szafce.
Następnie opuść pomieszczenie. Wróć po kwadrancie ze środkami opatrunkowymi, zaopatrz rany i ciesz się pustą podłogą.

Nerw

Oczywiście, że obie moje córki kocham nad życie po równo. Oczywiście, że w razie czego, spadną w przepasć obie, bo nie będę umiała wybrać, którą ratować. Oczywiście, że całusy i kieszonkowe rozdzielam po równo. No, ale nic nie poradzę na to, że jedna mnie bardziej w… Denerwuje. Dużo bardziej.
Wczoraj niespełna czterolatka poświęciła całe popołudnie na rozprowadzenie wszystkich posiadanych zabawek po powierzchniach płaskich swojego pokoju. Przy czym wszystkich, to znaczy lalki, ubranka, mebelki, miśki, klocki, kredki, figurki, koraliki, tory, samochodziki, puzzle – wszystko luzem, nie w pudełkach, żeby było jasne. Doprowadziła do stanu, w którym nie potrafi sama tego posprzątać, czym już mnie podminowała, bo mnie uporzadkowanie tego zajmuje kilka godzin, i wcale za tą czynnością nie przepadam. Odłożyłam ją na jutro.
Potem kolacja była nie taka jak trzeba, kąpiel za krótka, piżama nie ta. Zacisnęłam zęby, żeby nie wrzeszczeć, bo w ciągu dnia potrafię opierdzielić równo, ale przed snem nie praktykuję, żeby nie zasypiała z płaczem. Już, już byłam na mecie, już oczmi wyobraźni siedziałam na dole z książką. Nakryłam dziecię kołderką, dałam całusa. Wtedy przypomniało sobie.
– Mamooo, ale nie mam mojego pomarańczowego malutkiego słoniczka do spaniaaa – wyjęczała.
Wzięłam wdech, rozejrzałam się powoli po pogorzelisku pokoju. Wypatrzyłam wymienioną zabawkę pod jej łóżkiem. Zanurkowałam.
– Mamo! Twoja pupa jest jak ogromny pumpkin*! – Zakrzyknęło dziecię klaszcząc podekscytowane, że po całym wieczorze marudzenia spotkało ją wreszcie coś zabawnego.
Wyczołgałam się spod łóżka. Miałam zadrapane czoło, tumany kurzu na ubraniu  a w oczach taką furię, jakbym była w stanie zabić maleńkim pomarańczowym pluszowym słoniem trzymanym w ręce.
Wtedy pięcio i półlatka pośpieszyła na ratunek.
– Julka, mama nie jest pampkin, bo pampkin nie myśli, a mama myśli – powiedziała.
Ma szczęście. Wyrok odroczony.

*dynia

Życie w cytatach (16)

Julia, lat prawie cztery.
– Mamo, jak się nazywa to pyszne?
– Farsz.
– Haha, to jest bardzo śmieszne imię dla inside* pierogis.

* w środku

PS 1. Ruskie, jakby kto pytał.
PS 2. One obie codziennie sadzą pierdylion tekstów, w których mieszają polski z angielskim. W conajmniej kilku z nich dziennie robią to w sposób, który osobiście uznaję za urocz lub śmieszny i wart zapisania, choćby tylko dla mnie na pamiątkę. Ale zanim mam okazję usiąść i zapisać, niestety zapominam. Szkoda, no szkoda.