X Prawo Matki Singielki

Trzy i pół latka, która wierszyka „Na straganie” uczyła się na pamięć tygodniami z miernym skutkiem, piosenkę którą niefortunnie nucisz sobie przygotowując śniadanie złapie w mig, po czym będzie kroczyć do przedszkola z pieśnią: „giving me head on the unmade bed while the  limousines wait in the street”* na ustach.

* Leonard Cohen, „Chelesa Hotel No 2”
Przepiękna ballada, w której podmiot liryczny wspomina romantyczną schadzkę z tajemniczą nieznajomą i traktuje ją jako pretekst do rozważań o sensie swojego istnienia, twórczości artystycznej i tęsknot, które targają jego duszę.
Albo w skrócie – o tym, jak Janis Joplin robi mu laskę.

Gender

Powiadają, że pierwsze pokolenie imigrantów idzie zawsze na straty, bo język, bo kultura, a drugie ma już z górki, bo drugie jest u siebie. I u nas tak jest.
Po niespełna dekadzie na emigracji stałam się trochę bardziej europejska. Wiem, że za zostawienie w domu bez opieki dziecka do dwunastu lat ma się na głowie policję, za to trzynastolatka może kupić tabletkę „dzień po”. Rozumiem, że szkolnej stołówce łatwiej wycofać wieprzowinę z menu, niż pamiętać, komu podawać a komu nie. Że przekłuwanie uszu dziecku to przemoc domowa. Że lekarz nie może powiedzieć kobiecie ważącej sto dwadzieścia kilo, że jest gruba, żeby nie urazić jej uczuć. Że są miasta bez choinki świątecznej na rynku, żeby nie urazić czyichś uczuć. I wiele innych. Dalej jednak wychodzi ze mnie zaściankowe pochodzenie, kiedy mówię „Święty Mikołaj” zamiast „Pan Mikołaj” lub wołam „Jezu Chryste!” zamiast „O jejku!” na widok dziecka biegnącego prosto pod samochód, a potem czuję na sobie karcący wzrok otoczenia, bo przecież mogłam urazić czyjeś uczucia.
Ale moje córki są Europejkami pełną gębą. Modelowo postępowe. Naprawdę, wiele można się  od nich nauczyć.
– Mamo, ja jestem chłopczykiem – oświadczyła dziś moja trzy i pół latka, aktualnie fanka Spiderman’a.
– Tak? A przecież lubisz chodzić w sukienkach – bezmyślnie podjęłam polemikę, dając wyraz swemu zacofaniu.
– Chłopcy też mogą, jak chcą – oświeciła mnie.
– I masz długie włosy – brnęłam automatycznie i bezsensownie.
– Chłopcy też – zauważyła, przytomnie jakże.
„A paznokcie? Ty lubisz malować paznokcie” – pomyślałam, ale ugryzłam się w język, żeby się nie kompromitować przed własną potomną moim ciasnym, małostkowym umysłem. Oraz, żeby nie urazić jej uczuć oczywiście.
– No dobrze, to po czym poznajesz, że jesteś chłopczykiem? – zapytałam niepewnie, czując, że właśnie ładuję się na minę, jaką będzie rozmowa o tym, że dziewczynki mogą mieć siusiaka jeśli chcą, i odwrotnie.
– Bo ja puszczam bąki! Tylko chłopcy puszczają bąki – oświadczyła zwycięsko.
A nie, to luz. Ma rację.

Los

„Przestań się mazać, teraz jesteś w potrzebie, to przyjmij pomoc, a jak kiedyś los się odwróci, wtedy ty pomożesz komuś potrzebującemu” – powiedziała półtora roku temu znajoma organizując na internetowym niedużym forum zbiórkę pieniędzy dla mnie.
W ciągu dwóch dni dostałam wtedy kilkanaście przelewów, które pokryły koszty malowania salonu i dwóch sypialni domu, do którego się przeprowadzałam, oraz koszt trampoliny dla dzieci, która pozwoliła mi złapać trochę oddechu. Do dziś łza mi się w oku kręci na myśl o tym, że osoby których w większości nie znam osobiście, zapewniły nam wtedy komfort szybkiego stworzenia przytulnego gniazdka i rodzinnego ciepła.
To był ciężki okres. Byłam bezpośrednio po kilkumiesięcznym, uciażliwym leczeniu, które oprócz kondycji fizycznej i psychicznej  zrujnowało także doszczętnie moje finanse. Nowy dom wymagał remontu, a dzieci były małe, wiszące na mnie, jęczące, nie bawiły się samodzielnie.
Pamiętam, że mimo moich starań, udzielała im się atmosfera naszej sytuacji. Praktycznie codziennie w sklepie słyszały, że musimy kupić tylko najpotrzebniejsze rzeczy, szystko inne tylko oglądamy. Rozumiały to i na swój sposób nauczyły się cieszyć małymi rzeczami.
Pamiętam też, że kiedy w szkole były akcje charytatywne na rzecz dzieci z biednych rodzin, tłumaczyłam im, że są dzieci, które nie mają nowych zabawek, nowych ubranek, czasem nawet nie mają obiadu, i to wlaśnie dla nich zbiera się pieniądze.
– To dla nas też? – zapytała (wtedy) cztero i półlatka, a mnie gul stanał w gardle. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo dzieci sa świadome.
Minał rok. Ja i moje finanse mamy się lepiej. Nie liczę każdego grosza, nie odmawiamy sobie z córkami drobnych przyjemności, nieśmiało planujemy wakacje.
Dziś pięcio i półlatka wróciła ze szkoły.
– Mamo, wiesz, w szkole zbieramy pieniążki na biedne dzieci. Robimy kartki świąteczne i zakładki do książek, i będziemy je sprzedawać. A jutro wiesz co? Kto chce ten może zamiast w mundurku przyjść do szkoły w piżamie, i za to musi zapłacić pieniążka na biedne dzieci – wypaliła jednym tchem.
– Wiem kochanie, już ci przygotowałam piżamę i pieniążka – odparłam.
– Ale ja nie chcę – odpowiedziała szybko.
– Jak to? Wolisz iść w mundurku? – zdziwiłam się.
– Nie. Chcę iść w piżamie. Ale wezmę pieniążka z mojej skarbonki. Bo ja chciałam, żeby ja pomogłam biednym dzieciom sama*.
Tak, zdecydowanie. Nasz los się odwrócił.

* (Składnia zdania oryginalna.)

Życie w cytatach (14)

Julia, lat trzy i pół. Ma na talerzu ryż i potrawkę z indyka. Niespodziewanie, po miesiącach odmawiania, z własnej woli nakłada sobie na talerz surówkę.
– Julia, zjesz tartą marchewkę?
– Tak. Zmądrzałam.

Życie w cytatach (13)

Julia, lat trzy i pół.

– Mamo, dlaczego wygłosowałaś reklamy?
– Wyciszyłam, bo ich jest więcej niż bajek. To niezdrowo dla małych główek jak twoja.
– Ale reklamy są z lekarstwami to one nas helfują*.

– Mamo, twój miodzik slajduje i dropuje** z twojej kanapki.

* healthy – zdrowy
** slide – zjeżdza, drop – kapie

Chandra

Tracę serce do bloga niestety. Na szczęście jest niszowy, nie zarabiam na nim, nie mam zobowiązań, mogę mieć gdzieś statystyki i w ogóle mogę, co chcę.
Bo coraz więcej jest sytuacji, które chciałabym zapamiętać i opisać je dla dzieci na pamiątkę, ale bez publiczności, bo sprawy są zbyt prywatne, i za jakiś czas dzieci mogłyby mieć uzasadnione pretensje. Niestety przy okazji cierpią też te nadające się do publikacji historie, których mi się nie chce pisać z rozpędu.
I tak na przykłd nie napisałam o babskich zakupach z trzy i pięciolatką (wtedy) sprzed paru miesięcy, kiedy szłyśmy przymierzać szmatki i buty, a wylądowałyśmy w sklepie „campingowym”, gdzie się zasiedziałyśmy, i wracałyśmy po ciemku z latarkami czołówkami na głowach i kompasami na rękach i usłyszałam, że to były najlepsze babskie zakupy na świecie.
Albo sprzed miesiąca, kiedy Babcię i Dziadka (70+) wizytujących nas z Polski wywiozłam do pobliskiego kurortu nadmorskiego, zaległam na plaży a im zasugerowałam spacer promenadą w kierunku ładnie wyglądających klifów po lewej, i jak wrócili po paru godzinach oświadczając, że się na nie wspięli i przeszli je wzdłóż i wszerz, i że koniecznie muszą jeszcze kiedyś przyjechać na cały dzień i przejść górą na te następne klify, które widać na horyzoncie, a ja nie wiedziałam czy dzwonić do Babci kardiologa i pytać, czy na pewno wszczepił jej rozrusznik serca przystosowany do uprawiania sportów ekstremalnych, czy dzwonić po karetkę dla siebie, bo mi słabo było od słuchania.
Albo sprzed tygodnia, jak po półtora roku otwartej wojny z bezdomnym kotem, którego okoliczni sąsiedzi dokarmiali, a na moim skwerku pod oknem kuchennym zwierz upatrzył sobie miejsce na toaletę, i przerobiwszy wszystkie dostępne na rynku i w miarę humanitarne metody odstraszania zwierzęcia odniosłam wreszcie sukces i kocur zostawił mój trawnik w spokoju, ale chyba niestety trochę przesadziłam, bo się zwierz zaangażował emocjonalnie i teraz przynosi mi pod drzwi w prezencie upolowane osobiście martwe myszy i ptaki, a ostanio przyninósł padalca, którego jednak zapomniał najpierw ukatrupić.
Sprzed dwóch dni, jak znajomych którzy wpadli na trzy dni, zabrałam do kolejnego (mamy ich w pobliżu sporo, w końcu to wyspa) nadmorskiego kurortu, gdzie ledwie zdążyliśmy dojchać, spojrzeć na plażę i budkę z lodami, jak zjawiły się kordony policji i ewakuowały nas, bo na plaży leżała jakaś poniemiecka pancerfausta.
I tak sobie myślę, czy to jesienna chandra, czy schyłek bloga, czy co.
Jeszcze nie wiem.