Rajstopki

Dzieci moje nie mają ze mną lekko. Ja nie z tych matek, co proszą dwa kwadranse: „Córeczko, załóż proszę buciki, to pójdziemy na spacer”, i cierpliwie czekają.
Ja mówię, one robią. To ja wiem, gdzie i kiedy musimy iść, kiedy sprzątamy, kiedy szalejemy, kiedy idziemy spać. Jeśli daję dziecku wybór, to wybiera które spodnie założy, ale to ja mówię, że spodnie, bo ja wiem na przykład, że poźniej będzie jechała na rowerze, a w kiecce nie lubi. I tak dalej, i tak dalej.
Ewentualnych zaniepokojonych, że moje dzieci są wyłącznie tresowane niczym kadeci, pragnę z tego miejsca uspokoić. Oczywiście, że mamy czas na rozmowę, opowiastki, przytulanki i całusy. Tylko zwyczajnie – ja tu rządzę. Bo ja przewiduję, planuję i ułatwiam. Im i sobie.
Aczkolwiek, czasem dopada mnie wątpliwość. Dziś rano w drodze do szkoły na przykład.
– Mamo, dlaczego dziś dałaś mi podkolanówki, nie rajstopki? – zapytała pięciolatka.
– Kochanie, bo dzisiaj masz PE*. I po gimnastyce trudno ci ubrać rajstopki samej, i wychodzisz z szatni ostatnia i potem ci przykro, pamiętasz?
– Ale mamo, przecież muszę ćwiczyć, żeby się nauczyć – powiedziała.
No masz babo placek. Podcięłam jej skrzydła.

*WF

Emeryci

Babcia i Dziadek z Polski nas nawiedzili. Siedemdziesiąt plus. Normalni ludzie w tym wieku boją się latać, ale nie oni.
Rozpakowali się, zjedli kolację i poszli spać. Zdążyłam oznajmić, że jutro mam kilka załatwień i niestety muszą się zająć sobą sami.
Rano, kiedy szykowałam dzieci do szkoły, Dziadek odbył poranną toaletę po czym zrobił trzydzieści pompek i trzydzieści przysiadów. Plus minus osiem, bo kazał liczyć trzy i półlatce, a u niej droga od jeden do trzydzieści wiedzie krętą ścieżką. Kiedy brał się za brzuszki wyszłam, bo zmęczyłam się od samego patrzenia. Poszłam na dół, gdzie Babcia studiowała atlas geograficzny w celu ostatecznego rozstrzygnięcia sporu z poprzedniego wieczora na temat czy mieszkam nad Kanałem La Manche czy nad Morzem Celtyckim, oraz wołała Dziadka, bo się w TVP Historia właśnie zaczynał program, na który czekali.
Kiedy odstawiłam dzieci do szkoły, załatwiłam swoje sprawy i wróciłam, nie było ich w domu. Zadzwoniłam.
– Wiesz co, jesteśmy w tym dziewiętnastowiecznym kościele na St Davids*, tym z cmentarzem wokół, wiesz którym?
– Tak tak, oczywiście – odpowiedziałam dziekując Bogu, że pięć lat temu rozkopali tam drogę i przypadkowo musiałam przejść obok tego kościoła, bo inaczej bym pojęcia nie miała, o czym do mnie moja rodziciekla mówi w pierwszym dniu wizyty w moim mieście.
– Wiesz co, ale będziemy później, bo jeszcze chcemy dziś zwiedzić ten drugi kościół, którego wieżę widać z twojego domu – oznajmiła i się rozłączyła.
Po powrocie prowadzili ożywioną dyskusję na temat różnic w wyspiarskiej i kontynentalnej architekturze pochodzącej z tego samego okresu, akurat na przykładzie architektury włoskiej, bo Dziadek ledwo co wrócił z autokarowej objazdówki po Włoszech.
– Aha, wiesz co – zwórcił się do mnie przypomniawszy sobie nagle oczymś. – Byłem w sklepie elektrycznym, pyałem o kabel zasilający typu AC 240V dwuprzewodowy. Nie mieli, ale powiedzieli, że będzie w sklepie Maplin, koło basenu. To niedaleko, prawda? Jutro tam pójdę – postanowił.
Wolałam nie pytać jak on się tego dowiedział, bo przez całe moje życie wiedziałam, że zna francuski, niemiecki i rosyjski. A jeśli niedawno od niechcenia nauczył się angielskiego, to nie chcę o tym wiedzieć. Na litość boską! Ja mam ich geny. Ja chcę moją emeryturę spędzić przed telewizorem, z gazetą. Na siedząco.

*Sąsiednia dzielnica, której nazwy na pewno im nie podawałam, bo i po co. Musi, że znaleźli plan miasta w mojej biblioteczce.

Deser

Dziecię me pierworodne, lat pięć i pół, o imieniu Anna, okaz ogólnie bardzo udany, od zarania swej świadomości ma jednek pewien kłopocik. Otóż gapi się na innych i zagaduje, zamiast robić swoje. Skutek taki, że wszyscy przy stole dawno zjedli i poszli, a ona zdziwiona zostaje z ledwie rozgrzebaną, zimną potrawą. Albo rano – jej dwa lata młodsza siostra ubiera się w dwie minuty (jak się jej chce akurat, ale to inny temat), a pierworodna potrafi czterdzieści minut dywagować o zawiłościach tego świata siedząc  z naciągniętymi do kolan rajstopkami.
W domu jestem w stanie nad tym panować stosując stare, sprawdzone matczyne metody wychowawcze, takie jak przekupstwo, zastraszenie i terror, więc jakoś sobie dziecina radzi. W szkole natomiast nie mają czasu i ochoty pochylać się z równą co rodzic troską nad każdym dziecięciem, więc jest kłopot. A dziecię cierpi codziennie. I bynajmniej nie chodzi oto, że ona nie dojada w stołówce szkolnej i że głodna wraca, ale oto, że nigdy nie zdąży zjeść, oddać pustego talerza i dostać za to deseru. I to jest dramat. Jak żyć bez deseru?
W końcu poradziłam jej, żeby poprosiła koleżankę, która je szybciej od niej, czyli którąkolwiek, żeby jej przypominała przy stole, że ma jeść a nie gadać, tak jak ja  jej w domu przypominam. Na efekt nie czekałam długo.
– Mamo, dziś na lunch była pizza i ja zjadłam całą – pochwaliła się w drodze powrotnej ze szkoły.
– Tak? Naprawdę? – zdziwiłam się, zamiast gratulować, wyrodna ja.
– Tak. Całą. Naprawdę – potwierdziła. – Ale dużo zostawiłam – dodała niechcący.
– Znaczy co zostawiłaś? Wygrzebałaś z pizzy szynkę i grzybki?
– Nie, pizzę zjadłam całą. Mówiłam ci. Zostawiłam frytki i sweetcorn*.
– To frytki i kukurydza były na pizzy?
– Nie mamo. Obok na talerzu – mówi dziecię zniecierpliwione z lekka moim brakiem wyobraźni podstawowej.
– Aha… – dodaję do braku wyobraźni wrodzoną elokwencję i nabyte z trudami  macierzyństwa zaangażowanie.
– A wiesz mamo jak zrobiłam, że zdążyłam zjeść całą pizzę?
– No jak?
– Moja przyjaciółka Sophia mi pomagała.
– To nie zjadłaś sama całej pizzy, tylko koleżanka ci zjadła część – koryguję.
– Nie mamo! Ona mi pomagała, znaczy ona mi przypominała, że mam jeść. Ja zjadłam sama – dziecię ewidentnie podekscytowane domaga się moich pochwał.
– Aha… – znów moja elokwencja ponad pochwałami.
– Ale jutro Sophia już mi nie pomoże – pierworodną momentalnie opuszcza entuzjazm.
– A dlaczego? – pytam szczerze zaciekawiona, skoro eksperyment się powiódł.
– Bo Sophia tak mi pomagała, że sama nie zdążyła zjeść jej pudding** – wpada dziecię w szkolch.
Dramat do kwadratu. Dwie bez deseru przeze mnie.

*kukurydza
**deser

Buty

Domyślam się, że normalni ludzie tak nie mają, ale ja nigdy nie pretendowałam do miana normalnej. Raczej… Ekscentrycznej?
W każdym razie, normalnym ludziom, jak się zrobi dziura w bucie, to je wyrzucają, tak? No, ale jak? Moje ukochane, pierwsze i jedyne, najwygodniejsze na świecie, piękne „Mary Jane” z Clarksa. Takie delikatne, mięciutkie, nie toporne jak Martensy. Moja miłość. Osiem lat razem.  No jak, jak miałam  je wyrzucić?
Pół roku temu schowałam do szafki, że niby muszę dojrzeć. Po miesiącu okazało się, że żadne inne buty mi nie pasują do tego, co mam na sobie, to założyłam je, i udawałam, że tej pękniętej z boku podeszwy wcale nie widać, a nawet jak widać, to się zdziwię mocno, jakby to się właśnie przed chwilą stało. Potem wziełam raz do lasu, bo przecież bielutkich nowiutkich adidasków nie wezmę. Potem jeszcze coś, aż przestałam zauważać, że dziurawe i tak jakoś szło.
Dziś obudziłam się wcześnie, piłam kawę w kuchni, czytałam książkę, dzieci jeszcze spały. Deszcz dzwonił o szyby.
„Zaś polezę pod szkołę w deszczu w tych rozwalonych butach, bo inne mi szkoda zmoczyć” – pomyślałam. „Co się musi stać, żebym cholera przestała chodzić w dziurawych butach? Dzieci muszą się zacząć wstydzić? Ktoś życzliwy ma nasłać opiekę społeczną? Psychoterapeutę, bo się przywiązałam do butów? Co?” – pytałam sama siebie, gdy usłyszałam moją pierworodną.
– Mamooo! – wołała z góry tonem na tyle dramatycznym, że bez zabawy w tresurę typu „jak coś chcesz to podejdź do mnie”, poleciałam do niej.
Siedziała w rozwalonej pościeli, rozczochrana, zaspana jeszcze, ale w oczach miała nieopisaną radość i dumę. Palcem pokazywała, że rusza jej się pierwszy ząb!
Gratulacjom i uściskom nie było końca. Ja się wzruszyłam, młodsza córka zazdrościła.
Na śniadanie pierworodna zażyczyła sobie jabłko ze skórką, bo Freya, klasowa ekspertka od wypadających zębów, mówiła, że trzeba jeść jabłka, jak się ząb rusza.
Do szkoły poleciałyśmy w skowronkach, żeby się wszystkim pochwalić.
Buty wyrzuciłam. Idzie nowe przecież.