Wypad

Ja wiedziałam,  że trzeba było siedzieć leniwie przed telewizorem, dzieciom ściągnąć nowe gry na tablety i mieć spokój, a po dwóch dniach ogłosić, że idziemy na lody. To by wystarczyło, żeby być najlepszą mamą na świecie. Ale nie, coś mnie tknęło. Cholera.
Zarezerwowałam dwa noclegi na campingu. Takim wypasionym dla odmiany, z atrakcjami. Spakowałam mały namiocik, śpiwory, szczoteczki do zębów, parę majtek i koszulek, palnik gazowy, butlę, menażkę, przytroczyłam do plecaka trzy karimaty i objuczona niczym zawodowy szerp, nie bacząc na kręgosłup, na stawy w kolanach, na miny sąsiadów i przechodniów, ciągnąc trzy- i pięciolatkę ze sobą, posunęłam na pociąg.
Dotarłam na miejsce, rozbilam namiot. Spacer, kolacja, prysznic i spać. Rano śniadanie w namiocie i już miałyśmy wychodzić, jak zaczęło kropić. Ale główka pracuje. Zaliczyłyśmy najpierw atrakcje pod dachem. Kryty basen ze zjeżdzalnią, salon gier, disco i animacje dla dzieci, obiad w pubie, konstrukcja do fikania. Szał. Forsa płynie jak lód. Plany o remoncie kuchni odpływają, ale co tam, wakacje są, należy nam się. Po południu wyszło piękne słońce, więc plac zabaw, spacer. Kolacja z jednej menażki w namiocie o zachodzie słońca, wieczorne opowiadanie bajek i nauka wierszyków, chichranie się przed snem w śpiworach – bezcenne. Człowiek czuje, że warto było.
W nocy deszcz, ale od rana piękne słońce, więc szybkie pakowanie i przed wyjazdem powtórka – basen, konstrukcja, obiad. Remont oddala się w niebyt, ale nie szkodzi, liczy się szczęśliwe dzieciństwo.
W końcu zakładam tobół na plecy i udajemy się do wyjścia.
I co? Co widzimy? Co jest naszym głównym wspomnieniem z wypadu?
To, że właśnie otworzyli główny odkryty basen ze zjeżdzalnią i jacuzzi, który wczoraj był zamknięty, i że my tam nie poszłyśmy!

Życie w cytatach (3)

Julia, lat 3. W nocy, pod namiotem.
– Mamo, co to jest ten wdzięk?
– Ten dźwięk kochanie to deszcz i wiatr. Śpij spokojnie, jesteś z mamą i jesteś bezpieczna.
– Dobrze. Ty też możesz spać.  Ze mną też jesteś bez… upieczona.

Zwiedzanie

Głupi ma zawsze szczęście, mawiają. Osobiście potwierdzam. Z tym, że o ile dotychczas mnie to cieszyło, o tyle teraz nieco frustruje, bo ostatnio gdzie się nie obrócę, tam mi wszystko przypomina, żem najwyraźniej mało lotna kobieta jest.
Na przykład w chwili obecnej, siedzę sobie w Londynie w dwupoziomowym apartamencie, w którym przy największej mojej fantazji z dwojką dzieci korzystam najwyżej z połowy pomieszczeń, ponieważ znajomi właściciele lokalu przekonani są, że podczas ich wyjazdu wakacyjnego moja obecność z trzy- i pięciolatką odstraszy ewentualnych włamywaczy. Trzeba mieć farta, żeby dotać taką  propozycję, od inteligentnych ludzi, którzy nie pomyśleli, że dokonamy tu spustoszenia nie mniejszego niż ewentualny włamywacz.
Tak więc, skoro już tu jesteśmy, i mamy pieszo trzy minuty do stacji metra, grzechem byłoby nie skorzystać. Z tym, że poneiważ nie jestem w Londynie ani pierwszy, ani ostatni raz, to parcia na zwiedzanie nie mam. Trochę już widziałam, a na resztę przyjdzie czas. Toteż przez pierwsze dwa dni bawiłam się w najlepszą mamę na świecie i przemieszczałam się między placami zabaw i lodziarniami w Hyde Parku z poświęceniem godnym lepszej sprawy. Trzeciego dnia rano ocknęłam się ze świadomością, że żarty się skończyły, bo trzeba będzie rodzinie i znajomym chociaż jedno zdjęcie dzieci pod Big Ben’em zaprezentować. Wmówiłam więc potomnym, że oglądanie zmiany warty przed Pałacem Buckingham to przygoda ich życia, i żeby mieć pewność, że się nie rozmyślą, obiecałam, że zaraz potem zobaczą najwiekszą karuzelę na świecie (London Eye miałam na myśli, dla niewtajemniczonych). Że po drodze od jednego do drugiego mamy Big Ben’a, parlament, 10 Downing Street i katedrę Westminster, nie wspominałam na razie ze względów taktycznych.
Rano, kiedy ubrane w kiecki zakrywające kolana i szmaciane, ale jednak kapelusze, bo do królowej bez kapelusza nie wypada, stawiłyśmy się pod pałacem, zaczął padać deszcz. Nie przeszkadzało to ani turystom, ani przechodniom, ani moim brytyjskim dzieciom, („Mamo, mamo, widziałam rycerze, one maszerują te rycerze, w zbrojach!”), ale przeszkadzało mnie. Zmokniemy, zdjęcia nie wyjdą. Nie, nie. Innym razem.
Więc? Miejscówka w Londynie, pod dachem, absorbująca dzieci na kilka godzin, ciekawa dla mamy, z dobrą kawą, tanim obiadem? Ktoś zgadnie?
Tak. Ikea.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XVI

Jeżeli jesteś osobą, która wykorzystuje wizyty w sklepach spożyczych z dziećmi do szkolenia ich co jest zdrowe a co nie, jeśli pozwalasz im często wybrać po jednej rzeczy dla siebie, żeby napawać sie dumą, kiedy wybiorą owoce a nie cukierki, gorzką czekoladę a nie batoniki, lub kiedy powiedzą: „Mamo, weźmiemy czipsy, ale będziemy jeść tylko troszkę codziennie, nie dużo, dobrze?”, to jeżeli pewnego dnia zacznie cię niepokoić fakt, że ostatnio w kółko wybierają Tik-Taki, które natychmiast wyadają do ostatniego, nie wpadaj w panikę.
Po prostu nie wyrzucaj do śmieci pudełek po Tik-Tak’ach. Przekonasz się, że to o pudełka chodziło.

Wyzwanie 1

Miejsce: Londyn.
Czas trwania: jeden dzień.
Przybory: trzy- i pięciolatka, przeciętnie sprawne fizycznie, umiarkowanie posłuszne.

Ubierz dzieci i siebie, żeby było wam wygodnie, w crocs’y, legginsy i t-shirt’y. Dodatkowo dla ciebie plecak na plecy.
O dziesiątej rano zacznijcie wycieczkę.
Pałac Kensington i Sunken Garden (czyli tam, gdzie oficjalnie mieszka, i czasem nawet bywa Księżna Kate z dzieciakami i mężem), rzut okiem na The Round Pond (czyli staw z kaczkami, bo szanująca się rodzina arystokratyczna musi mieć psy i ptactwo, jakiekolwiek, byle nie kury), przydrożna karuzela, Princess Diana Memorial Children’s Playground (czyli wypasiony, mega ekologiczny, super edukacyjny, według niepowtarzalnego, indywidualnego projektu plac zabaw dla dzieci, do którego żeby wejść, trzeba czekać w kolejce, ale warto), piknik na trawie gdzieś pośrodku Kensington Gardens, Princess Diana Memorial Fountain (czyli prosta, ale naprawdę fajna fontanna połączona ze ścieżką zdrowia do pluskania się dla dzieci), lody w lodziarni z widokiem na główny staw w Hyde Parku, godzinne pedałowanie rowerkiem wodnym po tymże stawie, gonienie wiewiórek po kniejach, kolejny plac zabaw w Hyde Parku, taki ze zjeżdżalnią z rury, nazwy nie pamiętam, toaleta publiczna przy stacji Hyde Park Corner (już samo to w zasadzie jest wyzwaniem).
Następnie chwyć pod pachy to, co zostało z twoich dzieci i doczołgaj się do metra. Wsiądź do wagonu o godzinie siedemnastej trzydzieści, kiedy City wraca z pracy. Usiądź pomiędzy torbą Louis Vuitton a zegarkiem szwajcarskim, na przeciwko okularów Chanel, przyciemnianych, ale słabo, więc widzisz te gały wywalone na ciebie jakbyś była okazem w Zoo.

Wyzwanie 1: Zachowaj dobre samopoczucie.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XV

Jeżeli wybierasz się na całodniowe zwiedzanie z trzy-i pięciolatką u boku, i jeśli porządne restauracje, w których obsługują kelnerzy są powyżej twoich możliwości, zaś przypadkowe budki z kebabami poniżej twoich zainteresowań, pakuj wałówkę i kocyk piknokowy.
Bo raczej nie chodzi ci o to, żeby wejść do zwykłego pub’u, usadzić dzieci przy stole, odstać swoje w kolejce do baru w celu złożenia zamówienia, gdzie zorientowawszy się, że zapomniałaś numeru stolika krzyknąć do dzieci z zapytaniem a nastepnie wraz z całym składem osobowym obecnym w lokalu usłyszeć głośno i wyraźnie:
– Czterdzieści jeden mamo! Tyle ile masz lat!

VIII Prawo Matki Singielki

Jeśli zgubisz się w Londynie sama, ucieknie ci ostatnie metro na samolot.
Jeśli zgubisz się tamże  z trzy- i pięciolatką, traficie na fontanny do pluskania się dla dzieci, i przypadkowo będziesz mieć ze sobą ich stroje i ręczniki.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XIV

Jeżeli jesteś osobą skrupulatną i systematyczną, i konsekwentnie, tydzień w tydzień prasujesz sam czubek sterty rzeczy do wyprasowania, to jeśli po kilku miesiącach zatęsknisz do widoku siedziska fotela, na którym ta sterta zalega i poświęcisz kilka roboczogodzin na odprasowanie zaległości, nie bądź zdziwiona, że niektórych z tych rzeczy wcale nie musisz prasować.
Dzieci już z nich wyrosły.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XIII

Jeśli w obliczu wakacji letnich borykasz się a brakiem urlopu, wykrój z kalendarza trzy dni, zapakuj namiot, śpiwór, karimatę i wsiądź do pociągu byle jakiego. Zabierz ze sobą trzy i pięciolatkę.
Ten ostatni element gwarantuje, że po trzydniowym wypadzie wrócisz na łono cywilizacji z poczuciem, że urlop trwał dwa tygodnie oraz obfitował w przygody i wyzwania, które będziesz wspominać co najmniej do świąt.

Czas

Pierwszy raz, kiedy patrzysz na raczkującego malucha i mślisz „O rany, dopiero co te śpiochy były za duże na pierwszą, a już są ciasne na drugiej”. Potem ci się zlewa: przesiadka z głębokiego wózka na spacerowy, pierwsze „mama”, pierwszy ząbek, pierwsze strzyżenie, łóżko bez szczebelków, chodzenie po schodach. Potem zwalnia trochę: pozbywaz się wózka, demontujesz bramkę ze schodów, sprzedajesz krzesełko do karmienia. Kupujesz rowerek, prowadzisz do przedszkola. Potem nie wołają cię już, żeby włączyć sobie telewizję, żeby pójść do toalety. Mają swoje pierwsze tajemnice, szepczą je sobie do ucha.
Na początku cię to cieszy i napawa dumą. Potem czujesz maleńkie ukłucie. Coś się kończy. Ucieka bezpowrotnie. Zaczynasz czuć, że każda taka myśl, to małe pożegnanie. To krok milowy. Twój.
Aż pewnego dnia stoisz z żelazkiem i stertą prania. Mechanicznie prasujesz, składasz na dwie kupki, aż nagle masz w rękach kieckę i nie wiesz gdzie położyć. Zdziwiona wołasz dzieci.
– No jak to mamo? Ta jest moja, a tamta Julki. Przecież ja już dawno z niej wyrosłam – słyszysz.
I  wtedy spada to na ciebie jak grom z jasnego nieba. Że to odrębne jednostki z własnym życiem. Że swoje zrobiłaś. Że jeśli wczoraj nie chciało ci sie układać puzzli, to jutro już tego nie nadrobisz. Że miałaś swój czas. Raz. Bez powtórki.